edico
20.01.14, 07:40
Ciekawy i dobry tekst. Szkoda, by zaginął:
Jan Radomski: Nauka gender vs. ideologia Jesus
Od kilku pokoleń Kościół stopniowo traci monopol na ludzką moralność, a doskonale zdaje sobie sprawę, że jeśli straci go całkowicie, to odejdą od niego wszyscy klienci: wierni. Dlatego robi to, co w tej sytuacji zrobiłby każdy monopolista – przekonuje, że jego produkt jest wyjątkowy, a z pozostałych, które są dostępne na rynku, nie da się w ogóle korzystać. Debata na temat gender to kolejny rozdział historii, którą wszyscy doskonale znamy.
W jednej z najbardziej znanych scen „Rejsu” kapitan statku powtarza bezmyślnie: „stan cywilny – tak, stan majątkowy – tak”. Mniej więcej tak samo od kilku tygodni zachowuje się Kościół, próbując uzasadnić swoją krucjatę przeciwko gender. Duchowni grzmią o etyce i moralności, równocześnie przekonując nas, że najważniejsza jest… biologia i prawo naturalne. Niedawno Andrzej Rozenek stwierdził, że akurat mężczyźni, którzy nie mają rodzin i chodzą w czarnych sukienkach, najgłośniej krzyczą, że mężczyźni powinni mieć tradycyjne rodziny i nie mogą chodzić w sukienkach. Nawet jeśli nie chcemy tej dyskusji sprowadzać do poziomu takich, skądinąd wyjątkowo trafnych, złośliwości, to już na pierwszy rzut oka widać w postulatach Kościoła kilka sprzeczności.
Na początku powinniśmy wrócić do czasów, w których nikt jeszcze nie słyszał o gender. Wtedy dyskusja na temat seksualności krążyła wokół dwóch tematów – antykoncepcji oraz homoseksualizmu, często rozumianego szerzej jako „dialog” (trudno nie ujmować tego słowa w cudzysłów, pamiętając o moralizatorskim tonie przedstawicieli Kościoła) z całym środowiskiem LGBT. Już wówczas mogliśmy wyraźnie zobaczyć, jak wybiórczo religia sięga po biologię; zapewniając nas, że lepszy od prezerwatyw jest naturalny seks bez zabezpieczeń, promując równocześnie, niemający przecież niż wspólnego z naturą, związek małżeński.
Wszystkie te sprzeczności – których jest zdecydowanie więcej – mają swoje źródło dokładnie w tym samym miejscu. Kościół zamiast uczciwe przyznać, że lansowany przez niego zestaw nakazów moralnych jest wyłącznie ideologią, próbuje chwytać się brzytwy, przekonując, że jest to jedyna słuszna droga dla człowieka, a zejście z niej sprowadzi na ludzkość zagładę. To oczywiście nieprawda – wszystkie stworzone przez Kościół zasady współżycia seksualnego, począwszy od związków małżeńskich, przez wierność i szacunek, skończywszy na byciu ze sobą aż do śmierci, mają dużo mniej wspólnego z naturą niż hippisowski ruch free love.
Zasługą religii nie jest, jak wmawiają nam duchowni, przywiązanie do prawa naturalnego, tylko – wręcz przeciwnie! – wzbogacenie naszego życia o dodatkową warstwę. Paradoksalnie Kościół nie potrafi docenić sam siebie, ponieważ mentalnie ciągle tkwi w sposobie myślenia św. Augustyna i św. Tomasza, mimo że nauka od tego czasu wykonała kilka kroków milowych, m.in. odkrywając obrzydliwą, krzyżującą religii wszystkie plany, ewolucję.
Jedyną ideologią, z którą mamy do czynienia jest ideologia Jesus. Od kilku pokoleń Kościół stopniowo traci monopol na ludzką moralność, a doskonale zdaje sobie sprawę, że jeśli straci go całkowicie, to odejdą od niego wszyscy klienci: wierni. Dlatego robi to, co w tej sytuacji zrobiłby każdy monopolista – przekonuje, że jego produkt jest wyjątkowy, a z pozostałych, które są dostępne na rynku, nie da się w ogóle korzystać. Zamiast uczciwie konkurować, duchowni przekonują nas, że za ich słowami stoi nie tylko Bóg, ale także naturalny porządek świata.
Na szczęście (a może należałoby napisać – dzięki Bogu) wewnątrz Kościoła pojawiają się głosy, które dają nadzieję, że niedługo ta dyskusja wróci na właściwe tory. Takim przykładem może być odważna rozmowa z ks. Alfredem Wierzbckim, w której dyrektor Instytutu Jana Pawła II Katolickiego Uniwersytet Lubelskiego mówi m.in.: „Jeśli się dobrze rozumie nauczanie Kościoła, to Kościół głosi, że człowiek nie jest tylko zwierzęciem, a więc należy nie tylko do biologii. [..] Różnice pomiędzy przeżywaniem kobiecości i męskości są uwarunkowane nie tylko biologią, ale również kulturą, więc - z pewnego punktu widzenia rolę gender można rozumieć również po chrześcijańsku.”.
Gdybyśmy uczciwie przyjrzeli się tej debacie, okazałoby się, że po jednej stronie mamy grupę naukowców, próbujących badać wpływ kultury i społeczeństwa na płeć, a po drugiej zamkniętą organizację, która walczy z nauką, promując jednocześnie własną ideologię. Krucjata przeciwko gender, to nic innego, jak kolejny rozdział historii, przez którą musiał przebrnąć Galileusz, pionierzy lotnictwa oraz setki tysięcy naukowców i artystów, którzy stanęli na drodze interesów Kościoła.
Twitter: @jwmrad
Blog: radomski.na.liberte.pl
PS. Całą tą rozdmuchiwaną przez biskupów jako próbę dogmatycznego dekretowania w sposób formalno-prawny swoich bzdur. Jest to manipulacja "zagrożeniem" gender i nietrudno domyśleć się dlaczego i po co. Jedyne, o co warto w tym kruchcianym wrzasku zabiegać, to rozwój świadomości społecznej. Nie nie jest rolą biskupów cenzurowanie gotowości kobiet do samostanowienia. Pokraczne stawianie parytetów nie zmieni świata. Męskość i kobiecość to nie tylko cechy biologiczne, ale również psychiczne. Występują przecież inne upodobania, inne ambicje, inne emocje, inne hormony... Prawdziwym humanistą jest tylko ten człowiek, który postuluje taki sam szacunek wobec obu płci i takie samo traktowanie. Nieco ponad sto lat temu podobnie wyglądały zmagania o równy dostęp kobiet do wyższego wykształcenia, praw wyborczych... Dzisiaj kobieta ucząca się i studiująca już nie nie gorszy księdza proboszcza ani ciotek-dewotek. Nawet na uczelniach teologicznych kobiety stanowią znaczący odsetek studentów. Wcześniej czy później doczekamy się swojej Angeli i płeć w polityce Kościoła przestanie pełnić tradycję średniowiecznego teatru. Wartości uniwersalne nie zależą aniod religii ani od polityki biskupów. Tym bardzie, że np. ich polityka w sprawach molestowania małolatów przez księży moralnie jest nie do przyjęcia.