eichendorff
25.01.06, 14:01
Podczas lektury artykułu na temat najnowszego sondażu wyborczego moją uwagę
zwrócił podział mandatów w przyszłym (może już za 2-3 miesiące) Sejmie.
bi.gazeta.pl/im/9/3129/m3129089.jpg
Gdyby rzeczywiście taki był wynik wyborów możliwe byłyby następujące koalicje:
PO-PiS - razem nieograniczona władza, ale teraz też taka koalicja miała
powstać, więc dlaczego miała by powstać po kolejnych, przyspieszonych
wyborach?
PiS-Samoobrona - razem 229 mandatów (o 2 za mało by mieć większość w Sejmie i
powołać rząd)
PO-SLD - jeszcze niedawno niemożliwa, ale po ostatnich wyczynach Kaczyńskich,
całkiem realna (wczoraj wypowiadał się na ten temat w programie Moniki
Olejnik senator PO z Krakowa); razem również 229 mandatów czyli też o 2 za
mało.
Skąd te dwie koalicje miałyby wziąść owe 2, brakujące do większość w niższej
izbie parlamentu, mandaty? Oczywiście z mniejszości niemieckiej!
Posłowie mniejszości zazwyczaj pomagali koalicji rządowej (obojętnie
prawicowej czy lewicowej) przepchnąć ważne ustawy przez Sejm. Ale jeszcze
nigdy nie byli w takim położeniu, że to od nich zależałoby która koalicja
(populistyczno-radykalna "PiS-Samoobrona" czy liberalno-lewicowa "PO-SLD")
rządziłaby w Rzeczypospolitej. Za kim by zagłosowali? I co chcieli w zamian?
Stołek ministerialny np. w MSZ? Co narodowcy z PiS-u mówiliby wtedy o
ewentualnej koalicji z - było nie było - Niemcami? Czy doszłoby do kolejnych
przedterminowych wyborów?
Pytań takich jest wiele...
Co sądzicie na ten temat (oczywiście biorąc pod uwagę, że rzeczywiście wybory
tak by się skończyły)?