Gość: wyborcy
IP: *.dynamic.gprs.plus.pl
18.08.10, 09:00
Pierwsza taka sprawa w Polsce: sędzia przed sądem ma odpowiadać za błędy w
orzekaniu
Sędzia zawinił, Skarb Państwa zapłaci
Takiej egzekucji jeszcze nie było. Sędzia postanowił o przysądzeniu
zlicytowanej nieruchomości, nie wziąwszy od nabywcy ustalonej zapłaty.
Orzeczenie jest prawomocne. Nabywca ani myśli o dopłaceniu brakującej sumy.
Dłużnik "został w skarpetkach". Wierzyciele odeszli z kwitkiem. Jak na razie
ściągają zasądzone należności z żyrantów, rosną odsetki.
To się nie miało prawa zdarzyć. Prawnicy, którzy zetknęli się ze sprawą, łapią
się za głowę, a wymiar sprawiedliwości rozkłada bezradnie ręce: powaga rzeczy
osądzonej, upłynęły terminy do wzruszenia prawomocnego orzeczenia. Nic nie
można zrobić. Już sam początek tego postępowania źle prognozował na
przyszłość. Majątek dłużnika - Zbigniewa Parowicza, przedsiębiorcy rolnego,
położony w Konradowie w gminie Świątki, wart był ponad 600 tys. zł, ale
olsztyński rzeczoznawca wycenił go na zaledwie 327 tys. złotych. Fakt
zaniżenia wyceny potwierdziła prokuratura, stawiając komornikowi i
rzeczoznawcy zarzuty, ale ostatecznie sprawę umorzono.
Cena wywoławcza nieruchomości na potrzeby licytacji ustalona została na 217
tys. zł, tj. 2/3 kwoty oszacowania. To w całości pokrywało długi Parowicza.
Tak wynikało z planu podziału sporządzonego przez komornika. Gdyby natomiast
nieruchomość zbyto za jej rzeczywistą rynkową wartość (dwukrotnie wyższą niż
cena ustalona przez rzeczoznawcę komorniczego), to Parowicz mógłby sobie
jeszcze kupić jakiś kąt, by nie zostać bez dachu nad głową.
Sąd gubi pieniądze
Na pierwszej ani na drugiej licytacji nikt się nie zjawił. Wobec braku
chętnych jeden z wierzycieli - firma Agrolak - złożyła wniosek o przejęcie
licytowanej nieruchomości na własność za 2/3 kwoty oszacowania, tj. za 217
tys. złotych. Tego samego dnia wpłaciła rękojmię - 32,6 tys. złotych. Było to
w lipcu 2006 roku. W listopadzie Sąd Rejonowy w Olsztynie, który nadzorował
egzekucję, udzielił nabywcy przybicia. W lutym komornik sporządził plan
podziału kwoty 217 tys. zł, w marcu 2007 r. sąd wezwał Agrolak do złożenia na
rachunek depozytowy sądu części ceny w kwocie 30,7 tys. zł i wreszcie 1
czerwca 2007 r. zdecydował o przysądzeniu mu własności nieruchomości,
stwierdzając, że spełnił wszystkie warunki licytacyjne, z których podstawowym
jest zapłata... pełnej ceny, czyli w tym przypadku 217 tys. złotych. Parowicz
złożył zażalenie na to postanowienie, ale sąd II instancji uznał, że wszystko
jest w porządku i zażalenie oddalił. Orzeczenie ostatecznie uprawomocniło się
30 października 2007 roku. Majątek Zbigniewa Parowicza przeszedł na własność
nabywcy, a on sam i jego rodzina, po eksmisji, stali się bezdomni. Wtedy
jeszcze nie wiedział, że to wcale nie koniec kłopotów, jego koszmar miał się
dopiero zacząć. Przekonał się o tym, gdy wierzyciele zaczęli nachodzić jego
poręczycieli, a przecież powinni być zaspokojeni w wyniku licytacji. Firma
Agrolak nie zapłaciła bowiem całej wymaganej kwoty, zresztą właśnie dlatego,
że sąd jej nie wymagał.
W marcu 2008 r. Sąd Rejonowy w Olsztynie dokonał podziału kwoty uzyskanej z
egzekucji, daleko odbiegającego od planu podziału sporządzonego przez
komornika. Uwzględniał on jedynie firmę Agrolak i wierzycieli hipotecznych;
pozostałym wierzycielom przyznał tylko zwrot kosztów egzekucji. Nawet w tym
momencie sędzia Paweł J. nie "zwrócił uwagi", że brakuje pieniędzy. Przeciwnie
- wyszło mu, że Agrolak wpłacił za dużo i nakazał... zwrócić firmie 33,7 tys.
złotych (!). Tymczasem był to ostatni moment, w którym uchybienie mogło być
naprawione. Przez kolejne dwa lata Parowicz chodził od drzwi do drzwi -
wszędzie szukając sprawiedliwości. Pisma do sądu z zapytaniem, co się stało z
ich pieniędzmi, wysyłała również jego żona, ale sąd nawet nie raczył na nie
odpowiedzieć.
Pod koniec ubiegłego roku Parowicz trafił do biura poselskiego posłanki Lidii
Staroń. - Pan Parowicz zwrócił się do mnie o pomoc, gdy okazało się, że pomimo
zlicytowania jego majątku wierzyciele nadal windykują należności - mówi
posłanka Staroń. Przejrzała dokumenty. Zaczęła liczyć. Wyszło, że Agrolak
wpłacił łącznie tylko ok. 29 tys. złotych (!). Wierzytelność, którą sobie
potrącił od ceny, opiewała na blisko 66 tys. zł - co daje razem ok. 95 tys.
złotych. Cena ustalona za majątek w Konradowie wynosiła 217 tys. złotych.
Gdzie zatem podziało się ok. 120 tys. złotych?
Kto zapłaci?
- Zwróciłam się do sędziego wizytatora w Sądzie Rejonowym w Olsztynie z
pytaniem, gdzie reszta pieniędzy. Przejrzał akta, po czym stwierdził, że nie
potrafi odpowiedzieć. Wystąpiłam więc do sądu o potwierdzenie wpłaty całości
sumy. Okazało się, że w sądzie go nie posiadają. Nie wierzyłam własnym oczom,
dopiero wtedy zrozumiałam, co się stało i dlaczego wierzyciele p. Parowicza
nachodzą jego żyrantów - wyjaśnia posłanka Staroń. - Jest niedopuszczalne, aby
sąd zrobił przysądzenie, jeśli nie wpłynęła cała zapłata - podkreśla. - Mówi o
tym art. 998 kpc. - potwierdza mec. Lech Obara. - Jednak w tym przypadku stało
się zupełnie inaczej - dodaje.
Sędzia Paweł J. był w tym czasie na urlopie. Po interwencji posłanki podjął
próbę odkręcenia sprawy. Postanowieniem wezwał Agrolak, po trzech latach, do
uiszczenia brakującej kwoty za nabytą nieruchomość i przedstawił nowy plan
podziału pieniędzy uwzględniający pozostałych wierzycieli. Ale firma ani myśli
płacić. Zaskarżyła postanowienie w całości. Jak tłumaczy, orzeczenie o
przysądzeniu nieruchomości jest od trzech lat prawomocne, a sędzia Paweł J.
osobiście potwierdził w nim, że wszystkie warunki licytacyjne zostały
wypełnione, w tym także te dotyczące zapłaty.
W opinii resortu sprawiedliwości - postanowienie o uzupełnieniu przez Agrolak
brakującej kwoty nie ma oparcia w przepisach, ponieważ powoduje de facto
wzruszenie (cofnięcie) wydanego uprzednio postanowienia w sprawie planu
podziału, który został już wykonany. Ostateczna ocena należeć będzie do sądu
II instancji.
Kontrola z ministerstwa w olsztyńskim sądzie rejonowym przeprowadzona po
interwencji posłanki Lidii Staroń potwierdziła, że sędzia J. popełnił błąd,
jednak naprawienie go - zdaniem kontrolujących - nie jest już możliwe, gdyż
minął termin do zaskarżenia prawomocnych orzeczeń.
Wątpliwe jest także, zdaniem resortu sprawiedliwości, by Parowicz otrzymał
odszkodowanie od Skarbu Państwa za szkody wyrządzone przez funkcjonariusza, w
tym wypadku - sędziego.
"Warunkiem koniecznym żądania naprawienia szkody przez Skarb Państwa za
wydanie prawomocnego orzeczenia, jest stwierdzenie we właściwym postępowaniu
niezgodności z prawem takiego prawomocnego orzeczenia, a wobec upływu
dwuletniego terminu do wniesienia tego środka zaskarżenia, nie można już
uzyskać takiego orzeczenia" - napisano w sprawozdaniu z kontroli.
- Poszkodowany ma 3 lata na dochodzenie odszkodowania od Skarbu Państwa, ale
tylko 2 lata na pozwanie tegoż do sądu za rażące naruszenie prawa. To pułapka
dla wielu pokrzywdzonych, a jak pokazuje sprawa p. Parowicza, dopiero
interwencja posłanki Staroń pozwoliła uzyskać informację o "zgubieniu"
pieniędzy przez sąd, a potem pomoc dla p. Parowicza - wyjaśnia mec. Lech
Obara, pełnomocnik pokrzywdzonego.
Sytuacja przedstawia się więc następująco: mamy "niesłusznie wzbogaconego
wierzyciela" (który jednak nie jest "wzbogacony bezpodstawnie", gdyż ma za
sobą prawomocne orzeczenie); mamy grupę pokrzywdzonych wierzycieli, którzy nie
zostali zaspokojeni z licytacji; mamy "zlicytowanego" dłużnika, który został
bez dachu nad głową, a mimo to nadal jest obciążony długiem; żyrantów, którzy
muszą spłacać to, czego sąd "zapomniał" wyegzekwować; i na koniec mamy
sędziego, za którego błędy odpowiada Skarb Państwa, czyli wszyscy podatnicy.
Która z tych osób powinna zapłacić zagubione przez sąd 130 tysięcy?
Parowicz zamierza skarżyć Skarb Państwa o odszkodowanie, a także sędziego
winnego utraty pieniędzy. - Taką sytuację obejmuje art. 415 kodeksu cyw