kepucha
23.06.10, 21:55
Z moim karmieniem było tak:
po porodzie przystawiono Małą do piersi. Byłam tak zaaferowana tym, co się
właśnie wydarzyło, że nie pierś była ważna. Odwieziono mnie na salę. Ze mną
leżały dwie dziewczyny: jedna-urodzona mamucha :-), karmienie piersią to dla
niej pryszcz, druga też jakaś bezproblemowa. Odwiedziła nas położna, wszystko
co mówia chłonęłam jak ścierka wodę ;-), ale najbardziej utkwiło mi w głowie
zdanie "karmienie piersią nie boli, to czysta przyjemność, nie można mówić, że
boli". No a tu klops! Mnie boli i to cholernie! Wtedy pojawiły się po raz
pierwszy wyrzuty sumienia, że robię coś nie tak z moim ukochanym Maleństwem.
Bolało, krew leciała, Mała płakała, bo nie potrafiłam jej nakarmić - pomocy
brak. Kiedy o nią prosiłam słyszałam tylko bezczelne :"co, za młoda, żeby
wykarmić?", "a brodawki hartowała w ciąży?!", "a u pani co z tym karmieniem?",
"ja bym wykarmiła, ale wy młode..." itd. Pobyt w szpitalu był jednym wielkim
koszmarem. W domu nadal miałam problem z karmieniem. Podczas nawału zastój,
gorączka i antybiotyk. Zaczęłam używać kapturków - jakoś szło, dopóki nie
usłyszałam, że tak nie można, bo dziecko będzie źle ssało. Odrzuciłam
kapturki, co też mnie i Małą trochę kosztowało. Potem jakoś udawało mi się
karmić normalnie, jak Bóg i położna przykazali, ale przed każdym karmieniem
ogarniał mnie niewyobrażalny stres, co chyba potem poskutkowało niedoborem
pokarmu. Wtedy mówiono mi - nie ma czegoś takiego jak brak pokarmu. A Mała
ryczy, pręży się i nie najada. W głowę dostawałam, co robić. Zaczęłam odciągać
mleko i podawać z butli, w przypadku, gdy Mała chciała jeszcze dostawała
Bebiko. Tak jest do dziś. Oczywiście zdążyłam się już nasłuchać jak to
paskudnie, że karmię z butelki i że laktator hamuje laktacje i sratatatata.
Wiecznie coś nie tak, wciąż źle, niedobrze, a ja wpadłam w stany depresyjne...
nieprzespane, przeryczane noce (nie dziecko ryczało, bynajmniej, Mała śpi jak
aniołek całą noc). Teraz już jest lepiej z moją głową ;-), ale z karmieniem
nadal kiszka! Jedno potwierdzę, przy laktatorze łatwiej o zastoje. Mam już
tego dosyć! Chciałabym całkowicie przejść na butelkę, ale na tyle wkręcono mi
karmienie piersią, moim mlekiem, że się po prostu boję, że wyrządzę tym Małej
krzywdę. Masakra!
Skutek tego wszystkiego taki: macierzyństwo to dla mnie jedno wielkie poczucie
winy.
Eh, chyba powinnam tego posta umieścić na forum psychoterapeutycznym ;-), a
chciałam tylko zapytać jak to u Was było z przechodzeniem z piersi na butlę :-).
Pozdrawiam