petronella.kozlowska
11.03.08, 09:18
w Katowicach
forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=760&w=76822267&a=76822267
Styczeń 1940 r. Andrzej Rożanowicz ma 15 lat. Idą z kolegą na sanki. W parku
Kościuszki jest pusto i cicho. Ludzi już dawno wygoniły ze spacerowych alejek
przeraźliwe zimno i hitlerowska okupacja. - Nagle usłyszeliśmy zbliżające się
ulicą Kościuszki samochody. Ciekawość była silniejsza od strachu, więc
pobiegliśmy w tamta stronę. Jeszcze byliśmy za krzakami, kiedy zobaczyliśmy
pierwsze z jadących aut. Osobówka. Za nią ciężarówka, żołnierze na motorach i
chyba jeszcze jakiś samochód osobowy. Wojskowi momentalnie obstawili ulicę -
opowiada Rożanowicz.
Charakterystyczne mundury nie budziły wątpliwości. To było gestapo. Uwagę 15
latka przyciągnęła ciężarówka. Było zimno, a ona odkryta. Na pace ludzie. -
Nie byli na tyle blisko, że zapamiętałbym jakąś twarz. Ciężarówka przystanęła
na chwilę na ulicy, a potem skręciła w alejkę, w kierunku strzelnicy Bractwa
Kurkowego. Potem usłyszeliśmy trzy salwy. Sparaliżowało nas. Strach był tak
wielki, że z początku nie mogliśmy się ruszyć. W końcu poczołgaliśmy się za
drzewa i czekaliśmy co dalej - wspomina Rożanowicz.
Nie pamięta, ile to trwało: kilka minuty czy dwie godziny. W końcu chłopcy
usłyszeli szum odjeżdżających samochodów. Powoli, niemal bezszelestnie
przenieśli się w miejsce, z którego mogli zobaczyć, co się dzieje na
Kościuszki. Było pusto. - Poszliśmy w kierunku strzelnicy. Było przeraźliwie
cicho. Na śniegu zobaczyliśmy ogromne jasnoczerwone plamy - mówi Rożanowicz.
Ciał nie było. Chłopcy nie znaleźli też świeżych śladów kopanej ziemi.
Rożanowicz uważa, że musiały zostać zabrane do ciężarówki. - Trzeba pamiętać,
że ziemia była wówczas zamarznięta. Niemcy najpewniej wywieźli ciała w inne
miejsce, gdzie szybko mogli je spalić - przypuszcza.