Gość: Luucek
IP: 86.188.230.*
11 lat temu
Wiam
tak na wstepnie - kolejny moj zwiazek sie rozpada. w sensie scislym rozpada. ona jest gdzies daleko i sam nie wiem gdzie... ale domyslam sie z kim. ale ja nie o tym.
bo tak analizuje sobie to wszystko, mysle o tym wiele, spac nie moge, pracowac sie nie da... i pierwsze wnioski sie nasuwaja... jak to jest, ze niemalze 90 proc wszystkich moich zwiazkow - tych powaznych - konczy sie z inicjatywy 2 strony. dlaczego to zawsze ja jestem porzucany? jak to sie dzieje, ze kazda moja powazna partnerka zawsze miala jakies problemy w domu - a to niepelna rodzina, a to ojcec mial problemy z alkoholem... czyli zawsze cos nie tak z ojcem...
dlaczego po kazdym nieudanym zwiazku mam wrazenie ze znow zainwestowalem kupe energii, emocji, rad, kasy, czasu... siebie, a druga strona... w sumie niewiele.
czy wychodzi na to, ze ja jestem z tych kochajacych za bardzo, wychowanych w normalnej rodzinie...
dowiedzilem sie od odchodzacej partnerki, ze 'w zyciu nie chodzi o to, co dla kogo zrobil' i ze nie wolno wymagac / trzymac sie wspolnych ustalen...
sam juz nie wiem. swiat - moj swiat - wartosci przewalil sie do gory nogami. mialem ja za cholernie fajna i madra osoba. na poczatku traktowala mnie powaznie, wiedzialem czego jej w poprzednich relacjach brakowalo i jak sama mowila, cholernie jej odpowiada moje podejscie do zycia... Oczywiscie na koniec okazalo sie, ze slowne zapewnienia nijak sie maja do rzeczywistosci...
czyli co? za duzo daje od siebie, mam jakies poczucie misji i chce pomagac... wiec gdy one juz dostana ow pomoc, nabiora sil... to odchodza?
co jest grane?