elazet
17 lat temu
Od 23 lat jestem macochą. Kiedy poznałam mojego obecnego męża, nie zdawałam
sobie sprawy z ogromu problemów jakie stoją przede mną. Mój mąż miał wtedy
dwie dorastające córki o dość silnych, bardzo różnych osobowościach. Jego
związek się rozpadał przez alkoholozm byłej żony, ale mimo tej świadomości, i
wielu zapowiedzi odejścia ze strony ojca, dziewczyny przyjęły mnie wrogo. Nie
próbowały mnie zaakceptować, a mnie się wydawało, że poprawa albo choćby
lekkie ocieplenie stosunków nie nastąpi nigdy. Po siedmiu latach związku
urodziłam syna, dla nich przyrodniego brata. Obie wtedy już były żonami i
matkami. Stosunki zaczęły się powoli ocieplać. Można je uznać za całkiem
poprawne, chwilami nawet bardzo bliskie i zażyłe. Intuicyjne wybierałam
zasady o których piszecie. Ale po latach przestrzegania i stałego
wprowadzania do dnia codziennego wypunktowanych przez Poradnik zasad
współżycia na linii macocha - pasierbice straciłam zapał i cierpliwość. I
choć obie moje "pasierbice" odnoszą się do mnie przyjaźnie, u mnie wracają
jak żywe w pamięci chwile w których musiałam zaciskać zęby, kiedy było mi
przykro, kiedy łezka zakęciła się w moim oku. I choć nie chcę, wszystkie
zadry wyłażą jak macki i zarządzają moją pamięcią. Bardzo to trudne, a
decyzja bycia macochą jest jeszcze trudniejsza. Ale gdybym drugi raz miała
dokonać wyboru, wybrałambym taką samą drogę. Jestem z mężczyzną który okazał
się bardzo porządnym i przyzwoitym facetem. Mój syn ma kochających się
rodziców i fajne dwie przyrodnie siostry z którymi powoli układa swoje
relacje. Tworzymy dużą, trochę pokręconą - mój syn jest wujkiem dla dzieci
sióstr - uczymy się wzajemnie tolerancji, miłości. Jesteśmy wobec siebie
krytyczni. Ale możemy na siebie liczyć. A że czasami boli. No cóż to znaczy
że żyjemy. A życie takie dało nam wybory i z nich skorzystaliśmy.