piatac, chopcy aber gibko!

21.06.07, 15:16
slonske ziomale, znajdujonc sie na terenie obecnie okupowanym przez polske, stajecie sie posmiewiskiem swiata, jak polacy.
kaczynskie, zas atakujom na wszyskich lamach gazet i telewizji, na swiecie.
najnowszo paranoja: gdyby nie bylo 2 wojny byloby tera 66 milionow polokow, dlatego poloki muszom miec wiency do godania we uni.
wyobrazcie sie 66 milionow kaczynskich! buhahahahaa - koniec swiata by byl.
niy pomyslol tyz borok ze byloby wtedy 180 milionow niemcow, kierym byloby langsam ciasno w reichu, slonsk bylby dali niemiecki, a 66 milionow polokow pasli by krowy, kierych ruskie i tak nie chcom kupic - bo mienso polske im smierdzi.
jeszcze pora dni tymu kaczka-dziwak, padol: wiency glosow dlo polski, abo smierc, miejmy nadzieja ze wygro ta drugo opcja.
a dzisioj juz wos nawet premier wyngier gnoji, Ferenc Gyurcsany pedziol:
poloki to szkodniki, pasozyty przynoszonce szkody, nie ino sobie, ale i wengrom, francji i danii.

wezcie ludzie zrobcie, z tymi bezmozgowymi bracmi, abo pitejcie z tego poronbanego kraju.

codziennie polsko fana w zajtungach i dupny artykul o porombanych polskich faszystach, chorujoncych na manie wyzszosci.



    • grba Ferencsa Gyurcsánya słowa 22.06.07, 08:14
      "Kłamaliśmy przez ostatnie półtora roku. Nie znajdziecie ani jednego znaczącego
      posunięcia rządu, z którego moglibyśmy być dumni. Kłamaliśmy rano i wieczorem.
      Nie mieliśmy wyboru, bo spieprzyliśmy gospodarkę, i to nie tylko trochę, ale
      bardzo."















      • grba Ferencsa Gyurcsánya przemówienie 22.06.07, 08:19
        "To, o czym mówiłem przez godzinę, a może nawet więcej niż godzinę, to
        oczywiście nie jest cała nasza polityka. Nie udało mi się wymienić wielu rzeczy,
        które trzeba zrobić, i nie udało się oddać wielowarstwowego charakteru
        komunikacji tak bardzo potrzebnej, wręcz niezbędnej, do osiągnięcia sukcesu. Za
        wszelkie ostrzeżenia i rady w tej sprawie mimo wszystko dziękujemy.

        Jeśli mam być szczery, muszę przyznać, że mamy mnóstwo dylematów. Że za
        pewnością siebie kryją się wątpliwości i rozterki. Mam pełną świadomość, że to,
        co robimy, nie będzie doskonałe. Że w przypadku całej masy spraw nie mam pojęcia
        nie tylko, jaki powinien być... szósty krok - nie wiem nawet, jaki powinien być
        trzeci. Znam tylko pierwsze dwa. Musimy spróbować poprowadzić jakoś te wszystkie
        sprawy, podtrzymać wzajemną współpracę, wzajemne dobre zamiary, zapewnić sobie
        poparcie partnera koalicyjnego, przygotować zarządy najbardziej wpływowych gazet
        i ich czołowych publicystów na to, czego się mogą spodziewać, wciągnąć ich do
        tego procesu. Nauczyć się nie jęczeć co chwilę i iść do przodu.

        Oczywiście, nie jestem w stanie przewidzieć konsekwencji każdego naszego kroku.
        To niemożliwe. Nie mamy takiego potencjału. Prawda jest taka, że cała drużyna
        pracuje tylko od siódmej rano do wieczora i, niestety, po osiągnięciu pewnego
        punktu nie da się zrobić więcej. Nie jesteśmy w stanie w więcej niż 12-15 osób
        usiąść dookoła tego stołu, przy którym trzeba się dogadać z ludźmi z rządu, z
        ludźmi z ministerstwa, z ekspertami. Nie jesteśmy w stanie. To wszystko, na co
        nas stać, moi drodzy.

        Przez ostatni miesiąc zrobiliśmy wszystko, co dało się zrobić. A wcześniej
        zrobiliśmy wszystko, co dało się zrobić po kryjomu, tak żeby w ostatnich
        tygodniach kampanii wyborczej nie wyszły na jaw dokumenty zdradzające, do czego
        się szykujemy. Strzegliśmy tej tajemnicy, wiedząc, i wy też wiedzieliście, że
        jeśli nadejdzie zwycięstwo w wyborach, będzie trzeba za wszelką cenę udowodnić,
        że nigdy takich problemów nie mieliśmy. Od lata zeszłego roku strzegliśmy
        jedności politycznej, a co za tym idzie, zawodowej jedności politycznej, jak
        nigdy w ostatnich latach. Być może jak nigdy wcześniej. Jasne, wszyscy wiemy, że
        stopień opracowania naszych materiałów pozostawia wiele do życzenia. Tak. Macie
        rację. Dokładnie wiemy, że stoimy naprzeciw ogromnego ryzyka.

        Mówicie, żebyśmy uważali, bo trybunał konstytucyjny może nam odesłać niektóre
        sprawy. Wiemy. Nie szkodzi, że mówicie, ale uwierzcie, my to wiemy. Z Jóską
        Petrétim pracuje bardzo wąskie grono ludzi - bo na tym etapie nie możemy ich
        jeszcze rozpuścić po całym ministerstwie - pięć, sześć, siedem osób. Od rana do
        wieczora. Dosłownie. Żeby uniknąć jakichkolwiek problemów. W pewnych kwestiach
        doprowadzamy się nawzajem do szaleństwa, żeby zgromadzić potrzebną ilość
        pieniędzy. Ja sam, czego przez poprzedni rok nikt ode mnie nie doświadczył, w
        ostatnim miesiącu chyba trzy razy zaczynałem drzeć się i krzyczeć, nie
        wytrzymując napięcia na obradach. Nie na kolegów, tylko w trakcie politycznych
        negocjacji, w pi...u z tym. Idziemy dalej.

        Nie mamy wyjścia. Nie mamy go dlatego, że spieprzyliśmy sprawę. Nie trochę -
        bardzo. Jeszcze nigdy żaden z europejskich krajów nie namącił tak jak my. Można
        to wytłumaczyć. To oczywiste, że ostatnie półtora roku czy dwa lata były jednym
        wielkim kłamstwem. Było jasne, że to, co mówiliśmy, to nieprawda. Tak bardzo
        przekroczyliśmy możliwości tego kraju, że nawet nie byliśmy sobie w stanie
        wcześniej wyobrazić, że wspólne rządy Węgierskiej Partii Socjalistycznej i
        liberałów mogą kiedykolwiek doprowadzić do czegoś takiego. I jednocześnie przez
        cztery lata nie robiliśmy nic. Zupełnie nic.

        Nie jesteście w stanie wymienić ani jednego znaczącego rozporządzenia, z którego
        moglibyśmy być dumni, poza tym, że na koniec udało nam się wyciągnąć rządy z
        gówna i zdobyć władzę. Co powiemy, kiedy trzeba będzie rozliczyć się przed
        krajem z tego, co zrobiliśmy przez cztery lata? To wszystko nie narastało
        stopniowo, spokojnie, po kawałku. Nie, nie. Działamy w zabójczym tempie, bo
        przez jakiś czas nie mogliśmy robić nic w obawie, że się wyda. A teraz tak nas
        przypiliło, że niemal padamy. W końcu zaczynamy się potykać. Bo nie wytrzymujemy
        tempa. Tak wygląda sytuacja. A w międzyczasie jeszcze trzeba dojść do
        porozumienia z wolnymi demokratami... no, i te problemy z ministrami - sami wiecie.

        Więc tak: wygląda na to, że na krótszą metę nie mamy wyboru. Jani Veres ma
        rację. Można jeszcze przez moment bajerować, ale nie długo. Chwila prawdy
        nadeszła bardzo szybko. W przetrwaniu pomogły nam boska opatrzność, szczodrość
        gospodarki światowej i setki trików, o których wy oczywiście nie musicie
        wiedzieć. Ale dalej tak się nie da. Nie da się. Naturalnie możemy jeszcze długo
        rozmyślać, możemy przygotowywać pieprzone setki analiz, zastanawiać się, którą
        grupę społeczną i jak to wykończy - tyle mogę wam powiedzieć. Nie da się znów
        tygodniami analizować. Po prostu się nie da.

        Pierwszego dnia trzeba powiedzieć, co musimy zrobić, żeby jakoś to wszystko
        wyprostować, żeby od pierwszego września mogły wejść w życie nowe przepisy
        podatkowe. Ja mogę sobie analizować jeszcze przez kilka tygodni, ale potem
        przyjdą eksperci i powiedzą, że już to przeanalizowali. Węgry są spisane na
        straty. Dlatego, na wstępie zaznaczając, że temu, co robimy, daleko do
        doskonałości, nie jestem w stanie przedstawić wam planu B.

        Przegadaliśmy, przekrzyczeliśmy i przemęczyliśmy ten temat ze wszystkimi
        wpływowymi i opiniotwórczymi specjalistami do spraw makrogospodarki, począwszy
        od Kornaiego do Bokrosa, od Békésiego do Suránya, od Vértesa do Bóg wie kogo. I
        muszę wam powiedzieć, że zetknęliśmy się z wieloma wspaniałymi pomysłami. A
        niech to! I okazało się, że nawet najwięksi, najbardziej uznani, są w błędzie
        sięgającym setek miliardów.

        A gdyby tak każdego obciążyć podatkiem od nieruchomości? Wiecie, jakie byłyby
        wpływy, gdyby opodatkować każdą nieruchomość wartą więcej niż pięć milionów
        forintów? Podaję niski pułap... nie sto milionów... tylko pięć. Poza tym oddajmy
        samorządom te 52 miliardy wpływu z podatków komunalnych - musimy je oddać, bo to
        są ich przychody. Saldo wyniesie mniej niż 20 miliardów forintów.

        Pojawia się u mnie chyba najbardziej wpływowy węgierski biznesmen Sándor Demján.
        I potężnym głosem oznajmia: Ferike, wyczytałem w rozprawie Sárköziego, że
        gdybyśmy zamknęli wszystkie drugoplanowe instytucje, zaoszczędzilibyśmy jakieś
        700-800 miliardów forintów. Mówię mu: Sándorku, czyś ty zgłupiał? Na miłość
        boską, kto jak kto, ale ty powinieneś umieć liczyć. Przychodzi nasz przyjaciel
        Gyuri Surány z pomysłem, jak zreorganizować ulgi podatkowe dla osób osiągających
        wynagrodzenie minimalne, żeby mimo wszystko było sprawiedliwie. I pracujemy nad
        tym długi czas. Przesyła mi wreszcie swoje obliczenia i okazuje się, że wszystko
        pięknie, tylko zapomniał, że dzisiaj na Węgrzech istnieje możliwość przekazania
        części podatku, co też wymaga wprowadzenia zmian, i że chodzi o kwotę 230
        miliardów forintów. Ach, tak? No, jeśli chodzi o 200 miliardów, to nie ma
        rozwiązania. Zazwyczaj istnieje wiele dobrych pomysłów, aż do momentu, kiedy
        zaczyna się liczyć. Kiedy trzeba liczyć, kończy się wiedza.

        Wiele osób krytykuje to, że system nie jest wystarczająco zintegrowany, nie ma
        odpowiedniej konsystencji, każdy ma pomysł, co należałoby z niego wyeliminować,
        żeby konsystencja była odpowiednia, i już zostaje tylko jedna trzecia kwoty,
        którą trzeba zebrać. Ach, tak? Ja też znam system o odpowiedniej konsystencji.
        Jedynym moim problemem jest to, że trzeba zebrać nie 50 miliardów tylko... nie
        powiem teraz ile. W tym tkwi problem. W dodatku wszystko to trzeba zrobić jakoś
        tak, żeby nie krzyżowało się z tym, co planujemy robić na dłuższą metę.

        Moi drodzy. Nie jesteśmy doskonali. Absolutnie. I nie będziemy. Nie jestem w
        stanie wam powiedzieć, że wszystko będzie w porządku. Mogę wam jedynie mówić o
        tym, o czym mówiłem
        • grba Ferencsa Gyurcsánya przemówienie #2 22.06.07, 08:21
          O tym, co da się uczciwie zrobić, do czego mamy kwalifikacje, bo nie bierzemy
          udziału w jakichś dziwnych rozgrywkach, bo nie marnujemy energii na wewnętrzne
          przepychanki, nie mamy odrębnych interesów, które nie mogłyby ujrzeć światła
          dziennego, bo nie chodzi o jakieś porachunki.

          Grupa ludzi, której powierzyliście kierowanie naszym skrzydłem, z grubsza jest w
          stanie sprostać tym zadaniom. Potrafi stworzyć jako taki program. Być może jest
          jakaś inna grupa, która potrafi co innego. My nie potrafimy więcej i nie
          potrafimy lepiej. Nie damy rady. Nawet, gdybyśmy się wykończyli. To jest wielka,
          rzetelna, wspólna praca. Musimy ją wykonać. Nie mówię o Nowych Węgrzech, o
          rozwoju, o węgierskiej mniejszości narodowej, o stosunku do Kościoła i o tysiącu
          innych spraw, bo w porównaniu z rzeczami wielkimi dziś nie są one
          najważniejszymi kwestiami. Do każdej z nich będziemy mieć istotne, znaczące i
          wnikliwe propozycje. Jedna czy druga może nawet sprawić niespodziankę. Ale w
          porównaniu z całością, co do której musimy podjąć wspólne decyzje, nie to jest
          najważniejsze. Reformy albo klęska. Nie ma innej możliwości. A kiedy mówię o
          klęsce, mam na myśli Węgry, mam na myśli lewicę, i mówię to szczerze, mam na
          myśli również siebie.

          I chcę teraz jeden jedyny raz powiedzieć wam... Jeszcze trzy minuty.... Powiem
          wam to najwyżej raz. Fantastycznie było tworzyć politykę. Fantastycznie.
          Fantastycznie jest kierować państwem. Osobiście w ciągu ostatniego pół roku
          byłem w stanie to robić, bo jedna rzecz dawała mi motywację i zagrzewała do
          walki - chęć przywrócenia lewicy wiary w to, że może to zrobić, może wygrać. Że
          nie musi chodzić ze spuszczoną głową w tym pier...nym kraju. Że nie trzeba sr..
          w gacie ze strachu przed Viktorem Orbánem, przed prawicą, żebyśmy nauczyli się
          wreszcie porównywać nie z nimi, tylko z resztą świata. To dało mi wiarę, że
          warto działać. To była wielka rzecz. Uwielbiałem to. To była najlepsza część
          mojego życia.

          A teraz okazało się, że uczestniczę w tworzeniu historii. Nie dla podręczników.
          Mam je gdzieś. Wcale mnie nie obchodzi, czy do nich trafimy, czy trafię do niech
          ja osobiście. Wcale mnie to nie interesuje. Czy robimy coś wielkiego? Czy
          powiemy: cholera jasna, przyszło kilku takich, którzy mieli odwagę coś zrobić i
          nie pieprzyli się, jak, k... mać, rozliczą koszty podróży. Przyszło kilku,
          którzy nie zastanawiali się, czy zdobędą miejsce w samorządzie lokalnym, czy
          nie, tylko zrozumieli, że w tym pieprzonym kraju chodzi o coś innego. Którzy
          rozumieją, że tu, na początku XXI wieku warto być politykiem, żeby tworzyć inny
          świat. Tylko dlatego. Bo egzystencję można znaleźć i gdzie indziej.

          Wiem, że mnie łatwo mówić. Wiem. Nie musicie mi tego zawsze zarzucać. Ale tylko
          dlatego warto. Niemal wykończyło mnie to, że przez półtora roku trzeba było
          udawać, że rządzimy. Zamiast tego kłamaliśmy rano, w nocy, wieczorem. Nie chcę
          tego ciągnąć. Albo zróbmy coś z tym - macie do tego człowieka. Albo trzeba to
          zrobić z kimś innym. Kiedy już z tym skończę, jeśli rozstaniemy się w kłótni,
          nigdy nie udzielę żadnego wywiadu. Nigdy. Nigdy nie powiem złego słowa na
          węgierską lewicę. Nigdy. Ale tylko po to warto się tym zajmować, żeby brać się
          za rzeczy wielkie.

          Tłumaczyć, potem siedzieć na długich obradach, potem znów prowadzić kolejne
          narady robocze, a potem stwierdzić, że nigdy, przy żadnej ustawie nie dojdziemy
          do porozumienia, bo ciągle tylko rodzą się kompromisy, które są kompromisami
          bezczynności, i że zostaje tak, jak było dotąd. Bo każde inne rozwiązanie godzi
          w czyjeś interesy. Do tego potrzebna jest inna madame. To nie zmieni mojego
          uwielbienia, wcale. Ja nie będę się codziennie unosić. Był taki minister w
          rządzie Gyuli Horna, który ciągle chciał podać się do dymisji. Miałem też
          takiego poprzednika - premiera, który stale powtarzał, że on... Ja nie jestem
          takim facetem. Dopóki mamy siłę i idziemy naprzód, mówię: tak, a potem po cichu
          odejdę. Z innego powodu nie warto. Każdy musi sam zdecydować, czy za 400-500
          tysięcy forintów będzie robił coś, co jest zaje... ważne, szczególnie jeśli nie
          ma się innego zawodu, sam to wiem. Czy jest w stanie wznieść się ponad wszystkie
          historie ostatnich piętnastu lat i zawiązać nowe deale, czy myśli, że to będą
          kolejne takie same cztery lata, że - a, niech to! - przeżyliśmy do tej pory,
          teraz też sobie poradzimy. Było już paru premierów, tego faceta też jakoś
          zniesiemy. My i tak zawsze wypływamy. Być może. Powiem też, że są to zasadne
          argumenty i wcale mnie nie bolą. Wcale. Mamy w tej frakcji niejedną osobę
          nadającą się na premiera. Proponuję, żeby każdy wziął głęboki wdech, wypił
          zaje... ilość wina, przespał się ze dwie noce i sam zadecydował... Jeśli każdy
          potrafi tylko w kółko powtarzać to samo, co mówił przez ostatnich kilka lat, i
          nie potrafi sobie uświadomić, że, cholera jasna, być może należałoby wreszcie
          powiedzieć coś innego niż przez ostatnie pięć lat, bo najwyraźniej nie
          doprowadziło to do żadnego porozumienia, bo jeśli każda ze stu
          dziewięćdziesięciu osób powtarza wciąż te same zdania co przez ostatnie lata, to
          tak samo nic się nie wydarzy, bo w dalszym ciągu nie będziemy w stanie się
          dogadać. K... mać, nie zgadzam się z tym wprawdzie, ale odpuszczę. Niech
          działają. Innym razem ktoś inny odpuści i powie: niech działają. Reformy nie
          polegają na tym, że wszyscy inni mają się zmienić. Reformy nie polegają na tym,
          że staniemy i będziemy powtarzać narodowi mantrę. Reformy polegają na tym, że my
          też jesteśmy skłonni w wielu punktach przewartościować to, co do tej pory
          myśleliśmy i robiliśmy. Z tej perspektywy kwestia pierwszych miesięcy, kwestia
          skorygowania pewnych spraw, jest zwykłym przymusem - muszę to przyznać.

          Mylicie się sądząc, że macie jakiś wybór. Nie macie. Ja też nie mam. Możemy
          jedynie zdecydować, czy spróbujemy mieć jakiś wpływ na to, co się dzieje, czy
          wszystko się na nam zawali na głowy. Nasze rozwiązanie z pewnością nie jest
          doskonałe, macie rację, ale nie mamy lepszego. Takiego, w którym moglibyśmy
          dojść do porozumienia z większością branży, które zaakceptowałyby rynki, które
          zaakceptowałby partner koalicyjny. I my, tych kilka osób na górze, od Béli po
          Janiego Veresa, od Pétera Kissa do Ildikó, od Imre Szekeresa do Hilléra,
          powiedzmy, ze mną włącznie, z grubsza wierzymy, że to jest w miarę dobre
          rozwiązanie. Bo musimy w to wierzyć, wszyscy muszą. Sami, każdy z osobna,
          potrafilibyśmy zrobić to inaczej. Ale nie jesteśmy osobno, tylko siedzimy wokół
          tego stołu w kilkanaście osób i musimy to zaakceptować.

          Sądzę, że jest to wykonalne. Spodziewam się, że będą konflikty, moi drodzy,
          będą. Będą manifestacje. Będą. Można manifestować przed parlamentem. Wcześniej
          czy później im się znudzi i pójdą do domu. Tylko wtedy uda nam się doprowadzić
          to wszystko do końca, jeśli uwierzymy w sens i będziemy co do niego zgodni.
          Musimy unikać wewnętrznych konfliktów. A jeśli przestraszymy się tego, że
          ewentualnie zaszkodzimy czyimś interesom, to nie wolno nam się za to brać.
          Absolutnie. Ja się nie upieram. To nieprawda, że mam w głowie jakąś koncepcję i
          upieram się, że na przykład w służbie zdrowia musi być tak, a gdzie indziej
          siak... Wcale nie.

          Ja organizuję te rozmowy, negocjuję, urabiam facetów, żeby zdradzili, co w nich
          siedzi. Nic nie narzucam. To nieprawda. A jeśli już narzucam, to wtedy, kiedy
          chcą zmniejszyć tempo, nie chcą się dogadać, wtedy tak, do diabła, mówię, ruszać
          się. Uważam to za swój obowiązek. A jeśli już się dogadamy, to nie mogę pozwolić
          na zwolnienie tempa. I nie chodzi o to, że mam gotowy scenariusz dotyczący
          Węgier, od A do Z, i że chcę go na was wymusić. Bzdura! Mam gotowy scenariusz na
          to, jak można kipiącą w socjalistach niesamowitą energię wykorzystać do
          wprowadzenia zmian w kraju, żeby się zmobilizowali, żeby zapanowali nad swoim
          niedowiarstwem, swoimi starymi przekonaniami. Taki scenariusz mam. A kiedy już
          nie będę mógł wytrzymać, to sobie powrzeszczę. Nie mam w tym żadnego osobisteg
          • grba Ferencsa Gyurcsánya przemówienie #3 22.06.07, 08:23
            osobistego interesu. Nie mam i już.

            To, co mogłem robić przez ostatnie półtora roku, to był wielki dar. Moim
            osobistym interesem jest to, żeby zmienić ten pieprzony kraj, bo kto inny miałby
            go zmieniać? Viktor Orbán ze swoją drużyną?

            Albo wersja C: nic się nie dzieje. Jeszcze trochę można się tak poobijać. Jasne,
            że opieka zdrowotna to poważna sprawa. Ale ktokolwiek z nas wejdzie do przybytku
            służby zdrowia, od razu widzi, że zbudowano ją na steku kłamstw. Jasne, że w
            oświacie też ciężko się do czegokolwiek dotknąć. Ale owszem, widzimy, że wiedza
            nie jest rozdzielana sprawiedliwie. Ktoś z was powiedział - chyba Gergř Arató -
            że największą niesprawiedliwością jest to, proszę państwa, że węgierski system
            oświaty z jednej strony wzmacnia obecne różnice społeczne, zamiast je
            likwidować, a w dodatku prowadzi do dalszej segregacji. To jest prawdziwie
            poważny problem. I poważnym problemem jest to, że darmowe szkolnictwo państwowe
            dajemy tym, proszę państwa, którzy pochodzą z najlepszych rodzin. Na tym tle
            skandaliczne nie jest to, że musimy płacić po trzy procent. Jeśli istnieje
            skandal społeczny, jest nim fakt, że wyższa sfera powstaje ponownie za publiczne
            pieniądze. A my nie mamy odwagi tego przyznać, mamy pełno w gaciach, boimy się
            powiedzieć, to w takim razie proszę płacić po siedem procent. Nie oszukujmy się.
            To jest prawdziwy skandal.

            Prawdziwym skandalem jest to, że tym, o których mówi Laci, jego Cyganom,
            przypada dziesięć razy gorsza opieka zdrowotna niż mnie. I od kiedy moją matkę
            rozpoznają w Pápa i nazywają ją Kasią Gyurcsány, też traktują ją lepiej, ku..
            mać! Nie wiedziała, co się stało. Synku, poprawiło się w służbie zdrowia? Ja na
            to: gó.., mamo. Po prostu wiedzą, kim jesteś. To jest skandal. Z tego punktu
            widzenia, w sensie społecznym, opłaty za wizytę u lekarza to nic. To nie
            skandal, tylko coś niewygodnego politycznie. I dla kieszeni. Bo z politycznego
            punktu widzenia może mieć poważne konsekwencje. Ale mówiąc szczerze, te
            konsekwencje dotkną tylko i wyłącznie nas - jeśli okażemy się idiotami. Ale
            konsekwencje społeczne dotkną już każdego. A my nie mamy odwagi zająć się całym
            szeregiem oczywistych społecznych kłamstw, ponieważ boimy się tych politycznych
            konsekwencji.

            Moje panie i panowie! To jest problem kilkuset osób, ich rodzin i znajomych, to
            jest nasz problem. Ale nie dlatego jesteśmy politykami, że z tego można tak
            zaje... żyć. Bo zapomnieliśmy już, jak to jest być lakiernikiem samochodowym.
            Tylko dlatego, że chcemy rozwiązać te problemy. Nawiasem mówiąc, z ostatnich
            czterech lat i z rządów Gyuli Horna wynika, że ludzie ponoszą porażki nie
            dlatego, że coś robią, albo że czegoś nie robią. Cholera, to dlaczego? Trzeba
            ruszyć naprzód. Trzeba wiedzieć, co chcemy zrobić. Pierwsze parę lat będzie
            okropne, pewnie. To nic, że będzie na nas głosować 20 procent ludności.

            Latem zeszłego roku po raz pierwszy od ośmiu lat - według badań Instytutu Sonda
            - na 100 osób tylko 18 powiedziało, że będzie na nas głosować. Latem zeszłego
            roku, moi drodzy! A rok później wygraliśmy. Dobrze byłoby, gdybyśmy nie tracili
            popularności przez wzajemne opieprzanie się, tylko zajęli się naprawdę ważnymi
            kwestiami społecznymi. Nie szkodzi, że na jakiś czas stracimy poparcie. Potem je
            odzyskamy. Bo ludzie zrozumieją. I wtedy będzie można spokojnie pojechać na
            prowincję i powiedzieć, udało nam się. Nie wszystkim się polepszyło? Racja. Ale
            jemu i jemu, i jemu, i powstały wreszcie nowe akademiki w tym parszywym kraju.
            To jest polityka. A nie to, kto z nas zostanie burmistrzem i ilu będzie miał
            zastępców. To też jest ważne, jasne, wiem, nie jestem naiwny. Ale nie należy do
            stu najważniejszych spraw w tym kraju. I to my decydujemy, czym będziemy się
            zajmować. My. I myślę, że ten kraj zasługuje na to i my też zasługujemy na to,
            żeby robić wielkie rzeczy.

            Mogę więc wam tylko powiedzieć, żebyśmy się wzięli w garść i zrobili to. Macie
            wiele racji, ostrzegając mnie, obawiając się, martwiąc o szczegóły. Mogę tylko
            powiedzieć, że to nie będzie żadna rozgrywka, ani taka, ani siaka. Robimy swoje.
            Dopóki możemy iść naprzód szybkim tempem, dopóty idziemy. A jeśli nie da się iść
            naprzód i będziecie mi tłumaczyć, że tak, ale... Do tego ja nie jestem
            potrzebny. Do tego potrzebny jest ktoś inny. A ja zajmę się pisaniem zajebiście
            dobrych książek o węgierskiej lewicy.
            ...
            Moi drodzy!
            ...
            Ildikó, muszę jeszcze coś dodawać?"

            • Gość: Yxz wezcie slowa Oberschlesier sobie do serca IP: *.pools.arcor-ip.net 28.10.07, 23:33
              cytat: pitejcie z tego poronbanego kraju. Koniec cytatu.
              I przyjedzcie tutaj do Niemiec.
              Na poczatek oberschlesier wam pomoze, takze z noclegiem nie ma problemu, prace
              oberschlesier tez wam zalatwi, no problem
              • builder Re: wezcie slowa Oberschlesier sobie do serca 29.10.07, 00:03
                oberciuo niy mou zaplecza=znom te bule,
                niy wpisuj nikogo na sila=tou niy mou sensu,
                jou tysz chciulech dobrze iy siy poswiyncolech, a potem dostolech
                kopa we ZAD=trocha sie nauczylem i mom zawsze usmiechnientou
                twasz ;),


                Gość portalu: Yxz napisał(a):

                > cytat: pitejcie z tego poronbanego kraju. Koniec cytatu.
                > I przyjedzcie tutaj do Niemiec.
                > Na poczatek oberschlesier wam pomoze, takze z noclegiem nie ma
                problemu, prace
                > oberschlesier tez wam zalatwi, no problem

                -----------


Pełna wersja