Karwina samobójstwo miasta

16.01.07, 20:11
Tygodnik Powszechny Nr 2 (3001), 14 stycznia 2007

Samobójstwo miasta

Czechy: czy Karviná to jeszcze Karwina?

Początek? Karwina to od starosłowiańskiego słowa „karwa" – krowa. Wyobrażam
sobie, że początek mógł być taki: na lewym brzegu Olzy rozsiadła się krowa,
leniwie skubała trawę, międliła ją w żuchwie. Powtarzała tę czynność dzień w
dzień, aż pewnego razu, wyrywając kolejną kępkę, dotarła do bryłki węgla...

Mogło być tak, mogło inaczej. Nieważne. Trzeba sobie wymyślić jakiś początek,
by spiął się z końcem w całość. A zatem śląska, zaolziańska Karwina rozłożyła
się na pokładach węgla. Węgiel kamienny stał się jej kamieniem węgielnym.

Węgiel

Karwiński węgiel odkryto w 1776 r. Miał w tym swój udział właściciel
Frysztatu: Jan Josef Erdman Florian hr. Larisch. Eksploatację podjęto w 1794
r. i ród Larischów--Mönnichów zaczął zbijać na czarnym złocie fortunę.
Należała do niego większość karwińskich szybów, które w drugiej połowie XIX
w. zaczęły się coraz głębiej wkręcać w ziemię. W 1852 r. powstała „Gabriela",
cztery lata później – „Jan", „Henryk" i „Franciszka". W 1862 r. – „Karol", w
1871 r. – „Głęboki", a w 1883 r. – „Hohenegger" i „Austria", nazwana
później „Barbarą".

Larischowie dawali górnikom pracę, mieszkanie w familokach i wieczorną chwilę
wytchnienia przy kuflu piwa z browaru zamkowego. Dla górniczych dzieciaków
postawiono szkoły. Na jednej z nich, czeskiej (tzw. białej), wmurowano
tablicę z dziękczynnym napisem: „Čest a wd?k pánu hrab?ti Henrykowi
Laryssowi. – Zdárné a cnotliwé d?ti" (Wyrazy czci i wdzięczności dla pana
hrabiego Henryka Larischa – grzeczne i niewinne dzieci).

Ani grzecznym, ani niewinnym dzieckiem nie był bynajmniej Gustaw Morcinek – i
może dlatego wyrósł na pisarza. W napisanej w konwencji
autobiografii „Czarnej Julce" (Warszawa 1962) opisuje on ówczesną Karwinę i
jej dzielnice Żabków, Sowiniec, Hajnrychów, Solcę: „Z jednej strony były
dymy. W tamtych dymach był Żabków i cała Karwina. Z drugiej strony był
ogromny zamek grafa Larischa. W zamku było bodaj z tysiąc pokoi, a na pewno
trzysta łaciatych psów, z którymi graf Larisch wybierał się na polowanie".

Z karwińskich wspomnień Morcinka wyłania się pępek świata: zamieszkana przez
Polaków Karwina, przez Czechów – Karvinná, a przez Niemców – Karwin.

W 1923 r. Karwina otrzymała prawa miejskie. W herbie znalazły się skrzyżowane
górnicze młotki, grabie i kosa, a nad nimi Oko Opatrzności, które miało
czuwać nad miastem i górnikami. Bo w kopalniach zdarzały się wypadki,
eksplozje, wybuchy metanu. Ofiary tragedii znajdywały odpoczynek na
karwińskim cmentarzu.

Do największej, przywoływanej przez Morcinka katastrofy doszło w 1894 r.: z
powodu wybuchu metanu w szybach „Franciszka", „Jan" i „Karol" poniosło śmierć
235 górników. Zginął wówczas pewien inżynier spod Wieliczki, Celestyn Racek,
który – jak głosi tekst na nagrobnej tablicy – „poległ nagłą śmiercią w
kopalniach węgla niosąc bohaterską pomoc ofiarom eksplozyi gazów" (postać ta
jest zresztą motywem przewodnim „Czarnej Julki", symbolem patriotyzmu,
oddania bliźnim i bohaterstwa).

Zwrócenie się w herbie miasta do Opatrzności było konieczne.

Górnicze miasto rozwijało się i rosło, wkrótce liczyło 25 tys. mieszkańców.
Sunąc po powierzchni, dochodziło do Olzy, a może nawet i przekraczało ją:
elektrycznym tramwajem wjeżdżającym na rynek średniowiecznego Frysztatu.

W 1948 r. czechosłowaccy komuniści dokonali zmian administracyjnych: Karwinę
z Solcą, Sowińcem, Żabkowem i Hajnrychowem połączono z Frysztatem, Rajem,
Granicą i Darkowem w jeden organizm miejski – „Wielką Karwinę".

Zaolziański „Głos Ludu" (założony w 1945 r. i jedyny ukazujący się do dziś
polskojęzyczny dziennik na Zaolziu; początkowo organ Komunistycznej Partii
Czechosłowacji, obecnie gazeta wydawana jest przez Kongres Polaków w
Repu¬blice Czeskiej) informował czytelników 1 stycznia 1949 r.,
że „prawdopodobnie nazwa Karwina pozostanie, lecz w języku czeskim będzie się
pisała przez jedno »n«, ponieważ nazwa ta jest starosłowiańska i datuje się
od XIII wieku".
Dwa tygodnie później podczas posiedzenia „Nowej Miejscowej Rady Narodowej
Wielkiej Karwiny" przyjęto nazwę Karwina (Karviná) dla nowo powstałego
organizmu. Niegdyś powiatowy Frysztat musiał zadowolić się mianem „Karviná
1", a dotychczasową Karwinę – gdzie za dotknięciem tzw. dekretów Benesza
doszło do zmian w strukturze własnościowej kopalnianych szybów, pałaców i
browarów – przemianowano na „Karviná 2 Doly (Kopalnie)". Nowa Karwina wzięła
jeszcze od Frysztatu herb, bo w nowych czasach Oko Opatrzności nikomu już nie
było potrzebne. Tyle działo się na ziemi.

Zaś pod ziemią...

Fedrunek

Podczas okupacji niemieckiej zaczęła się rabunkowa eksploatacja węgla
kamiennego. Potem w powojennej Czechosłowacji kontynuowano ten proceder, a
ukazujące się na powierzchni gazety sekundowały wykonywanym „dwulatkom"
i „pięciolatkom".

W 1946 r. do Karwiny przyjechał premier i szef Komunistycznej Partii
Czechosłowacji Klement Gottwald. Na jego cześć przemianowano
kopalnię „Franciszek" w Górnej Suchej na „szyb Klementa Gottwalda". Jednak
wizyta towarzysza premiera koncentrowała się przede wszystkim na uzyskaniu od
górników poparcia dla dwuletniego planu gospodarczego – albowiem „głównym
warunkiem spełnienia dwulatki jest wydobycie węgla, które od lipca br. stale
wzrasta, lecz dalekie jeszcze jest od ilości potrzebnej do zaspokojenia
rynku. (...) Premier Gottwald zakończył swoje przemówienie życzeniem
powodzenia dla górników na ich drodze do dobrobytu w ramach dwuletniego planu
i pozdrowieniem górniczym »Szczęść Boże!«" („Głos Ludu" z 27 sierpnia 1946
r.).

W lutym 1948 r. komuniści przejęli pełnię władzy w Czechosłowacji. Gottwald
został prezydentem. Do końca dwulatki zostaje 9 miesięcy. Z hasłem „musimy
uczynić wszystko, aby spełnić przyrzeczenie dane prezydentowi Klemensowi
Gottwaldowi" fedrowano, fedrowano, fedrowano...

Pierwsza wykonała plan kopalnia „Henryk", za nią był „1 Maj"
(dawna „Barbara"). Uroczyście wyciągnięto na powierzchnię wózek z węglem i
ustawiono na głównym placu kopalni. „Wóz ten przedstawiał symbolicznie
ukończenie zadań związanych z wykonaniem dwulatki. Był ustrojony, na
zewnętrznych jego ścianach umiejętna ręka górnicza wyrysowała kredą dwulatkę
w laurowym wieńcu z napisem »Bohaterom pracy«. Z innej strony znowu górnika
ze zbijaczką w ręku przy pracy oraz napis »Z ochotą do pięciolatki«" („Głos
Ludu" z 2 grudnia 1948 r.).

Gottwald odbierał meldunki z wykonania dwuletniego planu, który „przepisywał
im [górnikom] wydobycie 26 570 000 ton węgla kamiennego i plan ten został
wykonany o 13 dni prędzej" – z dumą donosił „Głos Ludu" (z 21 grudnia 1948
r.). A że dwulatka wymagała od górników coraz większego wydobycia i
wydajności pracy, musiała nad wszystkim czuwać kopalniana organizacja
partyjna.

Węgiel był potrzebny socjalistycznemu państwu, a do ucieleśnienia
astronomicznych cyferek planu potrzebni byli ludzie: „W kilkunastu powiatach
morawskich przeprowadza się werbunek ochotników na długoterminowe roboty w
kopalniach zagłębia ostrawsko--karwińskiego. (...) Zapotrzebowanie wynosi od
jednego do dwóch tysięcy ochotników-górników" („Głos Ludu" z 10 kwietnia 1949
r.). Dlatego do karwińskich kopalń zaczęli przybywać chętni do pracy również
z najdalszych zakątków Czech i Słowacji.
Także na powierzchni w 1948 r. „Karwina spełniła kontyngent mleczny ponad
100%". Do karwińskiej mleczarni oddano „
    • grba Karwina samobójstwo miasta #2 16.01.07, 20:12
      Do karwińskiej mleczarni oddano „od 29 krów prywatnych właścicieli 3510 litrów,
      a od 43 krów dworskich 7768 litrów" („Głos Ludu" z 2 grudnia 1948 r.).

      A rak tymczasem coraz bardziej drążył w niewidzialnej, bo podziemnej części
      miasta. Rak wdzierał się do fundamentów. Opuszczone wyrobiska pozostawiano na
      łaskę losu, nie zasypywano ich, nie wzmacniano.

      S. do dziś jest rozgoryczony. – Twierdzono, że nie ma piasku, żeby wyrobiska
      zasypywać, że Polskę na piasek stać, a ich nie – mówi. – Tu ta perfidia się
      pojawia...

      Więc górnicy nadal fedrowali pod własnymi domami. Ucinali gałąź, na której
      siedzieli. Dokonywało się swoiste samobójstwo, nie uświadamiana – czy też:
      nieświadoma – samozagłada.

      Każde uderzenie kilofem odmierzało czas do końca.

      Tąpnięcia

      Nikt nie pamięta, kiedy runął pierwszy dom.

      Raczej widziało się już te kolejne, które wypadały z krajobrazu, jak górnicze
      zęby.

      – Pamiętam – mówi K., karwiniok i górnik z 34-letnim stażem – że w latach 60.
      jako syncy przijechaliśmy na odpust, to tam tuż przed uroczystością, w jednej
      chwili zapadła się chata aż po sam dach. Wokół chodzili ludzie i bezradnie
      patrzili, co się stało.

      20 lat wcześniej, podczas pamiętnej wizyty Gottwalda w Karwinie i wielkiej
      manifestacji w pohrabiowskim parku na Solcy, pojawił się dziwny znak,
      dostrzeżony przez reportera „Głosu Ludu": otóż „ujemną stroną [uroczystości]
      okazał się wadliwie zbudowany dach nad trybuną główną, który w godzinę po
      opuszczeniu trybuny przez członków rządu i reprezentantów władz zawalił się,
      nie wyrządzając na szczęście wiele szkody" („Głos Ludu" z 27 sierpnia 1946 r.).

      To był karwiński mane, tekel, fares. Moment, który umknął rozbawionym
      mieszkańcom i zadowolonym z siebie dygnitarzom. Za dwadzieścia parę lat i
      pałac, i park Larischa na Solcy, i cała Solca przestanie istnieć.

      Ale jeszcze w 1960 r. żyje, a „mieszkańcy chodzą po niej uśmiechnięci", choć
      czytając między wierszami, można było dostrzec raczej sardoniczny uśmiech
      solczan: „dzielnica Karwiny 2 Solca jest terenem intensywnej eksploatacji węgla
      pod ziemią, na skutek czego na powierzchni z dnia na dzień zachodzą wielkie
      zmiany, teren zapada się. Dla porządkowania ulic i upiększania okolicy istnieją
      tam bardzo niekorzystne warunki. Mieszkańców ciągle ubywa, bo wyprowadzają się
      do nowych pięknych osiedli. Ta mała więc ilość mieszkańców Solcy mimo to żwawo
      zabrała się do pracy i do 1 maja zadanie ukończyła, a w radzie narodowej
      zameldowała, że ogółem przepracowano nad upiększeniem okolicy 4000 godzin.
      Mieszkańcy Solcy chodzą dzisiaj zadowoleni i z uśmiechem na twarzach, że ich
      miejsca przed mieszkaniami i chodniki są czyste i uporządkowane" („Głos Ludu" z
      19 maja 1960 r.).

      Pałacu nie było już od siedmiu lat, a w tym samym roku 1960 rozebrano
      neogotycki kościół.

      Niebawem Solca zostanie wysiedlona i przestanie istnieć.
      Karwina

      Czy Karviná to Karwina? Myślę i patrzę na barokowy kościół św. Piotra z
      Alkantary z 1736 r. Patrzę i dziwię się: jak on się może utrzymać, przechylony
      od pionu o blisko siedem metrów? Podobno stał na pagórku, ale nie potrafię
      sobie tego wyobrazić. W ciągu kilkunastu lat budowla opadła o 32 metry. Kiedyś
      naprzeciw niego były dwie szkoły: „biała" (czeska) i „czerwona" (niemiecko-
      polska).

      Moje rozmyślania przerywa mężczyzna po siedemdziesiątce. – Panie, my uważamy,
      że ten kościół dzierżi się ino na modlitwie. Bo Karwina, bo to wszistko poszło
      precz. Tu był rynek, tu fara, tam domy stały, a tamtędy – wskazuje na łąkę
      porośniętą młodniakami – tramwajka jeździła z Ostrawy.

      Tramwajka... „Każdy jadący tramwajem z Karwiny do Ostrawy lub odwrotnie zauważy
      w górniczej Karwinie po obu stronach toru tej kolejki elektrycznej ruiny domów
      i zapadnięte tereny zalane wodą. (...) Z roku na rok (...), zwłaszcza pod
      starym kościołem, gdzie teren jest najbardziej upadnięty pod wpływem podkopów
      górniczych, gromadzi się coraz więcej wody i z roku na rok woda ta i podkopy
      górnicze niszczą coraz więcej domów mieszkalnych, powodując naszej gospodarce
      narodowej milionowe straty. (...) Jak długo bowiem pod Karwiną jest węgiel, a
      będzie to trwało jeszcze dziesiątki lat, tak długo w Karwinie tętnić będzie
      życie i nie można Karwiny traktować tak, jak gdyby już za niedługo miała ulec
      całkowitej zagładzie" („Głos Ludu" z 1 listopada 1960 r.).

      Uległa. Dziś nie ma fary, szkół, budynków, kina. Nie ma stadionu i bibliotek.
      Nie ma szpitala i hotelu.

      – Bo wie pan – mężczyzna ścisza głos – tej Karwiny, o której pisał Morcinek, to
      już nie ma. Wszistko poszło precz.

      Ruiny

      Po Karwinie najlepiej jeździć z aparatem, gdyż to, co zobaczy się dzisiaj,
      jutro może już nie istnieć. Raz można trafić choćby na barak z wybitymi oknami,
      przez które powiewają zasłony. Drzwi rozbite, zerwana elektryczność. To
      opuszczony budynek świątyni i urzędu parafialnego Śląskiego Kościoła
      Ewangelickiego. Ołtarz, obrazy, ławki – wszystko w dobrym stanie. W doniczkach
      rośliny, jeszcze zielone, lecz powoli nabierające śmiertelnej żółci w tym
      dziwnym hospicjum.

      Dawna kancelaria parafialna: rozwalone papiery, po podłodze walają się kartki,
      rachunki, przekazy pocztowe i obrazki z Jezusem. W otwartych szafach dokumenty:
      szkice kazań, rozliczenia, protokoły, brudnopisy ksiąg chrzcielnych,
      kancjonały, papiery, papiery, papiery. Kartka, na której ktoś starannie
      wykaligrafował nazwiska i sumę, jaką dana osoba ofiarowała „na ogrodzenie
      starego ew. cmentarza w Orłowej": Bystroń, Włosok, Przeczek, Bartel, Fołtynowa,
      Pinkas, Bandoła, Hlawowa i inni darowali w czerwcu 1946 r. na ten cel 3 285
      koron i 100 złotych (najwięcej, 200 koron, ofiarowała Kornelia Frydowa).

      Z pastorem rozmawiam przez telefon. Głos w słuchawce mówi, że opuszczony zbór
      ma zostać sprzedany, zaś to, co w nim zostało, nie przedstawia żadnej
      wartości. – Najważniejsze dokumenty – zapewnia – trafiły do Karwiny-Frysztatu.

      – A czemu zamknięto zbór?

      – Bo tam już nikt nie mieszka.
      Dwa miesiące później oczom ukaże się już tylko dach, wsparty na konstrukcji
      budynku.

      Ale został jeszcze kościół św. Piotra, ruiny kilku domów, odłamki cegieł,
      szyb „Gabriela", szyb „Barbara". Pomniki poległych

      w I i II wojnie światowej oraz cmentarz.

      Cmentarz, na którym spoczywa wspominany przez Morcinka inżynier Racek: „Pomnik
      wyobrażał ogromnie smutnego anioła bez skrzydeł. Anioł opierał się o strzaskaną
      kolumnę i patrzył gdzieś daleko".

      Ważący ok. 200 kg pomnik z nagrobka został skradziony w 2005 r.

      Cytowany przez „Głos Ludu" (z 1 grudnia 2005 r.) dyrektor cmentarza, który o
      kradzieży dowiedział się od jednego z odwiedzających, nie wykluczał,
      że „dokonano jej prawdopodobnie na zlecenie" i pomnik „może po lekkiej
      renowacji stanowić dekorację hali wejściowej czy ogrodu".

      Znikanie

      To i tak wielkie szczęście. Nie wszystko w Karwinie może przetrwać 111 lat.

      František Sochor wydał przewodnik po nieistniejącym mieście pt. „Vzpomínky na
      starou Karvinnou. O starej Karwinie wspomnienia" (Karviná 2001). Na planie z
      lat 30. zaznaczono domy, szpitale, sklepy, kościoły, restauracje, kopalnie, a
      nawet przystanki tramwajowe. To samo wiernie odtworzone jest na kartach
      książki: stare fotografie i w miarę szczegółowe opisy, kiedy dana rzecz
      powstała i kiedy została rozebrana lub nagle się zawaliła.

      „Czerwoną" szkołę wybudowano w 1894 r., a zburzono w 1960 r. „Biała", z 1852
      r., przeżyła sąsiadkę o 12 lat. Niemiecką Turnhalle [sala gimnastyczna – red.]
      rozebrano w 1968 r.; budynek stał 37 lat. Ratusz z 1909 r. – w 1962 r. Dom
      Stowarzyszenia Robotników Katolickich „Praca" – rok później; służył Karwinie 63
      lata. Browar
      • grba Karwina samobójstwo miasta #3 16.01.07, 20:14
        Browar powstał w roku 1860...

        – Czy pan wie, jakie było najlepsze piwo w Czechosłowacji? – pyta K. – Nie, nie
        Pilsner, lecz karwińskie piwo! 70 procent piwa tworzi woda, a nasze źródło
        Strzybnioczka było cudowne!

        W 1948 r. browar karwiński wyprodukował 100 tys. hektolitrów piwa „i ilość ta
        dla Śląska Cieszyńskiego stale nie wystarcza. Plany browaru w pięciolatce są
        znacznie wyższe. W r. 1949 pracownicy browaru postanowili wyprodukować 160 000
        hektolitrów piwa o znacznie lepszej jakości. Od 15 stycznia ukaże się w
        sprzedaży piwo mocniejsze o zawartości 7 % alkoholu (dotychczasowo 5%). (...)
        Ostatni urodzaj jęczmienia był u nas pomyślny i dlatego też świat pracy będzie
        miał piwa pod dostatkiem" – cieszył się „Głos Ludu" (z 6 sty¬-cznia 1949 r.).

        Jednak plany pięciolatki musiały ulec korekcie. W latach 1952-54 doszło do
        likwidacji browaru. – Do demolicji zaproszono wojsko na odstrzał – mówi J.,
        karwiniok. – To były metalowe konstrukcje, trudno było je zniszczyć ot tak. A
        potem teren zalano wodą.

        Ślady po browarze można teraz odnaleźć na portalu aukcyjnym aukro.cz –
        etykietki, butelki i pocztówki.

        To, co zostało w kopalniach, również znika. Nie ma koncepcji, by zachować
        kopalniane zabudowania w formie skansenu czy muzeum. – Maszyny wywożone są do
        Ostrawy, do tamtejszego muzeum – mówi fotograf W. – Nawet w Karwinie nie idzie
        robić muzeum górniczego. Ale wie pan co... Tu jest konflikt tego faktora
        przywiązania ludzi do miejsca z tym, że te nieliczne domy muszą być zburzone,
        bo zagrażają życiu.
        Przed dom Krůty (Krůtův Dům), pierwszego czeskiego burmistrza Karwiny, wychodzi
        60-letnia kobieta. Mąż związuje sznurkiem ustawione na przyczepie meble: kilka
        krzeseł, wersalkę. Właśnie się wyprowadzają. Z ostatniego stojącego jeszcze
        domu w Karwinie. Będą mieszkać po sąsiedzku, kilkanaście kilometrów stąd.

        Dom trzyma się mocno, nie ma nawet zarysowań na ścianach, ale i tak muszą go
        opuścić. – Kopalnie chcą, by tu było pusto – mówi kobieta. – To koniec. A
        kiedyś było to miasto. Tam była apteka, tu hotel. Nawet kościół ewangelicki
        zniszczono przed miesiącem.

        Przyszłość?

        J. pogodził się z rzeczywistością: – A bych prowdę powiedzioł: cało Karwina
        jest podkopano. Tu się już nic nie będzie budowało, bo cały teren siado.

        Gospoda

        Ostatnie z Karwiny uciekają knajpy. Przy „Barbarze", choć ta już jest w trakcie
        zamykania, drzwi do budynku z szyldem „Kulturní Dům" są rozwarte. Wieje pustką.
        A jednak w środku jest kontuar, senna barmanka i lane piwo. A i na Sowińcu jest
        knajpa. Jeszcze. Jeśli jest gospoda, gdzie z beczki nalewają zimne piwo,
        znaczy, że śmierć jeszcze nie nadeszła.

        Na Sowińcu zbiera się okoliczna śmietanka. Bezdomovci, Cyganie i ci, którzy
        mają jeszcze robotę w kopalniach, w mieście albo przy rozbiórce. Rozbierają
        ostatnie obumarłe domy. Ich rola przypomina zadanie mrówek w ekosystemie. Cegła
        po cegle. Cegłę można sprzedać, metal można sprzedać. Jak skończą pracę,
        podjedzie buldożer i zrówna resztki z ziemią.

        W połączonym z knajpą sklepiku sprzedają wino z beczki. Silniak wyciąga
        plastikową półlitrową butelkę. Za chwilę wychodzi zadowolony i siada przy
        ławie. Baczne oczka śmieją się znad brody. Mieszka koło nieczynnych
        kopalnianych torów, w zbitym z dykty i płótna domku. To on mi pokazał, jak tu
        trafić. Diky!

        – Jarek, dziennikarz.

        – Milan, bezrobotny – uśmiecha się. Napiłby się piwa, ale nie ma pieniędzy.

        – Pracowałeś pewnie na kopalni?

        – Cztery miesiące. Potem mnie wyrzucili.

        – Jak to? Zamknęli kopalnię?

        – Nie – mówi Milan i zatacza w powietrzu ręką małe kółko. – Kradłem miedź –
        dodaje, by nie było wątpliwości.

        Piję piwo w ostatniej na Sowińcu gospodzie. A „z Sowińca było już niedaleko do
        szewca Tomali – wspomina Morcinek – i również niedaleko było do legendarnego
        Starego Miasta nad Olzą. Stare Miasto zapadło się kiedyś w ziemię, gdyż
        mieszkali w nim ludzie bardzo grzeszni".

        Czyżby i w Karwinie mieszkali „ludzie bardzo grzeszni"? A może po prostu
        pewnego dnia pojawili się obcy, industrialni barbarzyńcy i do cna wydoili
        Karwinę?

        Na co się bowiem zda – w gospodarce narodowej – krowa, która już nie daje
        mleka...

        Jarosław Jot-Drużycki
        • placidus Re: Karwina samobójstwo miasta #3 16.01.07, 22:22
          Popatrz na program Jaworowicz . Kłomino i Borne Sulinowo - to zabójstwo regionu
Pełna wersja