Schlesische Fallschirmjäger na Slasku

23.05.07, 12:58
Schlesische Fallschirmjäger na Slasku trocha inakszi ;)))

Chyba malo znana historia siedmiu slaskich spadochroniarzy zrzuconych w
ramach zadan dywersyjno-rozpoznawczych na teren Slaska

www.historycy.pl/Strony/Artykuly/2006_04_2007_01/03.html
"Większość z 43 polskich spadochroniarzy przekazanych do dyspozycji 1. Frontu
Białoruskiego została zrzucona na tereny przyszłych działań tego frontu,
jedynie dziewięcioosobowa grupa lejt. Andrejewa lądowała w pasie planowanego
natarcia 1. Frontu Ukraińskiego. Działalność właśnie tej grupy jest
stosunkowo mało znana z uwagi na fakt, że prawie wszyscy jej żołnierze
zginęli w walce a dostępne materiały archiwalne zawierają jedynie
fragmentaryczne dane7 dotyczące ich zmagań z hitlerowcami na terenie Śląska
Opolskiego.



W jej skład wchodziło siedmiu Ślązaków polskiego pochodzenia: ppor. Jan
Pindor (pochodził z Cisownicy koło Cieszyna), ppor. Aleksander Biały
(pochodził ze Skoczowa), sierż. pchor. (ppor.) Andrzej Zmożek (pochodził z
Ustronia Śląskiego), st. sierż. Józef Kolorz (pochodził z Radlina), szer.
(por.) Karol Hracki (pochodził z Międzyświecia koło Cieszyna) oraz
prawdopodobnie sierż. Józef Bocek i st. sierż. Gerard Szamański9.


Lądowanie, które nastąpiło w małym lasku w zaplanowanym rejonie odbyło się
bez żadnych incydentów. Po zamaskowaniu spadochronów nadano meldunek do
sztabu 1.Frontu Białoruskiego, że grupa w całości przystępuje do wykonania
zadania. Spadochroniarze mieli na sobie polskie mundury oraz byli dobrze
uzbrojeni i wyposażeni, w tym m.in. w żywność, co pozwalało im przez kilka
dni unikać kontaktu z miejscową ludnością. W czwartym dniu od chwili
wylądowania, to jest około 8 września, idąc w kierunku Lublińca grupa
napotkała liczne oddziały niemieckie i nadała meldunek radiowy do sztabu
frontu o prawdopodobnym kierunku ich przegrupowania. Przypuszczam, iż to
właśnie wtedy nastąpiło wykrycie grupy lejt. Andrejewa przez jedną z
frontowych placówek pelengacyjnych Abwehry, która prowadziła rozpoznanie
radiowe. Wkrótce spadochroniarze zostali zaatakowani przez Niemców. W walce
zginął lejt. Andrejew i sierż. Orliński, a sierż. pchor. A. Zmożek został
schwytany przez Niemców i po przesłuchaniach rozstrzelany 18 listopada 1944
r. Po tej tragicznej walce dowodzenie przejął ppor. Jan Pindor, a grupa
skierowała się w rejon Olesna i Kluczborka. Tam również spadochroniarze byli
nieustannie ścigani przez Niemców i w walce ponosili kolejne straty. Z
początkiem października już tylko 4-5 osobowa grupa dotarło do powiatu
tarnogórskiego, gdzie w lasach koło Miasteczka Śląskiego założono bazę. W tym
rejonie szer. Karol Hracki nawiązał kontakt z polskimi kolejarzami Żokiem i
Ohmanem oraz Ślązakiem Wiktorem Hendlem, który obiecał zorganizować dla całej
grupy schronienie przed nadchodzącą zimą. Kilka dni później szer. K. Hracki
wyruszył do wykonania kolejnego zadania, a pozostali spadochroniarze w
ulewnym deszczu udali się do Miasteczka Śląskiego pod wskazany przez Wiktora
Hendla adres. Jednakże o świcie 11 października 1944 r. w wyniku fatalnej
pomyłki zamiast do zabudowań W. Hendla trafili do obejścia Niemca Alojzego
Hendla, który zadenuncjował ich żandarmerii. Spadochroniarze zostali okrążeni
i po krótkiej walce w płonącej stodole zginał por. Jan Pindor i ppor.
Aleksander Biały. Natomiast ciężko ranny st. sierż. Józef Kolorz został
schwytany przez Niemców, a następnie po przesłuchaniach rozstrzelany na
dziedzińcu więzienia w Bytomiu10.
Przebieg ostatniej walki spadochroniarzy z grupy lejt. Andrejewa znany jest z
meldunku niemieckiej żandarmerii operującej w rejonie Bytom - Tarnowskie
Góry. Podaje on również straty żandarmerii poniesione w akcji : "11
października 1944 r. około godz. 6.45 posterunek żandarmerii w Miasteczku
Śląskim otrzymał meldunek z dworca kolejowego w tejże miejscowości, że w
zagrodzie opodal dworca ukryło się 3 skoczków spadochronowych. Żandarmeria
powiatu bytomsko-tarnowskiego i żołnierze Wehrmachtu otoczyli i zablokowali
wskazaną zagrodę. Skoczkowie ukryli się w piwnicy pod stodołą. Na wezwanie do
wyjścia i poddania się nie odpowiadali. Podczas próby wrzucenia do piwnicy
materiałów wybuchowych otworzyli oni ogień, od którego zginął komendant
posterunku żandarmerii, starszy wachmistrz Fredrach Part. Na dalsze wezwanie
do poddania się jeden ze skoczków wyszedł z piwnicy. Według jego zeznań byli
oni uzbrojeni w pistolety maszynowe, duże ilości amunicji i granatów
ręcznych. Jeden ze skoczków pozostałych w piwnicy miał być zabity"11. ""
    • ballest To pisze Parker! 23.05.07, 22:38
      "Czy istniała taktyczna konieczność ataku na sam klasztor? Nie sądzę. Leese
      tłumaczył Andersowi, że niezbędne było związanie niemieckich spadochroniarzy
      obroną klasztoru, aby odwrócić ich uwagę od głównego uderzenia w dolinie rzeki
      Liri. Na pozycjach atakowanych do 12 maja przez Polaków działały elitarne
      jednostki alianckie - i zostały dosłownie zmiecione. Zbocza zalegały setki ciał
      i wraków czołgów. Alianci próbowali praktycznie wszystkiego, aby zdobyć
      wzgórza. Bezskutecznie. Można spytać: dlaczego miało się udać Polakom? Efekt:
      ogromna liczba ofiar, żadnych zdobyczy. A drugi atak, wieczorem 16 maja, był
      moim zdaniem posunięciem całkowicie politycznym. W rejonie klasztoru pozostało
      nie więcej niż 200 niemieckich spadochroniarzy. Ale wciąż mogli zadać
      nacierającym ciężkie straty. Koniec końców, klasztor został właściwie
      opuszczony, a nie zdobyty szturmem. Nie wierzę, żeby komukolwiek udało się go
      zdobyć. Nie sposób było do niego wtargnąć inaczej niż przez wąskie przesmyki,
      gdzie mieściły się niewielkie oddziały wystawione na morderczy ostrzał z ruin.
      Gdy patrzymy na pomnik Polaków, trzeba pamiętać, że umierali, aby stworzyć
      legendę, nie dla celów operacyjnych czy strategicznych. Zabici we Włoszech to
      zmarnowane ofiary."
Pełna wersja