stix
16.05.11, 20:23
trojmiasto.gazeta.pl/trojmiasto/1,114654,9607369,Droga_do_prawdy.html?as=1&startsz=x
Droga do prawdy
Tysiące pomorskich rodzin do dziś nie wie, gdzie pochowani są ich bliscy, których na początku wojny zamordowali hitlerowcy. Jest szansa, że to się zmieni - dzięki inicjatywie władz samorządowych województwa.
Chodzi o ofiary planowej eksterminacji Polaków z przełomu 1939 i 1940 r. Według szacunkowych danych w ciągu kilku miesięcy naziści zabili na Pomorzu ok. 50 tys. osób; zdaniem niemieckiego historyka Dietera Schenka liczba ta może przekraczać 60 tys. Taka skala zbrodni dotyczy szeroko pojętego Pomorza - od Kaszub po Inowrocław i Włocławek. Gdzie leżą ofiary? Miejsce znane jest w przypadku góra kilkunastu procent pomordowanych.
W tej wielkiej tragedii można powiedzieć, że jestem względnym szczęściarzem - mówi Andrzej Stachecki, który urodził się w kwietniu 1940 r. w Gdyni, cztery i pół miesiąca po tym, jak Niemcy zastrzelili jego ojca w Piaśnicy. - Na tysiące zabitych w tym lesie, zaraz po wojnie udało się zidentyfikować zaledwie 55 osób. Wiem, w którym miejscu leży, jeżdżę tam i zapalam znicze. Aż boję się pomyśleć, co przez te wszystkie lata muszą czuć rodziny innych ofiar, które nie mają nawet możliwości, by zapalić lampkę na grobie.
Tysiące pomorskich rodzin do dziś nie wie, gdzie pochowani są ich bliscy, których na początku wojny zamordowali hitlerowcy. Jest szansa, że to się zmieni - dzięki inicjatywie władz samorządowych województwa.
Chodzi o ofiary planowej eksterminacji Polaków z przełomu 1939 i 1940 r. Według szacunkowych danych w ciągu kilku miesięcy naziści zabili na Pomorzu ok. 50 tys. osób; zdaniem niemieckiego historyka Dietera Schenka liczba ta może przekraczać 60 tys. Taka skala zbrodni dotyczy szeroko pojętego Pomorza - od Kaszub po Inowrocław i Włocławek. Gdzie leżą ofiary? Miejsce znane jest w przypadku góra kilkunastu procent pomordowanych.
W tej wielkiej tragedii można powiedzieć, że jestem względnym szczęściarzem - mówi Andrzej Stachecki, który urodził się w kwietniu 1940 r. w Gdyni, cztery i pół miesiąca po tym, jak Niemcy zastrzelili jego ojca w Piaśnicy. - Na tysiące zabitych w tym lesie, zaraz po wojnie udało się zidentyfikować zaledwie 55 osób. Wiem, w którym miejscu leży, jeżdżę tam i zapalam znicze. Aż boję się pomyśleć, co przez te wszystkie lata muszą czuć rodziny innych ofiar, które nie mają nawet możliwości, by zapalić lampkę na grobie.
Setki miejsc kaźni
- Ta tragedia wciąż żyje w pomorskich rodzinach - przyznaje prokurator Maciej Szulc, naczelnik oddziałowej Komisji Ścigania Zbrodni Przeciwko Narodowi Polskiemu w Gdańsku. - Wciąż przychodzą do nas prośby o pomoc w odnalezieniu zwłok ofiar.Zdaniem Elżbiety Grot z Muzeum Obozowego Stutthof, dotychczasowy brak szczegółowych ustaleń na temat ofiar przeprowadzonej przez nazistów eksterminacji na Pomorzu jest hańbą państwa polskiego.
Można powiedzieć, że 80 proc. winy leży po stronie PRL, ale są też niestety zaniedbania ostatnich 20 lat - mówi Grot.Na Pomorzu tylko KL Stutthof przewyższa Piaśnicę i Szpęgawsk pod względem liczby ofiar.
Miejsc kaźni były setki. Jeśli chodzi o obszar dzisiejszego województwa pomorskiego - największe w lasach Piaśnicy k. Wejherowa i Szpęgawska k. Starogardu Gdańskiego. Oba miejsca różną się pod względem grup, jakie poddano eksterminacji.Szacuje się, że w Piaśnicy zginęło 10-12 tys. osób. Z tego około dwa tysiące stanowią przedstawiciele polskiej inteligencji na Pomorzu - mieszkańcy Gdyni, powiatów kaszubskich i Wolnego Miasta Gdańska. Kolejne dwa tysiące to niemieccy pacjenci szpitali psychiatrycznych z Rzeszy. Około 8 tys. to zupełnie niesprawdzana dotąd kategoria internowanych przedstawicieli mniejszości polskiej w Niemczech, wśród których miały być także rodziny czeskie oraz niemieccy przeciwnicy nazizmu.
Szpęgawsk to głównie miejsce kaźni polskiej inteligencji, kleru oraz właścicieli gospodarstw rolnych z Kociewia i Kaszub. Dużą część ofiar stanowili też pacjenci polskich szpitali psychiatrycznych na Pomorzu. Mówi się w sumie o liczbie 4-7 tys. pomordowanych.W Piaśnicy i Szpęgawsku zabito też łącznie kilkuset obywateli polskich narodowości żydowskiej.
Tak zwana Intelligenzaktion
Głównym celem nazistów na Pomorzu od jesieni 1939 do wiosny 1940 r. jest polska inteligencja.
Od pierwszych dni września trwają aresztowania i zabójstwa na obszarze przedwojennego województwa pomorskiego. Hitlerowcy są świetnie przygotowani do akcji - dysponują listami nazwisk, które od 1938 r. potajemnie kompletowano dzięki współpracy mieszkającej na tych obszarach mniejszości niemieckiej.
Eksterminacja na Pomorzu jest prowadzona szybciej i sprawniej niż w innych regionach podbitych przez III Rzeszę - dzięki administracji Wolnego Miasta Gdańska. Od policji policji politycznej po sądownictwo są to kadry doświadczone w realizacji poleceń Berlina. Ich jurysdykcja zostaje rozszerzona na całe Pomorze. Albert Forster - gauleiter Gdańska - zostaje namiestnikiem w nowo powołanym okręgu Rzeszy Gdańsk - Pomorze Zachodnie.15 września Forster zwołuje naradę dla kadry dowódczej, która kontroluje sytuację w terenie. Mówi o konieczności przesunięcia jednostek wojskowych pod granicę z Francją i że w związku z tym konieczne jest zapewnienie spokoju na Pomorzu. Berlin zleca pilne zadanie: w ciągu dwóch tygodni "wyczyścić" Gdańsk - Prusy Zachodnie z niebezpiecznych elementów: polskiej inteligencji, katolickiego kleru i Żydów. Sprawą mają się zająć jednostki SS, policji, żandarmerii. SS-mani mają do pomocy cywilnych Niemców z paramilitarnej organizacji Selbschutz (samoobrona).
Forster stara się jak może, ale mimo to w październiku Hitler zarzuca mu, że za bardzo się patyczkuje z „elementem polskim”. Fuhrer mówi jasno, o co chodzi: „Nie dopuścić, by polska inteligencja wybiła się na nową warstwę przywódczą. Standard życia musi pozostać na najniższym poziomie”. Hitler dodaje w innym miejscu: „Ktoś, kto za trzydzieści lat będzie przejeżdżał przez ze ziemie, nie powinien się nawet domyślać, że stanowiły one kiedyś przedmiot sporu między Niemcami a Polakami”.
14 października 1939 szef Urzędu Bezpieczeństwa Rzeszy - Reinhard Heydrich - nakazuje, by likwidacja polskiej inteligencji była zakończona do 1 listopada. Nazwa prowadzonej od początku września operacji "Intelligenzaktion" zostaje zastąpiona nową: "Tannenberg".
Mordowani są polscy urzędnicy, nauczyciele, działacze społeczno-polityczni, księża. Zbrodnia ma też jednak cel ekonomiczny. Zabijani są również właściciele sklepów, zakładów rzemieślniczych, mniejsi i więksi przedsiębiorcy, właściciele gospodarstw rolnych, a nawet co ciekawszych domów. Rodziny pomordowanych Polaków trafiają do obozu koncentracyjnego lub są wysiedlane z terytorium Rzeszy - do Generalnej Guberni. Cały majątek przechodzi w ręce nazistów. Część nieruchomości przejmują niemieccy sąsiedzi. Bywa, że majątki ziemskie przyznawane są zasłużonym SS-manom. W gospodarstwach rolnych opuszczonych przez Polaków na Pomorzu osiedlane są niemieckie rodziny z Generalnej Guberni, Litwy, Besarabii.