stix
17.02.12, 16:18
wyborcza.pl/1,76842,11131995,Niemcy_rehabilituja_spalone_czarownice.html
Mieszkańcy kilku niemieckich miast domagają się rehabilitacji spalonych wieki temu na stosach czarownic. Ale nie wszędzie się to udaje.
Wydawałoby, że w zadłużonej na prawie 4,5 mld euro Kolonii władze mają inne problemy na głowie niż grzebanie w historii XVII wieku. Ale emerytowany pastor Hartmut Hegeler się uparł i rada miasta musi rozpatrzyć jego wniosek, by rehabilitować Katharinę Henot spaloną na stosie w 1627 r. za czary.
- Władze Kolonii muszą jednoznacznie stwierdzić, że pani Henot nie była czarownicą i padła ofiarą nagonki i masowej histerii - domaga się pastor Hegeler, znany badacz zjawiska palenia czarownic, które w Niemczech przybrało wielkie rozmiary. Szacuje się, że od zarania reformacji w XVI w. do nastania Oświecenia w XVIII w. na niemieckich stosach spłonęło ok. 25 tys. kobiet.
W większości wypadków padały ofiarą masowej histerii - ówcześni Niemcy uważali, że za każdym nieszczęściem np. nieurodzajem czy powodzią stoi szatan i służąca mu czarownica. A gdy podejrzane nie przyznawały się do czarów, były torturowane.
Taki właśnie los spotkał Katherinę Henot, która prowadziła w Kolonii pocztę. Choć była szanowaną patrycjuszką, wystarczył donos zakonnicy, by trafiła do lochów. Nie przyznała się do winy mimo długotrwałych tortur, ale i tak została skazana na śmierć.
Teraz komisja petycji rady miejskiej ma zająć się wnioskiem pastora i odszukanych przez niego krewnych Henot o rehabilitację.
Niektórzy radni kręcą jednak nosami. Trzysta lat temu to nie rada miasta wysłała patrycjuszkę na stos, lecz arcybiskup Kolonii Ferdynand Bawarski, który był równocześnie księciem-elektorem, czyli mniej więcej odpowiednikiem dzisiejszego premiera landu. Może się więc okazać, że o sprawiedliwość dla Henot trzeba będzie walczyć przed parlamentem Nadrenii-Północnej Westfalii, landu, do którego dziś należy Kolonia, albo nawet przed Bundestagiem?
Tymczasem w położonym o 150 km na wschód od Kolonii 10-tys. miasteczku Rüthen nikt nie wątpi, że ofiary polowania na czarownice zasługują na sprawiedliwość. Już w marcu zeszłego roku rada miasta minutą ciszy uczciła pamięć spalonych na stosach 169 mieszkańców. Chwilę potem radni podjęli uchwałę o "rehabilitacji wszystkich osób zamordowanych w następstwie procesów o czary". Spalonym na stosach ma być też poświęcona ulica - stosowny wniosek złożyli gimnazjaliści, którzy o okropieństwach sprzed kilkuset lat dowiedzieli się na lekcji historii. W ślady Rüthen poszły następne miasta.
Ale są też inne przykłady. Radni z Düsseldorfu odmówili rehabilitacji dwóch kobiet spalonych w 1738 r. Jedną z przyczyn była ekspertyza teologa, który po zbadaniu akt stwierdził, że kobiety szerzyły zabobony i znały się na zielarstwie. Teolog uznał, że wyrok śmierci miał uzasadnienie, a radni nie zgodzili się na rehabilitację.
- Ludzi spalonych na stosie trzeba oczyścić. To nasz moralny obowiązek - mówi pastor Hegeler. Przypomina, że mechanizmy, które kilka wieków temu doprowadziły do polowań na czarownice, działają do dziś. - Ciągle przecież dochodzi do linczów - przestrzega.
----------------------------------------------------------------------------------------------------------
Jak wiadomo z historii Niemcy lubili palić ludzi. Skąd taka skłonność u Niemców?