grba
15.12.04, 20:14
„Każdemu w łeb, wesoła robota”
Wstrząsające listy niemieckich żołnierzy z czasów II wojny światowej
Między wrześniem 1939 r. a majem 1945 r. niemiecka poczta polowa
dostarczyła ok. 40 mld przesyłek, z czego jedną czwartą stanowiły listy,
paczki i telegramy wysłane z frontów. Polskie podziemie przechwytywało część
tej korespondencji. Sięgamy do niej po latach.
JERZY KOCHANOWSKI, MARCIN ZAREMBA
Najwięcej listów nadchodziło z frontu wschodniego. Nic dziwnego: na wschodzie
walczono nie tylko najdłużej, ale także najzacieklej, tutaj wojna była
najbardziej brutalna. Pisane pod Moskwą czy Stalingradem listy są dla nas
nieocenionym źródłem informacji o ówczesnych postawach, sposobie myślenia,
mentalności, skuteczności (i nieskuteczności) propagandy. Źródłem tym
lepszym, że kontrolowanym tylko w znikomym stopniu: do dokładnego sprawdzenia
25 mln nadawanych codziennie listów potrzebna byłaby 150-tysięczna armia
cenzorów.
W rezultacie kontrola była wybiórcza i stosunkowo dużo
defetystycznych, „naruszających dyscyplinę” czy wręcz „szpiegowskich”
informacji bez problemu płynęło do Heimatu i odwrotnie – na front. Między
innymi na takie listy liczył wywiad ZWZ (a potem AK), od 1941 r.
przechwytujący wędrującą przez Polskę pocztę. Dzięki sieci agentów w urzędach
pocztowych przejmowano listy, fotografowano, po czym przesyłano adresatom z
możliwie jak najmniejszym opóźnieniem, aby uniknąć wykrycia całego procederu.
Kopie trafiały do konspiracyjnych analityków, wyciskających z listów
najcenniejsze informacje militarne i przygotowujących raporty. Wysyłane do
Londynu, trafiały ponoć także na biurko Winstona Churchilla.
Przechwycona poczta pomagała też dokumentować zbrodnie wojenne. W tym samym
celu w warszawskich i krakowskich zakładach fotograficznych robiono kopie
zdjęć rozstrzeliwań, paleń, egzekucji, które urlopowani żołnierze zostawiali
do wywołania.
Kilka teczek z opracowanymi przez akowski wywiad wyciągami z niemieckiej
poczty polowej z lat 1941–1944 zachowało się w warszawskim Archiwum Akt
Nowych. Poniżej prezentujemy próbkę z 1942 r. Był to rok brzemienny w
wydarzenia: czas zagłady Żydów, nasilenia się ruchu oporu i partyzantki, dla
niemieckich żołnierzy zaś – rodzącej się świadomości początku końca.
Mimo że o brutalizacji II wojny wiemy już tak dużo, lektura tych listów jest
nadal wstrząsająca. Są przerażającym świadectwem tym bardziej, że w ich
autorach widać „zwykłych ludzi”. Stacjonujący w Brześciu Litewskim Emil
Fritsch pisał: „Praca moja polega na walce z bandytami i tępieniu żydów, a
więc ta sama praca co dotąd. Na tym polu dokonałem już do dzisiaj (jestem tu
blisko 4 miesiące) niejednego. Nerwy moje ucierpiały znowu trochę, bo praca
ta nerwy szarpie, ale musi być zrobiona”.
Pojęcie dobrze wykonywanej pracy używane jest w listach nie tylko wobec
Żydów. Starszy szeregowy Heinz Mekler donosił na początku
października: „Jestem jednym z tych, którzy przyczyniają się do zmniejszania
liczby partyzantów. Ustawiam ich pod mur i każdemu w łeb, bardzo wesoła i
ciekawa robota”. Natomiast starszy szeregowy Born chwalił się w maju
szwagrowi: „Polujemy na partyzantów, a do tego potrzeba chłopaków bez litości
i współczucia. Tak, kochany szwagrze, co wpadnie nam w łapy, nie pożyje i pół
godziny, bo na żadną łaskę nie zasługują”.
Nie należały do rzadkości listy – także do ukochanych żon – podkreślające
konieczność „ostatecznego rozwiązania” i przyjmujące jego techniczną stronę
jako coś absolutnie naturalnego. Szeregowy Lehr zwierzał się na początku
października: „O urlopie w tym roku nie ma co marzyć – w maju, czerwcu,
przyszłym roku, to może... wszystkiemu winni żydzi. Tu unikają nas jak tylko
mogą, gdy słyszą nasze kroki, to schodzą na jezdnię, ściągając czapki. Z
czasem to wszyscy tutaj znikną z horyzontu. Najwyższy czas skończyć z tymi
wyrzutkami społeczeństwa. W odległości 30 km od Pińska zastrzeliliśmy 5000
takich typów. Musieli się rozebrać doszczętnie, obojętnie, czy kobiety, czy
mężczyźni, po tym nastąpił ich koniec. Tak będzie z każdym. Nie będę ci
więcej pisał i zatrzymaj to proszę dla siebie, ażeby nie rozniosło się, bo
wiesz, co to może spowodować. (…) Obecnie właśnie nasz batalion jest w akcji,
polują na partyzantów, tkwiąc po kolana w błocie. Gdyby nas tu nie było,
spłonęłoby niejedno gospodarstwo. Chłopi wiedzą o tym i chcąc okazać
wdzięczność, oddają nam do jedzenia wszystko, co mają”.
Satysfakcji z wykonywanej pracy nie krył żołnierz Teith, pisząc do swojego
byłego szefa:„Od czasu mego wyjazdu z Saarbrücken objąłem moje obowiązki już
na trzecim miejscu. Walka z bandami niekiedy jest tak przyjemna jak na
froncie. (…) Od kilku dni mamy mrozy, a więc najlepszą okazję wytoczyć walkę
bandom w bagnach Prypeci. Praca nasza na wschodzie jest tak różnorodna, że
niektóre dni nie wiadomo zupełnie od czego zacząć. Kto dojrzał do dołu, ten
musi do niego wejść. Z zakończeniem tutejszego żydostwa działalność band
trochę ustała. Życzę każdemu koledze, by tu był w czasie oczyszczania getta.
Przeżyć tych nie można spisać na papierze. (…) Praca ta w Brześciu i Mińsku
sprawiła mi – nie myślcie sadystycznie – dużo radości”.
Nie brakowało także pragmatycznego podejścia do sprawy. Stacjonujący w
Janowie Podlaskim Hans Lustig pisał we wrześniu: „Dziś odbyło się w Janowie
wypędzanie żydów. 5000 mieszkańców miał Janów, z tego 3000 żydów. Ale
Gubernatorstwo ma być z żydów oczyszczone. (...) 3 wagony otwarte kolejki
wąskotorowej naładowano i odwieziono; potem była długa kolumna pieszo i
szereg wozów [które] były pełne rupieci, łóżek itp., kobiety z dziećmi, (…)
stare baby, mężczyźni wszystko razem przy spazmatycznym krzyku i płaczu. 2
kobiety dawały podczas marszu dzieciom piersi, do wagonu wrzucono ludzi do
góry nogami, a jest to jednak na 1 m wysoko, a zajezdni kolejowej nie ma;
jeden pchał drugiego, straszny krzyk i straszny obrazek. Jutro ma być dalszy
ciąg, a oni już będą wiedzieć, że za 14 dni nie będą już przy życiu. Wówczas
polacy będą mieć więcej do jedzenia i będzie też taniej”.
Zaś Willy Schneider informował rodzinę w Kolonii o jednym z miasteczek na
(zapewne) wschodzie Polski: „Przed paru tygodniami zostali tu żydzi posłani
na łono Abrahama i ja odwiedziłem kilka razy getto. Możesz sobie żywo
przedstawić, że nie było to bezowocne. Zabrałem duży kosz pełen bielizny i
materiałów ubraniowych, które zabiorę ze sobą lub Wam poślę”.
Ale akowscy analitycy wynajdowali – choć sporadycznie – przykłady współczucia
dla mordowanych Żydów. Gefrajter Hirschnik, po narzekaniach na marne jedzenie
i brak papierosów, zapisał: „Tutaj w Polsce w Sokolnie [?] usuwa się
wszystkich żydów a tych, którzy się ukryli, tych się zastrzela i wrzuca do
grobu masowego. Chwycono się takiego środka, że jeżeli polak poszedł do getta
żydowskiego lub się go tam spostrzeże, to się go tam też zastrzeli, a żydzi
mają ciągle jeszcze kosztowności. A Polacy trzymają się z żydami. A przecież
i to są ludzie. Czas by już się wojna skończyła”. Nieznany rangą Otto Heid
pisał 12 listopada: „Tu skończyło się z wszystkimi żydami, niektórych w
nieludzki sposób zabijano, to są bohaterowie nad bezbronnymi kobietami i
dziećmi. Takie postępowanie jest nieludzkie. Dzielnica żydowska jest wymarła
i wygląda tam jakby wojna przeszła”.
Miał w tym sporo racji, gdyż i na tyłach nie było bezpiecznie. Zwłaszcza w
Polsce. Szeregowiec Heimar Thormann podkreślał wręcz po przeniesieniu z
Polski na front wschodni, że „Rosjanin jest o wiele bardziej wartościowym
gatunkiem ludzkim niż Polak. Więcej dobroduszni i nie tak mściwi jak ci
ostatni”. Na