edico
21.10.11, 16:39
KONSTYTUCJA RZECZYPOSPOLITEJ POLSKIEJ z dnia 2 kwietnia 1997 r. roku wyraźnie mówi, że państwo jest "bezstronne w sprawach religijnych" (por. art. 25, pkt 2). Podobnego stwierdzenia możemy się doszukać w art. 1 Konkordatu - "każde w swej dziedzinie - niezależne i autonomiczne oraz zobowiązują się do pełnego poszanowania tej zasady we wzajemnych stosunkach i we współdziałaniu dla rozwoju człowieka i dobra wspólnego" wprowadzając jednocześnie pewną aluzję, do odmiennej interpretacji, na której realizację nie trzeba było długo czekać. Myśl ta została rozwinięta w „Oświadczeniu rządowym z dnia 26 stycznia 1998" (M.P.98.4.51) wydanym "w celu zapewnienia jasnej wykładni przepisów Konkordatu", którego legalność do dzisiaj budzi poważne wątpliwości. Niestety, rząd zbyt szybko i pochopnie pospieszył się ze swoim wyjaśnieniem, że "Zasada wyrażona w artykule 1, według której Państwo i Kościół są niezależne i autonomiczne, jest w istocie nadaniem wyrazu prawnego praktyce, jaka wytworzyła się w Polsce na przestrzeni ostatnich lat. Oznacza ona rezygnację z takiego pojmowania norm konstytucyjnych, które wyrażało stosunek antagonistyczny, na rzecz wykładni zakładającej współdziałanie dla rozwoju człowieka i dobra wspólnego". Na wszelki wypadek, by nie powstały jeszcze jakieś dodatkowe wątpliwości czy niejasności, rząd był uprzejmy wyjaśnić obywatelom tego kraju, że zasada rozdziału Kościoła i państwa oznaczać będzie nie rozdział Kościoła i państwa lecz brak działań antykościelnych. Co więcej zapowiedziano, że literalne odczytanie niezależności i autonomiczności jest błędne, ponieważ "współdziałanie", które jak przecież wiadomo było praktyką "ostatnich lat" i które oczywiście ze swej natury musi implikować jakieś niewątpliwe zależności. Mamy więc okazję od 1998 r. ciągłe się jeszcze upewniać, że te zależności nieustannie są po stronie państwa (finansowanie uczelni w których szkolą się funkcjonariusze kościelni (KUL, PAT), Fundusz Kościelny, Komisja Majątkowa i itp.).
Jako uzasadnienie dla niezwykle ważnych racji współdziałania posłużono się w oświadczeniu bardzo ogólnikową formułą o rozwoju człowieka i dobru wspólnym, pozostawiając jednocześnie samodzielne wyjaśnienie tego zagadnienia chyba niedzielnym wędkarzom, co te terminy oznaczają. W każdym bądź razie żaden z następujących później po sobie rządów nie podjął się wyjaśnienia, co właściwie autorzy tego oświadczenia mieli na myśli. A więc Panie Kowalski, niech się martwi Pan sam albo zacznie domagać się jasnego i zdecydowanego postawienia sprawy. Przynajmniej w tym zakresie Palikot bez żadnych wątpliwości bije na głowy wszystkie dotychczasowe ekipy parlamentarne i rządowe.
Bezsprzecznie uznać należy, że przepis o niezależności i autonomiczności państwa i Kościoła ze względu na swą niejasność i nieprecyzyjność jest pełną rządową fikcją przede wszystkim dlatego dla tego, że każde współdziałanie ma to do siebie, iż zawsze rodzi jakieś zależności. Mówienie w tej sytuacji o jakiejś niezależności jest – nazwijmy to - logiczną pomyłką.
Przyglądając się ugruntowanej przez lata praktyce przyznać muszę, że Kościół, który pomaga w dokonaniu otwarcia np. nowego mostu na Wiśle (pochlapując go wodą z kropidła) przyczynia się w jakiś nieuchwytny dla mnie sposób, do rozwoju człowieka, względnie dla naszego dobra wspólnego. A wszystko rozbija się o imponderabilia, nieuchwytne dla pojedynczego Kowalskiego, lecz jasne i nie budzące żadnych wątpliwości dla Kościoła. Ogólnie rzecz biorąc jest tak, że to raczej państwo współdziała z Kościołem, natomiast Kościół współdziała z państwem wtedy kiedy w grę wchodzą interesy Kościoła. Pozostaje tylko czekać, jak zostanie wydane podobne oświadczenie w kwestii postulowanej równości wyznań, w którym wyjaśni się wszystkim, że ta niezależność oznacza w rzeczywistości po prostu brak współdziałania państwa w krucjacie księży przeciwko innym. A o tym wydają się przekonywać w sposób wystarczająco jasny ostatnie wystąpienia biskupów.