grba
07.02.05, 20:24
Polska poparła projekt zmierzający do zatarcia różnicy między zbrodniarzem a
ofiarą zbrodni
Symetria po niemiecku
Francuscy deputowani zablokowali w Zgromadzeniu Parlamentarnym Rady Europy
pomysł powołania europejskiego centrum pamięci ofiar przymusowych wysiedleń i
czystek etnicznych. Stało się to w dniu, w którym odbywały się obchody 60.
rocznicy wyzwolenia obozu koncentracyjnego Auschwitz.
Zrozumiałe jest, dlaczego do upadku projektu przyczyniły się Turcja i Rosja,
obie z powodów historycznych. Mniej zrozumiałe jest natomiast, dla człowieka
z zewnątrz, a szczególnie z Tel Awiwu, dlaczego Polska nie tylko popiera ten
projekt, ale jest nawet jednym z dwóch projektodawców - razem z Niemcami.
Wydaje się, że właśnie Polacy powinni być wyczuleni bardziej niż Francuzi na
argument, którym szef francuskiej delegacji tłumaczył swój sprzeciw - że sama
idea budowy centrum jest dwuznaczna i może prowadzić do pomyłek. O jakich
pomyłkach mowa? Oczywiście o tych, którymi niemiecka strona projektu jest
szczególnie zainteresowana - o zatarciu różnic między sprawcami a ofiarami,
mówiąc dosadniej, między zbrodniarzem i ofiarą zbrodni.
Oczywiście, Niemcy cierpieli w wyniku drugiej wojny światowej, szczególnie w
jej końcowej fazie, nie można jednak porównywać ogromu cierpień ich i
okupowanych Polaków, Czechów czy Francuzów, nie mówiąc już o Żydach.
Niemieccy żołnierze padali na frontach, ich rodziny ginęły w bombardowanych
miastach, tak samo jak rosyjscy żołnierze na wschodnim froncie i mieszkańcy
Londynu na zachodzie.
"Drobna" różnica polega tylko na tym, kto był tych cierpień sprawcą, a kto
ofiarą. To jest naprawdę żenujące, ale być może należy już przypominać, że to
Niemcy rozpętali wojnę, a nie Polacy, Francuzi czy Czesi, i to w wyraźnym
celu zawładnięcia Europą i zbudowania "Tysiącletniej Rzeszy". Odpowiedzialny
był nie Hitler, nie naziści, nie reżim, lecz naród niemiecki, który ten reżim
popierał, chciał "Lebensraumu" dla wyższej rasy niemieckich panów, na koszt
Słowian, przeznaczonych na niewolników, albo Żydów, których zamierzano
wytępić. Czy nie jest truizmem samo przypominanie tych prawd? I czy śmierć na
froncie i pod gruzami miast, głód i upokorzenia po niemieckiej klęsce nie
były tylko częściowym, daleko niepełnym wyrównaniem rachunku za winy i
zbrodnie?
Dokładnie to samo dotyczy sprawy tak zwanych wypędzonych. Niemcy spowodowali
wojnę. Wojna spowodowała przesunięcie granic. Polska zmuszona była opuścić
część wschodnich terenów na rzecz Związku Radzieckiego. Zachodnia granica
przesunęła się w głąb pokonanych Niemiec. To przemieszczenie miało sens tylko
wtedy, kiedy miejscowa ludność niemiecka opuściłaby te tereny. Zresztą w
większości przypadków jej miejsce zajęli przesiedleńcy ze wschodu.
Ten, kto spowodował wojnę, ponosić musi jej konsekwencje. Oczywiście, drugie
i trzecie pokolenie "wypędzonych" nie jest bezpośrednio odpowiedzialne za
zbrodnie hitlerowskich Niemiec, ale ich rodzice i dziadkowie, czyli
sami "wypędzeni", byli. I to jeszcze jak.
Sprawa wypędzonych przybiera czasami paradoksalne kształty. Na przykład
sprawa samej Eriki Steinbach, która ją rozpętała, i świetnie sobie dzięki
niej żyje w niemieckim politycznym świecie. A pani Erika urodziła się
przypadkowo na terenie okupowanej Polski w miejscowości, z której najpierw
Niemcy wypędzili Polaków.
Albo ci niemieccy turyści, którzy kręcą się po Wrocławiu i z tęsknotą
spoglądają na ulice, których nie mogą poznać i na domy, których nie znają.
Wrocław po wyjściu wojsk niemieckich w 1945 bardzo przypominał Warszawę po
wyzwoleniu. Oprócz kilku willowych dzielnic miasto, a szczególnie
śródmieście, przekształciło się w jedno wielkie gruzowisko. I to nie z powodu
działań wojennych. Władze niemieckie, jeszcze przed rozpoczęciem walk,
ewakuowały z niego prawie całą ludność, a przed ustąpieniem żołnierze
niemieccy z pruską dokładnością palili dom za domem, tak jak w Warszawie po
powstaniu.
Argumentem za poparciem przez Polskę inicjatywy stworzenia europejskiego
centrum wypędzeń jest dążenie do złagodzenia inicjatywy Eriki Steinbach,
zmierzającej do utworzenia tego rodzaju instytucji w Berlinie, dla
uczczenia "martyrologii" niemieckich przesiedleńców, szczególnie z polskich
Ziem Zachodnich i czeskich Sudetów. Coś w rodzaju jerozolimskiego Yad Vashem,
dla upamiętnienia sześciu milionów zgładzonych Żydów. Taki niemiecki przykład
symetrii między zbrodniarzem a ofiarą. A szkoda, że Polska zajęła takie
stanowisko, bo inicjatywa pani Steinbach nie była warta ustosunkowania się do
niej, w każdym razie nie takiego, w którym ślady tej symetrii pozostały.
RAN KISLEV
Autor jest izraelskim publicystą, byłym wieloletnim zastępcą redaktora
naczelnego dziennika "Haarec". Urodzony w Polsce, mieszka w Tel Awiwie.