Gość: forever_frozen
IP: *.multi-play.net.pl
11 lat temu
Szanowna Pani Ewo,
Mój związek znalazł się obecnie na rozdrożu. A może już długo na nim trwał, tylko w tej chwili sytuacja się zaogniła do stanu, w którym trzeba coś zdecydować.
Zacznę może od początku. Mam 30 lat, mój mąż jest młodszy o 4. Znamy się od 4 lat, małżeństwem jesteśmy od 3. Mój mąż nie sypia ze mną wcale od 14 miesięcy, a zanim nastąpiło kompletne odstawienie, współżycie też nie było zbyt częste – przed ślubem mieliśmy kilkumiesięczną przerwę, którą składałam na karb nauk przedślubnych, potem był seks nawet raz na miesiąc, na dwa, trzy… aż w końcu znikł zupełnie. Poruszałam ten temat, łagodnie, potem bardziej stanowczo. Słyszałam cały czas, że nic się nie dzieje, mocniej naciskając – otrzymywałam zwrotnie agresywną reakcję. Próbowałam się przymilać, inicjować, ale do niczego to nie prowadziło (zanim mogło dojść do bardziej konkretnych działań zakrywał się i cmokał w czoło, potem zasypialiśmy). Proponowałam lekarza – nie, bo nic się nie dzieje, nie kochamy się, bo jest zmęczony, nie w sosie, itp. Zawsze byłam aktywna, otwarta, więc tym bardziej nie rozumiałam…
W lecie tego roku zauważyłam, że mąż ściąga filmy porno – nie jest to tragedią, bo to jest dla ludzi, ale to, że zastąpił w ten sposób całkiem sypianie ze mną, już nie jest zbyt miłe. Usłyszałam wtedy wytłumaczenie o lęku przed dzieckiem. Nie rozumiałam czemu wcześniej tego nie powiedział (nie rozwinął po tym stwierdzeniu tematu), ale dałam mu szansę, powiedziałam, że przecież nie musimy na razie dzieci mieć, możemy się zabezpieczać, mnie nie zależy na dziecku za wszelką cenę – to on mówił o potomstwie jeszcze przed ślubem i zaraz po.
Wyjazd na wakacje, luz, odprężenie, moje zaczepki… dalej nic. Pod koniec roku coś, co od jakiegoś czasu we mnie pękało - do końca pękło. Przestałam czuć cokolwiek pozytywnego, przestałam czuć się kobietą, mówiłam mu zresztą wcześniej, że czuję się odtrącona i prosiłam o zmiany albo chociaż rozmowę… Po świętach kazałam mu wyprowadzić się, żebyśmy mogli przemyśleć parę spraw, skoro nie chce ze mną żyć, jak z żoną. Powtarzał cały czas, że przecież jemu zależy, nic się nie dzieje, wszystko jest w porządku, pociągam go i jemu też brakuje seksu (sic!). Dowiedziałam się też, że to ja go odtrącałam, kiedy czegoś chciał, objawiało się to w ten sposób, że nie chciałam, żeby odrywał mnie od pilnej pracy (pracuję w domu) albo, że ośmielałam się na jego dotyk reagować śmiechem, bo czułam łaskotki. To wystarczyło, żeby go zniechęcić, nawet, jeśli później próbowałam coś inicjować sama.
Teraz od tygodnia jest poza domem. Cały czas mówi, że kocha mnie, tęskni i chce ze mną być, że będzie „normalnie”, ale ja już w to nie wierzę, w końcu od początku nie jest normalnie. Mamy iść do lekarza seksuologa w tym tygodniu, zgodził się na to postawiony pod ścianą. Ale ja jestem na takim etapie, że nie wiem, czy to cokolwiek da. Myślę o rozwodzie, bo, pomimo, że nie pije, nie bije, ale kompletną obojętnością na mnie jako kobietę zniszczył coś we mnie, chyba bezpowrotnie. Gdybym jeszcze faktycznie nie próbowała tej sytuacji uzdrawiać… gdyby nie szedł cały czas „w zaparte”.
Niestety, czuję się jak świnia, że w ogóle myślę o rozstaniu, przecież to „dobry mąż”. Wyrzuty sumienia mnie zabijają. Wydaje mi się, że on jest za młody na takie problemy, że mamy za mały staż, żeby się znudził. I niestety sądzę, że po prostu nie dobraliśmy się, wierzę, że mnie w jakiś sposób kocha, ale chyba nie taki, jak powinno się kochać żonę. Myślę, że jemu też byłoby lepiej z kimś, z kim miałby ochotę chodzić do łóżka.
Z góry dziękuję za jakąkolwiek opinię.
Pozdrawiam.