Gość: rozbita
IP: *.167-64-87.adsl-dyn.isp.belgacom.be
11 lat temu
Dzień dobry,
Jestem rozbita, rozwalona psychicznie, do niczego. Za mną 7 lat związku. Chciałam w końcu stabilizacji, legalizacji związku. On nie chciał, bo jeszcze za wcześnie. Zmusiłam niejako go do ślubu. Do kupna pierścionka też. Ślub w konsulacie. I był cichy adorator od lat, z którym utrzymywałam kontakty za pomocą tzw. mediów społecznościowych. Platoniczne uczucie. Znał nas obydwoje.
Mąż po ślubie stał się starym prykiem. Jego 90 letni dziadek ma więcej energii i chęci do życia. W końcu doszło do spotkania z adoratorem, ciąża. 4 miesiąc (mąż przez 7 lat stosował antykoncepcję albo chciał,żebym to ja ją stosowała, bo jeszcze za wcześnie. Nawet teraz jest dla niego za wcześnie). Ja mam 30 lat. Ojciec dziecka chce być ojcem dla dziecka i być ze mną. Chciał cieszyć się ciążą ze mną, stworzyć dom, rodzinę. Ma 47 lat. Po przejściach. Ja z nim też bym chciała spróbować budować to, co już się zaczęło (chcieliśmy tego dziecka, świadomie zaszliśmy w ciążę). Problem w tym, że on chce żebym wyprowadziła się do Irlandii (nie mieszkam w Polsce, on jest obcokrajowcem, nie Irlandczykiem). On sam mieszka tam od miesiąca, bo dostał wymarzoną pracę, której nie zmieni. Ja nigdy nie chciałam się wyprowadzać i zawsze od samego początku mu o tym mówiłam. Nie rozumiem tej bezwarunkowej postawy, że ma być jak on chce, bo tak lepiej.
Cierpię. Wszyscy cierpią. Mój mąż najbardziej, bo mnie kocha, jest świadomy,że nam się nie układało, ale chce żebym spróbowała z nim, została z nim, nie wyprowadzała się. Mówi, że chce mojego dobra, szczęścia, żebym była zadowolona z życia, dlatego jeśli kocham tamtego, to może powinnam jechać. A ja nie chcę. Serce by mi pękło za mężem. Nie chcę tam też, bo to oznacza całkowitą izolację od świata, które sobie ja tutaj i z mężem stworzyliśmy, byliśmy tylko we dwoje, sami, zdani na siebie za granicą, więc brak możliwości wyjścia na kawę, choćby raz w miesiącu jest dla nas nie do przyjęcia a na pewno ojciec dziecka chciałby mnie odsaperować od przeszłości. Odizolował od niego, zresztą sam fakt zamieszkania w Irlandii jest już takim odizolowaniem... Nigdy tam nie chciałam się wyprowadzać, nawet jak swego czasu z mężem dywagowaliśmy nad Irlandią, to przeważyły minusy. Boję się, że jeśli tam mi z nim nie wyjdzie, to stracę wszystko i się załamię. Nie jestem silna psychicznie. Nie mam rodziny, na którą mogłabym tu i tam liczyć. Byłabym sama, całkowicie zdana na siebie w świecie zupełnie mi obcym. Tu mam jako takie bezpieczeństwo, dochód, świadczenia medyczne. Cieszyła mnie myśl bycia z tamtym, posiadania z nim dziecka, bycia szczęśliwą, zaangażowaną w nowy związek, radosną osobą, mamą cieszącą się ciąża i dzieckiem razem z tatą (ja się wychowałam bez ojca). Tylko na etapie zachodzenia w ciążę nie było mowy o takich zmianach jak wyprowadzka do innego kraju i porzucenie ot tak całej przeszłości. Sam rozwód jest dla mnie trudny. Gdyby ojciec dziecka był bliżej, gdzieś na kontynencie byłoby inaczej/lepiej dla nas wszystkich. Boję się, że może dałam się zwieść, że dałam się mu złapać w "sidła", na ciążę. On bardzo mnie chciał, a i mnie do niego ciągnęło.
Co robić? Co będzie dla nas wszystkich najlepsze? Odbudować to, co zniszczyłam, moje relacje z mężem? Da się? Póki co nie widzę tego. Jesteśmy jakby przyjaciółmi. On o wszystkim wie i przyjął to o dziwo spokojnie. Ja mam wyrzuty sumienia,że i temu, i temu zniszczyłam życie a sama jestem po środku, nie wiedząc, co zrobić. Ciężko mi w sferze intymnej z mężem, bo myślę o tamtym. Czy też jak mówi mąż, wejść w nowy związek, być z biologicznym ojcem dziecka, unikając przez to problemów z wychowaniem itp.? Czy też może da się o ojcu dziecka zapomnieć? Przejdzie to uczucie z czasem? Nie ma dnia, żebym nie myślała o nim. Płaczę. Martwię się, że to wpłynie na dziecko. Poradźcie mi, jak się odnaleźć. Jak patrzeć? Kompletnie się pogubiłam a zawsze byłam roztropna i porządna...
Dziękuję.