Dodaj do ulubionych

Warmińskie bajanie na ekranie

09.08.05, 21:02
"Bajki warmińskie i mazurskie zostały przygotowane do druku przez mgr Halinę
Kurowską, ktora dokonała wyboru materiałów zebranych na terenie. Dązeniem tej
pracy było jak najściślejsze zachowanie wszystkich własciwości fonetycznych,
gramatycznych czy składniowych języka bajek, ale nawet i toku opowiadań."
Jest to dokument rodzimego folkloru.
Zapraszam do unikatowej lektury, szczegolnie w chwilach wolnych i jesiennej
szarugi.
Pierwszy rozdział jest poświęcony bajkom o zwierzętach.
Obserwuj wątek
    • rita100 Re: "Jak zając uczył lisa ryby łowić" 09.08.05, 21:03
      "Jak zając uczył lisa ryby łowić"

      Lis chciał od zająca żreć. I zając szie położił na droge jak nieżiwy. Nadjechał
      furmau, zająca wrzucił na wóz, a furman miał na wozie beczke z rybami. Zając po
      cichu kilka ryb wyrzucił i za nimi wyskocził. Pozbierał ryby i zaniós do lisa.
      Lis szie p'ita: " Gdzie ty te ryby złapał?" Zając mowi, że "na lodzie jest
      dziura i ja ogon wsadził, i riby szie nawieszali. Ja z mojem krótkiem nie móg
      więcy nalapać, jak ty twój długi wsadzisz, na pewnie więcy szie prziczepiom".
      Poszli oni na lód, lis wsadził ogon i trzima. Za chwile ogon zaczoł wmarżać.
      Lis pocziągnoł, mowi: "Kilka juz je, ale zacekam, az więcy będzie" - Za chwile
      prziszli ludzie, lis chciał ucieknąć, ale ogon był wmarznięty, ze nie móg go
      wyciągnąć.

      Opowiadał R. Duske, we wsi Sokółki, pow. Olecko w latach 1948

      Codziennie jedna bajeczka będzie :)
      Tralala - ta ksiązeczkę masz ?
        • rita100 Re: "Lis i wilk na weselu" 09.08.05, 23:01
          he,he - nie zawsze :)
          Lis i wilk na weselu

          Wilk pojedział do lisa:" Sukaj mi coś do zercia".
          Lis pojedział :- "Gospodyni napiekła flindz'i". Posz'li i lis kilka prziniós
          jemu, co wilkowi za malo b'ilo. Wilk posed, chciał cało nise zabrać, i nisa
          spadła i sie pobiła. Ludzie przilecieli i wilka pobili. Drugi raz wilk snów
          dochodził zercia od lisa. Mówi lis:"Gospodarz zabił sz'winie, i mienso w
          sklepie (piwnicy) stoi". Posz'li obydwa do sklepu, i wilk zaczioł zerć, a lis
          to co chwileckie zaleciał pod okno, przez okno wychodził, cy jesce wyjść moze.
          Wilk mówzi do niego: "Dlacego tak duzo chodzis ?" Mówi lis: "Ide obacyć, czi
          tam nas kto jidzi". Od tego trzasku ludzie szie obudzili i prziszli do piwnicy.
          Lis przez okno ucziek, a wilk nie móg, że za grubo szie obżar i zabili jego.

          Opowiadał R. Duske, wieś Sokółki pow.Olecko - 1948 rok

          napiekła flindz'i" - co to za potrawa ? Wiesz Tralalala ?
          Zaznacze, że w tej bajce jest wspomniane o sklepie, Warmiacy dawniej nazywali
          piwnice lub zabudowle wolnostojące oddalone od gospodarstwa, a służące
          najczęsciej za spiżarki w dużych gospodarstwach. Kazdy gbur taki sklep posiadał.
          • rita100 Re: O lisie i wilku na weselu i o tym jak chory zd 10.08.05, 21:18
            "O lisie i wilku na weselu i o tym jak chory zdrowego niesie."

            Wilk i l'is sia dowiedzieli, że jest w jeny wsi wesele, namówili sie i poszli
            na to wesele, i bez ta dura (dziura), co idzie do sklepu, to "oni weśli do tego
            sklepu i tam wesele trzymali. Tam byli psieczonki, kuchy: do góry tańc'ili,
            a "oni mieli tam kełbasy, boczki. Lis dolatuwał do tyj dury i mnierzyił swoje
            okoliczności, jeko może przieliść. A zilk był taki głupi i pytał sia lisa : "
            Co ty do tego "okna dolatujesz ?" A lis mu tłumaczył, że on obzorguje , że jeko
            patrolujący. W garku mieli kucharki drożdzi do kuchów pieczenia. Lis garnek z
            drożdzamy zwal'ił sobie na łeb (l'is ten mądrala), to sia garnek rozbził, to
            sie rómot stał. Kucharki usłyszaly, zebrali goście i sie upozażyli kijamy,
            zidłamy i kosturamy. To l'is uciek bez to "okno, bo on miara mniał, a wjilk też
            chciał, ale głowa mu wyszła, a dupa nie chciała. Kuchorki i ten brutkan i
            brutka bili go drągamy, ale zabzić go nie mogli, bo to łeb mniał w tej durze.
            I idzie ten wilk bez wjeś i płacze, i spotkał w rozie lisa. A l'is pyto: "No
            jak tam towarzyszu ?" A ten mózi: "Słuchaj, ale ja dostał, to dostał". A lis
            mózi: "Słuchaj, zilku, to, coś ty dostał, to m'inomalnie, tam kosturkami od
            kucharek, a mnie to mózg, mózi parobcy wybzili na "obok". On nie był nie
            pobzity, to te drożdze mniał na głozie, ale że był obżarty, to nie chciało mu
            sie iść. A zilk: - Widza, co ci śnierć z "oczu patrzy, wleź na mnie". I ten
            zbzity zilk wziół na sie zdrowego l'isa. A l'is żartował: "Potrzcie, chory
            zdrowego niesie !". Tak krzyczał trzy razy. Nareszcie zilk spostrzeg, co on z
            niego kapkuje i rzycił go do rowu w kadyki.

            Opowiadał J.Junker, wieś Uniesowo pow. Olsztyn - 1950r

            obzorguje - pilnuje
            brutkan i brutka = pan młody i panna młoda
            kapkuje - kpić
            kadyki - ?
            • rita100 Re: " O tym jak kobyła zabiła wilka" 11.08.05, 20:27
              " O tym jak kobyła zabiła wilka"

              Co dziodek pozieduwoł, co zilki b'ili kiedyś tutaj. I puśczili szkapa ze
              zrebkam na łąka, tak prziszed do niej zilk i chciał tego zrebaka zazryć, a ta
              szkapa nie dała mu. Tak ten zilk poszedł w błoto, sia "ukulał i prziszed do ty
              szkapy, i chciał ji zaprószyć ślepie, ale jenak nie dostał tego. Tak ta szkapa
              chodziuła w pancie, a tan zilk sia wziuł "uwalił: tak jek rachował, co ta
              szkapa przydzie blisko zilka, tak "un skoczi i zrebakozi bełk (brzuch)rozporze.
              A ta szkapa buła mądrzejsza i wziuła skokła na tego zilka i tam pantam go
              obłapsiuła i zaczuna zambalami drzyć, aż go zażerła.

              Opowiadał E.Kurowski , wieś Pokrzywy, pow. Olsztyn -1950r.

              pozieduwoł - opowiedział
              bełk - brzuch
              • rita100 Re: "Chytry lis i mądry kot" 11.08.05, 23:24
                "Chytry lis i mądry kot"

                Raz kot z lysem sie ześli drogo. L'is mozi do kota: "Siła ty rozumów mosz ?" A
                kot mózi: "Jo mom jeden". A lys mózi: - To mało, jo mom dzie'undziesiąt i
                dziewięć i eszcze w worku". I tro idzie jeger z flynto prosto na niech, tero
                przyłożył jeger na onego lysa flynte i chciał strzelyć. A kot skoczuł na
                chojine, na dźrzewo. A lys zaczoł uciekać i tak ogonem fajtoł. A jeger lysa
                zastrzielył.
                A kot móził: "Lysku bracisku i te z worka, i te z worka".

                Zapisano we wsi Lichtajny, pow. Olsztyn 1948

                jeger - strzelec, myśliwy
                • rita100 Re: "Jak gąsior lisa wyprowadził w pole" 12.08.05, 21:30
                  "Jak gąsior lisa wyprowadził w pole"

                  B'ił jeden l'is, a drug'i gunsior, i ten lis tego gunsiora chciał go podrzieć i
                  por'zeć. Jek tak daleko buło, to ten gunsior wzioł tego l'isa prosicz', ze mu
                  ma pozwolić trochie podtańcować przed śmierciu, 'i tej mu sie zezwol'ił.
                  Tedi "un go pros'ił, zeby mu przezwol'ił pare metrów odinść" od n'igo. Tak 'on
                  tedi mu pozwol'ił. 'I jek tedi 'on zacoł tancować 'i skrzydłami podfuriwać, tak
                  sie wziół wzbił na te skrzydła 'i pofuroł prec.
                  Tej ten l'is patrzał, c'i 'on nie przijdzie wzad (ale un pofuroł daleko), 'i
                  tej sobie dumoł, 'i móził do sie tak tem l'is, co chciał dobry objad nieć,
                  juz "on zięcy nie pozwol'i przed "obziadem tancować, az po "obziedzie.

                  Opowiadała Z.Gawlicka, wieś Maratki, pow.Mrągowo. 1949
                  • rita100 Re: "Wilk i zając" 13.08.05, 21:09
                    "Wilk i zając"

                    Była jajta na zające i podsztrzelili jednego zajunca. Tak on od bólu nie móg
                    juz bez bór ucziekacz', ino sed sobzie drogo wolno i wyrżykał tęgo od bólu, i
                    narzekał na te ludzie, co mu toto dotechli.
                    Jeden raz spotkał go zilk. "Ha , mózi do niego,tysz' mi ale dobrze przised.
                    Ładny frisztik będe z cziebżie miał". Zajune go wzioł proszicz', co on mu
                    lepsze coś na frisztik postawi, jakiegosz' cłożieka, co lepszi smakuje, bo zilk
                    cłożieka jesce nie znał. "No , mózi, to juz ci dam pokój, ale prowadż' mnie do
                    tego cłożieka".

                    Jedno raz idzie dżiecziuk mały. P'ita szie zilk: "Jes to cłożiek ?" - Zając
                    mózi: "Nie, ten dopsiero chce tym cłożićkiem być" - Ido dalej. Za jakisz' czas
                    trafił ich dziadek taki od osziemdzieszięcziu lat. Pyta szie znowu zilk: "Jes
                    to cłożiek ?" Zając mózi: "Nie, ten juz dawno cłożiekiem buł. Trzeba mu tez
                    dać pokój". Za jakiś cas trafił jech jeger z fl'into. Jak zając go zestrzyg,
                    zaraz zilkozin móżiuł: "Bżierż ty go, to cz'łożiek", a sam szie ukruł. Ma jino
                    scesz'czie, co ten jeger niał fi'inte naładowano ptaszim sz'rutem i go nie
                    zdóżył zabzić, bo zilk uciek i był gorszi chory jak zając. Jak sie tera oba
                    chore zeszli, tak szie zając go zaczół pytacz': "Jak ei poszlo, braczie ?" Mózi
                    zilk: "Braczie kochany, jakem go chcział zjesz'cz, tak on wzioł do ręki tako
                    zo're i dużem głosem dmuchnoł w nió, to mi oczi zas'ipało, com nic nie żidział".
                    W'ijoł sobżie potym z boku jedne zebro i me tak niem w'iokładał, com musział
                    nogować, aby z'iecie uratować.

                    Opowiedział G.Kipar, wieś Jabłonka, pow.Nidzica 1950

                    frisztik - śniadanie
                    jeger z fl'into - myśliwy ze strzelbą
                    • mamut_7 Re: "Wilk i zając" 14.08.05, 18:58
                      Naprawde fajne niektore te opowiastki.. kiedys byla wydana ksiazka pt" Magiczny
                      Bijak" w bardzo podobnym stylu pisane legendy i baji takze rejonu warmi i
                      mazur. Radze poszukac, moze gdzies sie jeszcze zachowaly tego kopie.. wydane
                      jesli sie nie myle we wczesnych latach 80-tych.

                      czuwaj
                      • sss9 Re: "Wilk i zając" 14.08.05, 19:00
                        Raduja sie, że juzaś zech jest z Wami i moga zaś pisać.
                        Pozdrowiom Wszystkich, kerzi w tym miejscu piszom z własnyj, niyprzimuszonyj
                        woli.
                        "Jest tako lauba, kero co nocy odwiedzo mie,
                        W naszyj laubeczce, starka nom bojki bojała.
                        Jest tako lauba, kero co noc mi sie śni,
                        Bo ta laubeczka dziecinstwo wraco mi.
                        Bo to laubeczka, naszyj młodości dni.
                        Utopkowo uczta"

                        Co się u Was dzieje ?
                        • rita100 Re: "Wilk i zając" 14.08.05, 20:20
                          Jak chwycisz te klimaty, Mamut - to te bajania sa bardzo ciekawe. Mam ich
                          trochę i do zimy będe je przepisywać, bo wiem , ze nie wsą one tak dostępne. Za
                          polecienie tej drugiej ksiązki dziękuje , rozejrzę sie za nią.
                          • rita100 Re: "Jak się ślimak z lisem ścigał" 14.08.05, 20:22
                            "Jak się ślimak z lisem ścigał"

                            Jenego pozoranku wyszedł ze swoji dury lis w lesie i myśloł sobzie: "Dzisioj
                            przy niedzieli musza sobzie smaczny "obziod obzorgować". I wyszedł z lasa kiele
                            purckiego jeziora i zaczoł czotować na dzikie kaczki. Na jeziorze plywalo gwołt
                            kaczków, a "onamu aż ślina szła, ni mog sia na nie doczekać. Poszed tedy przy
                            brzegu wody i zaczajuł sia w strszyny. Zbliżali sia kaczki do strszyny i
                            chcieli przyjść do swojego gniozdka, wtam wskoczuł lis do wody i chcioł z nich
                            jena ufycieć. Wtam kaczka pofurła do góry i chciwamu lisożin nic nie ostało.
                            Tak szło przez cały dziań. Nad zieczoram już mu sia nakuczuło tego i sia mu
                            odżidziało smaczny kaczki. Tedy chodziuł zły po łące tam i nazod (rug-cug),
                            natrasiuł na ślimoka i myśloł sobzie, to cjoć sia troszeczka pokrzepsia z
                            ślimokam. Móził do ślimoka: - Dzień dobry, ty mały włóczango, to gdzieś sia
                            wybroł ? "Jo chca obejść to całe jezioro, zaniam słonko zajdzie". Lis sia śnioł
                            z niego: Cha, cha, cha, i móżiuł do niego: "Jo to bym oblecioł ; ale ty - to
                            pojutrze byś nie obszed. Ślimok na to: "Chcesz przyść ze mno na wyścigi, to
                            chodź". "No dobrze. Ale jek jo banda prandzy, to ja cia pożra". A ślimok
                            móżił: "No jo". Lis sia rozradował na to i chantnie sia zgodziuł. Ślimok
                            móziuł: "Ale jo odrachuja: roz, dwa.... ty stój tutaj, a jo puda do tyłu, a jo
                            jednak wygrom". Chciwy, głodny lis sia ucieszuł, stoi i przedeptuje do
                            odlecania. I p'ita: "Czy już ?". Ślimok: "Jeszcze nie". Wzioł sia ślimok tedy
                            przyślinuł do jego 'oguna i mózi: "Juz ! roz, dwo, trzy". Lis lecioł i lecioł,
                            aż buł na położie drogi, 'obejrzoł sia za ślimokam. Jek go nie 'oboczuł, to
                            sia 'uwaluł i 'odpoczywoł sobzie, i wołoł: "No , ślimoku, gdzie jesteś ?". "No
                            tutaj". Jek lis 'usłuchoł, jek wstał a nie poszed, zaczoł lecieć, co mniał
                            tchu. Słonko zaszło już, jek przyszed lis na to samo mniejsce, 'odkąd
                            zaczeli 'uciekać, nie 'obaczuł ślimoka. Z radości zafajtnoł 'ogonam do przudu i
                            ślimok sia wtam 'odślinioł i możiuł do lisa: "Toś dopsieru przyszed ". Ja tu
                            już stoja pótory godziny i czekam na ciebzie". Wtem lis sia zawstydziuł i
                            musioł jiść głodny, stąd przyszed.
                            Tak chciwamu zawdy jidzie.

                            Opowiedziała A.Kensbok wieś Purda Duża, pow. Olsztyn 1951r.
                            • rita100 Re: "O babce i kocie" 16.08.05, 20:02
                              Ostatnia bajeczka jest nie notowana nigdzie, w żadnym innym regionie tylko we
                              wsi Gilawy, pow.Olsztyńkim podana przez anonimowego przekazcę. Można ją
                              traktować jako typowo warmińske bajanie.

                              "O babce i kocie"

                              Buła jeno bobka i mniała kotka, żodnego dzieciuka nie mniała, no i tak zyli po
                              społu ta bobka z tym kotkiem. Jednego razu to ten kotek mózi do tej
                              babki: "Jutro tom jest zaproszony na bankiet, na chcrzciny". Tedy poszed 'on
                              kotek zrena, a mieli we sklepsie dzieżka z masłem. 'On kotek poszed. Jek 'on w
                              ten sklep wloz, posiedzioł cały dzień i prziszed aż wieczór. No bobka sie
                              pyto: "Jek sie dziecko nazywa ?". "Zierzchołuszek", a tedy mózi: " A jutro zaś
                              mom iść". Ale poszed na drudi dzień i zaś siedzi cały dzień w tym sklepsie i
                              zaś przyszed wieczór. No zaś sie bobka pyta "Jek sie dziecko
                              nazywało ?" "Środuszek", no ale jutro zaś mom iść, i zaś na cały dzień poszed.
                              Znów wieczór wrócił, a 'ona bobka pyta sie trzeci roz: "Jek teraz sie to
                              dziecko nazywo ?". "Wylizauszek". No i duma 'ona bobka, co to mo być, no i
                              wzieła i mózi: "Upsieczem plinców" i poszła do sklepu po masło. Garniec
                              wylizany i już nic nie było. Sie rozjadoziła, a wzieła kij i kotka zbziła - i
                              po bajce.

                              przypominam, że sklep dawniej nazywano piwnicę lub magazyn spożywczy.
                              • rita100 Re: "O babce i kocie" 16.08.05, 23:08
                                I tak zakończyliśmy akcję wspólnego czytania bajeczek warmińskich. Przyznacie ,
                                że Warmiacy potrafią świetnie i ciekawie opowiadać, i że była to uczta czytając
                                ich gwarą. Trochę cierpliwości potrzeba i kojarzenia pewnych znaczeń i to
                                wszytko by zachwycić się urokiem tej gwary. To tylko jest wstęp do basni,
                                opowiadań i legend , które czekają by hop i sup wskoczyć w świat nowej
                                generacji internetowej. Taki wehikuł czasu.
                                  • rita100 Re: ."Wybawiona Księzniczka" cz.I 17.08.05, 20:40
                                    "Wybawiona Księzniczka"
                                    cz.I
                                    To był jeden chłopak, nazywał się Arnold. I szed lasem, spotkał kila panów, i
                                    sp'itali sie, co on za jeden je. On opożiedał, że jek 'uni su. I go wzieli z
                                    sobo, do jech majątku, i 'on musiał koniom gnój w'iwiżicz' co dzień. Tak bylo
                                    kilka dni. Tak sie oznajmił z tem'i panam'i. 'Oni mu mózili, że w'ijado na
                                    kilka dn'i precz. Możie wszędzie chodzicz' i 'oglądać wszystko, tlo do
                                    dwunastej izb'i ni mo chodżicz'. Jek panozie odjechali i ón swojo robote
                                    zrobził, to zaczoł chodzieć po izbach. To w psierszej b'ili obrazy, w
                                    drugij 'obleka lo chłopow, w trzeci buło ślebro i zloto, w czworty buła 'obleka
                                    dla kobzietów, w siąty rewolwery i kulk'i do lodowanio, w szósty flinty i
                                    gewery, w siódm'i lepszo odzież, do ósmy włoz, to takie jedzenie bylo, że on
                                    jeszcze na swieczie nie zidział. W dzieziatej mniski i talierze, w dziesząty
                                    łiżki i taski, w jedenostyj zbonki i wemborki, topory i sziekiery. A do
                                    dwunasty to w'imiśloł, czi wlesz'cz, czi nie wlesz'cz. 'Od sili wloz. Kiele
                                    kloca i topora ładna princesa leżala zziojzana, już buła letkiego ledzenia.
                                    Ale 'una jesz'cze nie mogła, to 'un ji dawał jesz'cz', ale tlo troche i tak
                                    pare dni. Jek 'una mogła dobrze jeść i dobrze chodzić, to jo wzioł i
                                    przyprowadziuł do szóstej izb'i, tedy 'on wzioł woreczek, jedła nakład i sobzie
                                    drugo 'obleke, i 'on'i nowo obleke, i dał ji w ręke, i schował jo w ty izbie.
                                    A 'un poszed po'oglądał, czi jeszcze pan'i nie przijechali. To prziszed nazad i
                                    teroz ucziekać.
                                    cdn
                                    • rita100 Re: ."Wybawiona Księzniczka" cz.II 18.08.05, 21:24
                                      czII
                                      To prziszed nazad i teroz ucziekać.
                                      Szli onym lasem, to zidzieli, co dwóch sie bzili, to ona go nie chciała
                                      pisz'cić, ale on poszed 'oboczyć, o co sie oni bzijo. Te chłopy mu pożiedali,
                                      że 'uni so dwa braczia i 'uni so umarte. 'Uni za żiwa pożiczili sobzie
                                      pszieniędzy. Ten uboższy od bogatszego brata. I tak umerli, i nie oddali
                                      sobzie, tak szie óni teraz bzijo. On jem dał pszieniędzy, co szie nie majo
                                      zięcy bicz'. To 'uni poziedziali, co ich kobziety żyjo i szie też' bzijo za te
                                      psieniądze. A 'un p'itał, gdzie 'uni so, to 'uni opożiedali, że wiele lasu, w
                                      takiej małej chatce. 'Oni mu podziękowali za to, co 'ich w'ipłacił. I on
                                      poszedł do 'ony swojej peincessy. A 'ona płakała i modliła szie za niego. A jak
                                      Arnold prziszed, to sie rozradowała tego. Podjedli i poszli dalej, i przyszli
                                      do tej chatki i móziuł, że sie nie majo bzić, on jem zapłaci ten dług. I szli
                                      dalej.
                                      • rita100 Re: ."Wybawiona Księzniczka" cz.III 19.08.05, 21:13
                                        cz.III
                                        Prziszli do jenego mniasteczka i tam zajeli sie do jenego mnieszkania. 'Un
                                        chodziuł do roboty, a ona dobrze w'isziwać mogła. "Ona rozumniała po francusku
                                        i po angielsku. Tak tedy szie jeden pon znoloz, to rozumniał to wyszywanie.
                                        Tedy chciał szie z nio ożenić, a 'ona nie chciała go, ale 'on jo namoział. To
                                        tedy ona móziuła, prędzyj nie, aż do ojca przyjdzie. 'On przymóził , co jo
                                        zażieżie do ojca. A to morzem musieli jechać. A ten Arnold móziuł, co swojo
                                        staro obleke zabaczuł, to szie zebrał i poszed. A oni mnieli czekacz' na niego,
                                        ale jem buło za długo, to wzieli pojechali. Jek Arnold przyszed, to już jech
                                        nie buło. To sie chciał utopszić. Wlaz na takie mury i chciał skoknąć w morze.
                                        Tak przyszed do niego chlop i móziuł, co ni mo sie topsić, a on go prędzej
                                        zażieźie na to mniejsce niż oni tam będo.
                                        Tak jek on tam prziszed, to poszed do jenej ubogiej rodziny na kwatere, a tam
                                        buł taki duży smutek, że tego krola córka luła ukradzona. Jek ten Arnold sie
                                        w'ispał, na drugi dzień taka wesołość buła, co jeden pan córke przyziós. To ten
                                        krol mu obziecał to krolestwo dać i mo szie z to córko ożenić. A córka to nie
                                        chciała, że una móżiuła, że chce duży szlos naprzód postawić i tak go
                                        w'imalować, jek on ji sie udo. Tak ojciec na to przistał. Jek córka chciała,
                                        tak dostała. Prędkiem szlos stijał.......

                                        szlos - zamek z niemieckiego
                                        • rita100 Re: ."Wybawiona Księzniczka" cz.IV 21.08.05, 22:34
                                          cz.IV
                                          Prędkiem szlos stijał. Ze całego świata malarz sie znaloz do w'imalowania, ale
                                          córka móziła, jek jej sie nie udo, to bedzie stracony ten malorz. A w tym
                                          szlosu bulo dwanaście pokojów. A za dwanaście dni miał w'imalować. Jek te
                                          danoście dni przeszli, to corka z ojcem i ten pon poobaczyli. Ale córce sie to
                                          nie udalo, to znów malorza szukali. To znów malorz sie znaloz. To tyż
                                          dwanaściedni to miał malować. Za dwanaście dni przyjdo 'obaczyć. Jek dwanoście
                                          dni prześli, to znów ojciec z to córko przyszed obaczyć. Ale jek oni
                                          oglądneli,to, to córce sie nie udało, to znow tego malarza stracili. Za pare
                                          dni znów na świat dali oglosić, że malorz ma sie zgłosić malować szlosu. To
                                          jeszcze jeden sie znaloz, co już najlepszi z całego świata malować móg. I
                                          poźiedali mu, co ma malować dwanoście dni. I ten wymalował tak ładnie, tak
                                          fejn, źie każdemu człoziekoźiu i panoźiu sie udało. Ale jek córka z ojcem
                                          przyszła obaczyć, to jej sie nie udało. I ten buł stracony. To żoden malorz już
                                          sie żięciej nie zgłosiuł. To krol już mocno smutny buł, że córce sie nie udalo.
                                          Tek tedy ten Arnold poszed malować.....
                                          • rita100 Re: ."Wybawiona Księzniczka" cz.V 22.08.05, 22:20
                                            cz.V
                                            Tek tedy ten Arnold poszed malować. Ale 'un dał sobżie taką noc zrobzić do
                                            spania, i 'un jek to wszystko buło zrobzione, to on psierwszy dzień nic ne
                                            robziuł, tlo społ; tak do dziesięć dni tlo społ. Na jedenasto noc zaczoł
                                            kreślić po sz'czianach, ale nikomu sie nie udało. To już każdy móził, co on
                                            jeszcze gorzej będzie poroździerany. A dwunasto noc to przyszed ten chłop, co
                                            go przyprowadziuł do tego królestwa. I tak w'imalował, jek gdzie ta córka buła
                                            w tem domnie zbójeckim. I jek ona leżała kiele tego toporu. Ten chlop pożiedał
                                            Arnoldożiu, że mo sie ukłaść dali deski w to jego łóżko.
                                            ... Jek będo 'oglądali, to 'ojciec będzie móżiuł: "Corko, takiesz mniała ?" Ta
                                            córka będzie móziła: "Tak , ojcze!" A ten pon będzie móziuł, co tak buło.
                                            A 'oni będą dalej szli, to znów będzie ojciec móziuł "Tak córko ?" A ten pon
                                            będzie móziuł : "Tak wszystko, ojcze, buło !"
                                            Ale jek wleż'li do dwunostej izbi, to ojciec już omgleje. To żołnierze go
                                            podnioso, to znów będzie mózić: "Córko, to tak buło ?" A ten pon będzie
                                            móził: "Tak, ojcze, buło !" A Arnold mo szie odezwacz', że: "jp to zrobżiuł,
                                            nie on !" To on, ten pon, trzaśnie mnieczem w niego. To tedy go wojsko złapszie
                                            i zatrzyma go. I tak odszed.
                                            Na dwunosty dzień przyszed on król i ona córka......
                                            • rita100 Re: ."Wybawiona Księzniczka" cz.VI - koniec 23.08.05, 22:34
                                              cz.VI
                                              Na dwunosty dzień przyszed on król i ona córka z tym panem oglądać. I tak sie
                                              wszystko stało, jek tamten chłop móził. Teroz sie córce podobało. Jek tedy
                                              wojsko go zatrzymało, to musziało go w'iprowadzić. A taki 'obdarty dziad buł.
                                              To szie p'itoł król, czy to prowda je, co ten dziod jo wybażiuł (wybawił). A
                                              una odpożiedziała: "Tak ojcze, tak buło!" Tedy szie ojczec pytał, co z tem
                                              panem zrobzić. Ona móziła, jak ona mniała tak onemu zrobzić. A to buł zbójca od
                                              tych, co jo zabrali. Ojczec kazał tego Arnolda w królesko obleke obleść, a una
                                              mu korone wsadziła na głowe. Teraz pozwolił onemu zie żenić z nio, i córka
                                              przyrzekła, co go chce. To duże wesele buło i to krolestwo dla nego zostało.
                                              I ja buła na tem weselu, a żionek (wianek) żem mniała z masła, klejd (ubranie)
                                              z papsieru, a buty z glomzdy (twardego sera). Jakem poszła tancować, żonek sie
                                              rozlecioł, klejd szie poder. Jakem trępneła (tupneła), buty szie rozlecieli.
                                              Dwa durki w nosie i skończyło sie.

                                              Opowiedziała M.Kensbok, wieś Purda Duża, pow. Olsztyn 1951
                                                • rita100 Re: " Niewybawiona Księżniczka " 24.08.05, 21:34
                                                  Niewybawiona Księżniczka

                                                  Ona rodackia b'iła z Wałów. To tam pasturz pasł na ty Złotoze, na tych górach.
                                                  To ón im pożiedał, co tam w'ichodzi panna, i ón jem pożiedał, w chtóre niejsce
                                                  óna zawdi prszijdzie prszed południem. Ona zawdi prszisła tam.
                                                  To trszi dziewcaki tam b'iły jedno stare, moze niały po pchietnaście lat, to
                                                  chciały dożiedzieć i obacyć tó panne. Jednego razu w niedziele to posły na
                                                  jagody na te gore i zbżierały jagody, a ino sie oglądały, cy juz nie idzie ta
                                                  panna. Jeden raz to idzie, to niała niebziesko sukienke i bżiało tó bluze, a
                                                  włosy niała ani złote a mocno długie, sięgły ji az za kolana, nie niała
                                                  splecune i'no tak luz, b'iła okryta cała niemi. Jak jo obac'iły, to dostały
                                                  strach i uciekli.
                                                  A jeden pastusz pasał też na tej górze, to przisła do niegó panna, co b'i on
                                                  uc'inił to, co óna mu móżić będzie, to będzie mocno bogati i jego dzieci. Ale
                                                  ón jó musi wziuść na plecy i nieść jó po tich trepach (schody) w tó góre i
                                                  pocałować wszistkie robaki co tam będó lezeli, ale ón tam goło ich nie całował,
                                                  ino bez sznoptuch (chusteczkę) wszistkie pocałował; b'ił i żnije i padalce
                                                  rozmaite robaki, a na ostatniej trepsie siedziała tako duza zaba strasna i tó
                                                  niał pocałować, ale mózi: "Esce i ciebie tu diabli majo ?" To ta panna skoc'iła
                                                  zaraz z jego ranióna i wzieła płakać: "Coście w'i ino uc'in'il'i, esceśie nas
                                                  sto lat potępchili dłużej". Te sto lat musieli tam pokutować dłużej.

                                                  Opowiadała E.Bratka, wieś Jabłonka, pow. Niedzica. 1952
                                                  Bajka najczęściej związana była z zamkami.
                                                  • rita100 Re: Cyrwuna Kapka (Czerwony Kapturek) 25.08.05, 21:56
                                                    Jena kobita miała dziecko małe, a babke mniała, to w lesie mnieszkała. A ta
                                                    matka oblikała to dziecko w cerwone kapke. I to dziecko nazywali Cyrwuna Kapka.
                                                    Matka dała ji butelke wina i ciastów, i w'isłała do lasa i opowiedziała droge.
                                                    A 'una rozglądała sie po lesie i widziała ładne kwiatki. Jak urywała te kwiatki
                                                    znalaz sie do ni wilk i opoziedał jej, i w'ip'itywał sie ji, gdzie una idzie, a
                                                    una tedy mu opoziedała droge do ji babki. A un posed naprędzy do niej. Jak un
                                                    posed napryndzy do ni, to zakloprował (zastukał), jak zakloprował kole drżi,
                                                    tedy sie upowiedział, że Cerwona Kapka przyszła do babki, by rozstworzyć drzwi,
                                                    i una przyniosła do pokrzepsienia wina i kucha.
                                                    Jak un rozstworzył drzi, zjad babke i sie sam w łoże układ. Jak sie w łoże
                                                    układ i tyż klopfrowała kole drżi, zeby roztwożyła ji babka.
                                                    Jak una roztworzyła i jak przystąpiła do łózka, to zobacyła duze usy, duzy nos
                                                    i pyta sie: " Grusko (babko), cego mas takie duze usy ?" "Cobym cie dobrze
                                                    słysała". "A do cego taki duzy nos?" "Cobym cie dobrze cuła". "A takie duze
                                                    ręce ?" - sie go wyp'itywała, a 'on ji 'odpoziedział : "Bym cie dobrze złapać
                                                    mogła!"
                                                    I un jo złapał i tyz zjad.
                                                    Jak ju zjad zaciągnoł sie furankiem (firanką) i społ tak, aż chrapał. I jegier
                                                    przechodził kele babcinego domu i słyszał takie chrapsienie. I wlaz do ty izby
                                                    i zidział, co wilk w łóżku za furankiem lezy, i un jegier rozerznuł mu bełk (
                                                    rozpruł brzuch). I w'isła Cerwona Kapka i gruska, i tedy nosili kanienie i mu w
                                                    bełk nakładli. I jak un chciał wstać, to nie móg, bo było cinsko. A Cerwona
                                                    Kapka i gruska sie radowali i dziękowali jegroziu, co ich od taki śnierci
                                                    wyretowł.

                                                    Opowiedział Brik, wieś Piecki, pow. Mrągowo, 1950 r
                                                  • rita100 Re: O parobku w piekle i magicznej fujarce cz.I 26.08.05, 22:20
                                                    O parobku w piekle i magicznej fujarce"
                                                    cz.I
                                                    Jena matka, jena kobzieta mjała syna tylo jenego i go chowała do dwudziestu
                                                    lat. Tak tedy móziła: "Synie, musisz som tero iść na służbe". A tan syn móził
                                                    ji: "Toć kiedy, babo, nie chcesz ma dłużi trzymać, to ja póda" A un był mocno
                                                    mocny, to ta matka razu ne wedziała, co 'un taki mocny je.
                                                    Tak przyszed na jeden majantek sia urządził i mózi do majątkarza, mózi: " Ja
                                                    chce za dzieziuńciu zapłata". A majantkarz móził: "To jo najpierw spryfuja
                                                    (wypróbuje), czi ty to zarobisz". Tak dał majantkarz dzieziać furwerków (wozów)
                                                    zaprzagać, mieli gnój wozić. A 'un sam mniał te fury kłaść i 'un zduz'ił
                                                    (zdążył), bo wziuł wóz za kuniec dyszli uniós go i postaził, gdzie ten gnój buł
                                                    i roz zidłami założił, to fura buła pełna. Tak tedy majantkarz buł w strachu,
                                                    że 'on taki mocarz jes. Tak tedy móził: "Janku, pojedziesz z furo pszen'icy do
                                                    młuna". A 'uni mu nawalili nie pszenicy, tylo fura popsiołu i do tygo młuna go
                                                    posłali. A ten młun to buł zaklęty. Ten majantkarz rachował, jak on tam
                                                    pojedżie, to 'un węcej nie przyjedzie.
                                                    Jek un przyjechał do tego młuna, to ten młun buł zaketowany (zamkniety),
                                                    tak 'un tedy ten młun odder i wszed do tego młuna, to nikoguj nie buło. Tak on
                                                    zaczoł tedy z tego woza ta psianica znosić. Tak on sia dojrzał, że to nie
                                                    pszanica, tylo popsiuł. Tak 'un wziuł ten popsiuł w Łyna... i poszed do
                                                    komory, tam gdzie pszan'ica buła, i nasypał pszanicy, i zapuścił młun, i zaczol
                                                    mlić. Tak jak un mluł, prziszed tan nastarszi pachołek do niego i sia zaczeli
                                                    wadzić, co on tuta nie robz'i. Tak ten parobek złapał tego pachółka i posadził
                                                    go na kamnianie. Jak ten młun chodził i tan tedy sfurnoł z tych kamiani, i
                                                    poszed, i żancy do niego ne przyszed..
                                                    Tak on namluł 'uny pszanicy.....
                                                  • rita100 Re: O parobku w piekle i magicznej fujarce cz.II 27.08.05, 22:02
                                                    cz.II
                                                    Tak on namluł 'uny pszanicy, i maki przyzióz na tan majantek, i móził, co go
                                                    nie maju na drugi raz głupsić: "Za popsiół wama mąki przyzióz".
                                                    Tek tedy buł Marcin i majątkarz go odpuścił. Jek go majątkarz odpuścił, tak 'on
                                                    poszed na drugi majątek i chciał ta sama zapłata za dzeziunciu, a tan
                                                    majantkarz sia zaczuł z niem handlować, tak tan parobek móził do tego
                                                    majantkarza: "To kiedy nie, to na Marcin cia roz ranko bez dupa rzna". I ten
                                                    majątkarz na to przystał. Tak tedy 'un robziuł ten całi rok, mu robziuł ten
                                                    parobek. To jek Marcin przyszed, tak un chciał swoja zapłata, tak majantkarz
                                                    sobzie na dupa pod buksy podłożył psierzynka, a jek un ranka podniós, to
                                                    psierzynka sfurnuła, i on go trzas bez ta dupa, i go zabziuł. Tak tedy poszed i
                                                    móziuł: "Już ma nicht nie chca w słożba". To tera póda do piekła diabłom
                                                    słuzyć".
                                                    Jek un przyszed do psiekła, tak mu dali sztalowy ancug (ubranie), i te diabły
                                                    do niego mózili: "Jek ty tan ancug podrzesz, to możesz od noju żądać, co tlo
                                                    bańdziesz chcioł, ale mniłości i litości u noju ni ma". Tak mu dali wóz i
                                                    konia, i mo na tam wozie z lasa drzewo wozić i pod tan kesel (kocioł)
                                                    przykładać. Tak jek un pojechał do lasu, nawaluł taka fura drzewa, co tan kóń
                                                    razu nie redził (radził). Tak 'un go wziuł i 'oter (pogłaskał). Jek na nego
                                                    miłosierdze zrobzuł, tak z tygo konia sia zrobziuł tan majantkarz, co go ranko
                                                    przez dupa trzas. Tak tedy tan majantkarz poziedał, jek tuta w psiekle jest.
                                                    Moził :" Tego ancucha ty nigdy nie podrzesz, bo to jest sztalowy, ale idź ty do
                                                    mniasta i kup posiłków, i tedy psiłuj i pucuj go, to ty go tedy przepsiłujesz i
                                                    tedy idź do niech i mów: " Ten ancug już je poderty". Tak tobzie bando obziecać
                                                    faski złota, a ty ne chci tego, tylo ty chcij ten kożuch w keslu omoczić".
                                                    I tan majantkarz zia nazad zrobziuł koniam.....
                                                  • rita100 Re: O parobku w piekle i magicznej fujarce cz.III 28.08.05, 20:57
                                                    cz.III
                                                    I tan majantkarz zia nazad zrobziuł koniam, i tan parobek poszed do miasta. i
                                                    kupił psiłów, i pilował, i pucował, i za rók sia ten ancug poder. Tak un poszed
                                                    di tych diabłów o zapłata. Tak uni mu obziecali złota fasy, a on nie chcioł. On
                                                    tlo chciał ten kożuch w tam keslu omoczyć. A uni mu nie chcieli dać, tak on
                                                    wziuł sztalowo trzcinko i zaczoł tych diabłó bzić. "Cobyśta mi obziecali
                                                    wszystko, co bande żądał". A uni mózili: "Dajta mu, co tlo un chce". Tak un
                                                    omoczył ten kozuch w tam keslu i poszed swoju drogu, i przyszed na jena zieluna
                                                    łąka, i sie ukłod 'odpoczywać. Tak jek un jeszcze spał, tak przyszed do niego
                                                    jakisz' stary dziodek. Tak ten móził: "Młodzieńcu, przedaj ty mnie te
                                                    ozieczki". A ten młodzience móził: " Toc ja nie ziam, czi to su moje". A ten
                                                    stary dziodek móził: "Ju, to su twoje". To tan młodzieniec móził: "Kiedy to su
                                                    moje, to możecie ich dostać". Ale ten dziadek móził: "Ale co ty za ne
                                                    żiundasz"?. A on mu odpoziedał: "Ja chce takie skrzipki, co jek ja zagram, to
                                                    bańdzie wszystko tańcować". A ten stary dziadek mu móził: "Możesz dostać". "I
                                                    coby mnie na śwecie dobrze szło i po śmierci do nieba bych przyszed". I ten
                                                    stary dziadek mu wszystko obziecał. Tak tedy ten stary dzaidek wziuł te
                                                    ozieczki, a tan młodzieniec wziuł te skrzypki i poszed. Idzie i spotkał jeden
                                                    folwerk, a to był kupsiec i na wozie mioł kasty (skrzynie). Tak un wziuł te
                                                    skrzypki i zaczuł grać, to kuń tańcował i kasty tańcowały, i kupsiec tańcował,
                                                    i wszystko tancowało, aż sia wszystko potłukło.
                                                    Tedy tan kupsiec go wziuł skarżuł. Tak przyszed na sund i go obsundzili na
                                                    śnierć, tak jego przyprowadzili do pozieszanio. Tak go sia pytaju, co on ma
                                                    jeszcze za winsze przed śniercią, a 'un odpoziedał: "Jo bych jeszcze chcioł rod
                                                    na tych skrzypkach zagrać". A te sundowe mu pozwolili, 'un zagrał na tych
                                                    skrzypkach, tak i 'uni sia wszyscy poparowali i zaczeli tak fejn tancować. Jek
                                                    sie natancowali, tak 'un tedy przestał grać. Tak 'un jam móził: "Za ta muzyka
                                                    mam być na śnierć skazany ?". A uni mu odpoziedali: "Nie, to nie może być". Tak
                                                    tedy obsądzili kupca na śnierć, a unego puścili frej. I poszed tedy dali i
                                                    przyszed do jenygo kościoła i kole utorza umer.

                                                    Opowiedział Orłowski
                                                    wieś Pokrzywy, pow. Olsztyn 1949
                                                    Legenda gdzie akcja rozgrywa się w Olsztynie .
                                                  • rita100 Re: Żołmierz, Diabeł i Panna cz.I 29.08.05, 21:34
                                                    Żołmierz, Diabeł i Panna cz.I

                                                    Jeden żołmierz przysed od wojska, tak ni mnioł żadny roboty. Tak 'un
                                                    móził: "Puda do lasa, może tam robota dostana". Tak prziszed do niego jeden
                                                    chłop, tak tedy móziuł, co ma do niego w służba przyjść. A 'on sia go sp'itał,
                                                    co za służba, tak mózi: "Sietom tal musisz w ty oblece chodzić i sietom lat
                                                    pazurów nie obrzynać, i nie mić , nie spać w psierzynach". Ali ten żołmierz
                                                    odpozieduje: "Musza sie nam'iślić". Tak tedy żołmierz dał na mszo świanto, na
                                                    pacierze - "to może mnie Pon Bóg obroni".
                                                    Tak wzioł przistał do niego - ale psieniandzy bandziesz mniał pełne kieszenie.
                                                    Tak 'un chodzi teroz. Psiańć lot już chodził, to mu sia dało do jeny karczmy
                                                    przyjść na noc. To tan karćmarz móżił, co ma iść do jenej dury tamuj. Tak
                                                    jek 'un prziszed do ty dury, tak buł jeden chłop w ty durze. Tak 'on sia
                                                    p'ita: "A za co ty tutaj siedzisz ? - do tego chłopa, to 'un móził - "To,
                                                    bracie, mniołem dwa trojaki psianiandzy i-m w'ipsił dwa sznapsy (wódki), i-m
                                                    tedy jeden wzioł na borg, tak "on mnie wsadziuł tutaj do ty dury". A 'un
                                                    móził: "Bracie, jek ty mne pomozesz z bziedy, to jo mom trzy córki, to ci jena
                                                    dom". "No, jo" - móził. To przyszed zranek, un go wzioł i wykupsił. Tak
                                                    mózi: "Pódź, bracie, do mnie, to mozesz jena sobzie w'ibrać. Jo tam za trzy dni
                                                    przide"....
                                                  • rita100 Re: Żołmierz, Diabeł i Panna cz.II 30.08.05, 21:16
                                                    cz.II
                                                    Tak za trzy dni prziszed. Ta starszo go 'obejrzała i zaro uciekła. Tak prziszła
                                                    ta drugo, tyż obejrzała i 'uciekła. Tak prziszła ta najmłodszo i go obejrzała
                                                    od góry do dołu: "To jest - mózi - młody chlopak, kieby go tak ogoluł, w'imuł
                                                    go, to by móg b'ić dobri chłop z niego" i mu przirzekła, co sia bandzie z niam
                                                    żanić.
                                                    Tak 'on mnioł psiszczonek (pierścionek), wzioł go, rozłamoł na dwa połowy i
                                                    jena połowe doł ony, a jena polowa ostaził sobzie i móził, za dwa lat 'on tu
                                                    przydzie (bo psiańć lat b'iły juz rom).
                                                    Tak tedy za dwa lata prziszed do ni taki ślachcic. Prziszła ta najstarszo córka
                                                    jego 'obejrzała, tak zara poszła drugi klejd (ubranie) przewłóczyć; ta drugo to
                                                    samo. A (od) ty trzeci najmłodszy to chciał psić, tak 'una prziniosła mu w
                                                    śklonce wodi, jek un ta woda w'ipsiuł, to wpuściuł te pół psiszczonka w
                                                    szklonce, to 'ona 'obaczuła to pół psiszczonka w śklonce, to sobżie pom'islała,
                                                    to jest tan sam. Tak 'una posła po te drugie pół psieszczonka i dotchła, to był
                                                    cali. Tak niz te dwa sziostry prziszły, to 'un już z nio siedział 'obłapsiony,
                                                    to z tego jadu wzieli posły sie oba poziesiły. Tak ten pan prziszed do tego
                                                    ślachcica i móził: "Za jena dusza mam dwa".

                                                    Opowiedział E. Kurowski, wieś Pokrzywy. pow. Olsztyn 1948
                                                  • rita100 Re: "O Marach" 31.08.05, 21:22
                                                    "O Marach"
                                                    Jene ludzie mnieli trzy córy i mnieli gospodarstwo, to musieli zawdy robzić, to
                                                    im sie rano nie chciało wstać. Jenego razu przyszed do nich jeden pon na noc.
                                                    I'un poszed do ty komórki spać, gdzie te córki z domu powychodzili. O czwartej
                                                    godzinie poprzychodzili nazad. I 'uni , sie do siebzie skorżyli: ta jena
                                                    nastarsza mózi do młodszej: "Ty masz dobrze, bo ty ludzie gnieciesz, ale jo to
                                                    mom licho, bo ja wode gniote". A ta trzecia mózi: "Ja mam jeszcze gorzej, bo
                                                    musze kamnienie, konie gnieść i po dekówce (dachówce) do góry musze chodzić i
                                                    gnieść". I poszli spać. A ten pon wszystko słuchoł.
                                                    Reno ojciec przyszed ich budzić. 'Uni nie chcieli wstać, tak ten pon wstał i
                                                    móził ojcożiu, co mo jem dać spać i jek wyśpsio sie , mo jech ochrzcić, i
                                                    pożiedał, że jego córki so marami.
                                                    Pożiedajo, że jek dziecioka do chrztu zanioso, i ksiądz sie pyta: "Czego
                                                    chcesz ?" A potki (ojcowie chrześni) nie odpoziedzo: "Żiary", tlo "Mary", to
                                                    dzieciok zostanie maro i musi pokutować, bo jest źle ochrzczony.

                                                    Ta mara, co konie gniecie, to koniom grzywy posplata w warkocze. I jek potem z
                                                    rena gospodarze wstano od tych koni, to wezno te warkocze kamnieniami
                                                    poroztłukujo, to tedy te mary majo palce potłuczone i nikt nie źie od czego.
                                                    Roz ludzie opożiedali, że kiedyś parobki spali w stoni, gdzie konie mary
                                                    gnietli. To 'uni wzieli batogami konie zbzili. A jenej nocy tak konie znowu
                                                    jęczeli, to parobek żidział słome leżeć na koniu. Wżioł to słome, rozder i
                                                    cisnoł przed dźwierze przed stanio. Jek z rena wstali, to przed stanio leżał
                                                    człożiek rozderty na połowe.

                                                    Jennego chlopa w Węgoju mara gniotła. Ludzie nie chcieli żierzyć, a ta mara w
                                                    żigle (igłę) się zmnieniła (bo mara sie w różne rzeczy może zamnienić). To 'un
                                                    jo w ręku trzymał do samego zrenku i jek sie zmnieniła w cłożieka, to dopsiero
                                                    poznał, kto jest to maro. To krziczał na nio, żeby sie ochrzciła.

                                                    Opowiedziała M.Kensbok, wieś Purda Duża, pow. Olsztyn 1952

                                                    forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=64&w=27068189&a=27340993
                                                  • rita100 Re: O zadawaniu chorób i leczeniu magicznym 01.09.05, 21:32
                                                    O zadawaniu chorób i leczeniu magicznym

                                                    Na zadane choroby ludzie chorowali, to była taka jedna biołka , co czarowała,
                                                    była biedna. Zadała córce Zientarki chorobe.
                                                    Stara Skrzypska tak zadawała choroby, czarownica, jak nie mogła dać komu tego
                                                    diabła, to go swojemu dzieciokowi bodaj dawała. To taki szed do Gierszwałdu w
                                                    1917 r , to tak wrzeszczało kolo krzyża i ksiądz wybażiał (wybawiał). Każdy
                                                    ksiądz nie móg, bo mu diabeł wywrzeszczywał grzechy. Musiał być czysty. Ojciec
                                                    pozieduwał noma (nam), że jak wybazioł tego czorta, to on krzyczał, co cołta
                                                    (bułka) ukrad - "bom był jeszcze głupsi, bom był szurek (mały chłopiec)". Ten
                                                    diobeł mnioł tak wyjść, coby nie zrobił szkody człoziekowi.
                                                    Takich ludzi było gwołt - tylko ksiądz w Gierszwałdzie jech wybaział. Ludzie
                                                    sie boli tych, co zadajali te choroby, jak dali jeść, to zadali. Jak Majewska
                                                    jechała cugiem (pociągiem), to w Morcinkozie na banofie (na dworcu) kobzieta
                                                    poziedała, co ji chłop szed od worty, to w kieszeni mnioł chleb, co go nie
                                                    zjod, i 'obok taka kobzieta przyłączyła sie kiele niego i puściła mu czary do
                                                    tego chleba. T jek przyszed do domu, to móził, co ten chleb ma (jego żona) z
                                                    kieszeni chućko wyjąć i una wyjnoła, i już nie mnioła chleba swojego i zaraz go
                                                    pomkła, a nie mogła go wypluć, i zaraz poczuła bóle, wyschła , jeść nie mogła i
                                                    buła chora. To jechała do sióstr do Wotamborka.

                                                    Opowiadała J.Brzozowaska, wieś Purda Duża, pow. Olsztyn 1948r
                                                  • rita100 Re: inne opowiadanie 02.09.05, 21:52
                                                    inne opowiadanie
                                                    Ksiądz kropsił wodka święcona, ta dziewczynka siedemnaście lat miała. W
                                                    Gietrzwałdzie buło dużo utrapsionych. Żeby wypędzać od carta utrapsione ksiądz
                                                    zebroł ludzi. Cało klebanijo pościła, potem poszed, dużo ludzi z modlitwo i
                                                    zaczoł wypędzać. A złu duch tak szudz'ił na księdza, że nie wylezie: "A kiedy
                                                    wylaza, to zaraz w drugiego wlaza". A ona zęby zacisnuła i nie dała polać ty
                                                    święcuny wody. Ale jednak ksiąz sie nie dał na pokoj, tylko dali kropił i
                                                    modlił, i krop'ił. A potem tej dziewczynce szyja sie zrob'iła jak kolano, tak
                                                    spuchła. I on wylaz, ale był taki zły, że zaraz w drugo wlaz.

                                                    Opowiedziała Tomaszewska, wieś Radykajny, pow Olsztyn 1950r
                                                  • rita100 Re: inne opowiadanie 03.09.05, 21:03
                                                    W Trzcianie to tak! Kotlak (kotlarz) był, on móg czarzyć i zażegnywać. To jak
                                                    czasem tak kto co chorego mniał i poszed do niego, to on zajrzał pod poduszkę i
                                                    słuchał, co krasnoludki mówio, a to był ten Jopek pod poduszko, zły - to go
                                                    Jopek nazywajo. To mu wszystko powiedział, kto go oczarzył i co on ma zrobić,
                                                    żeby go wygoić.
                                                    To wtedy tak musiał wziąść wody święconej i soli i jak on przyjdzie ten isty,
                                                    co go tam ocarzył, wziojść te trzi krzyże zrobić i te sól i wode święcone
                                                    rzucić za nim, to pomoże.

                                                    Opowiedziała Jesiołowicz, wieś Mirany, pow. Sztum 1950
                                                  • rita100 Re: Siedem kruków 04.09.05, 21:05
                                                    Siedem kruków
                                                    Jedan król i królowa nie mnieli dzieci, barzo sia smucili, że tygo szczęścia
                                                    nie mnieli, co dziecka nie mnieli, ale potam doczekali córeczki i 'una królowo
                                                    zmarła. Tedy król sia 'ożeniuł z innu, 'od ty inny mniał kilka synów, siła to
                                                    nie ziem, ale kilka synów. Tedy dorośli une chłopaki, to matka jadoźili
                                                    (gniewała sie), to matka rozgniewano móżiła: "Kiebyśta krukami byli".
                                                    I prędko matka to wymóziła, te syny sie w kruki 'obrócili i bez 'okno
                                                    wyfrunyli. Zasmucili sie wsziscy tam, ale już było za pozno. Jek ta córka
                                                    dorosła, to ju doszło, że 'una bratów mo i że uny krukami su. Chciała ich tedi
                                                    wybaźić. Tedy 'una poszła do jeny czarownicy, co ji wywróżuła, i 'odpowiedała,
                                                    co mo żegowków (pokrzywy) ze smentorza przed słunka wchodano narwać, ususzyć i
                                                    z nich zrobić koszule, ale wtenczas nie mniała nic godać. Jek 'una te koszule
                                                    na tych braciów rozbziuła, to przyjechoł królewicz i mu sie tak bardzo
                                                    spodobała, że ju wziół za żone. Ale 'una do niego nic nie przemawiała. Ji tedy
                                                    una w nocy zawsze jeszcze brukowała (potrzebowała) tych żegawków (pokrzyw), to
                                                    na smentarz chodziuła na nich. W tam razie jek 'una na smentarz szła, to
                                                    zauważyli jej nieprzyjaciele i donieśli królozi, że ma żuna czarownica.
                                                    Nalegali mu, że mniała być spaluna, a buła wrzucona do wieńzienio. Wtenczos
                                                    porodziuła syna, i te bracio przychodziły do 'okna i dopóki słunko nie weszło,
                                                    to byli w postaci człozieka. Jek słunko weszło, to nazod krukami byli. Jek ta
                                                    żuna mnieli spolić tego dnia to wszistek naród zgromadziuł sia. I kiedy 'una
                                                    jechała na karach (taczkach) do spalenio, mniała juz psiańć koszulów udzianych,
                                                    a szósto - brok bylo do ni jenego rankawa. Jek ślazła z tych karów (taczek) do
                                                    spalenio, a te bracia z niu na tych karach jechali, w ty chwili rzuciuła 'una
                                                    te koszule na tych kruków, to sie zrobzili ludziami nazod, i 'una ich
                                                    wybaziuła. A ten jeden, co bez rękowa koszula mniał, to zostało mu skrzidło.
                                                    I 'una opożiedziała królowi, jek te bracia byli zaklęte, i 'una ich wybaziuła.
                                                    Krol sie bardzo ucieszył, że jigo ładno żuna nie była czarownico i ukaroł tych,
                                                    co ju prześladowali.

                                                    Opowiedziała J.Brzozowaska, wieś Purda Duża, pow. Olsztyn - 1951
                                                  • ciupazka Re: Siedem kruków 05.09.05, 17:12
                                                    Widzem, żeś sie wziyna za porządnom robote, i tak trzymoj! Bo to syćko
                                                    zaginie, kie babaki pomrom! Sukalak o ślimokak i nasłak rite, hehe...
                                                    Telo.Pozdr.
                                                  • rita100 Re: Siedem kruków 05.09.05, 20:18
                                                    Zitajcie u nas Ciupazko, jak to miło bratnią dusze zobaczyć. Podglądałam gwarę
                                                    góralską, sląska i przyszedł czas na poznanie warmińsko-mazurskiej. Myślałam ,
                                                    że już dawno zanikła, a tu jak widzisz ludzie z pokolenia na pokolenie piszą i
                                                    to co napisane przetrwa :)
                                                    A te legendy i opowiadania już się nie spotyka, a naprawde czuć w nich tradycje
                                                    tej ziemi. A ile jeszcze fantastycznych opowiadań przed nami.
                                                    Bo w Warmiaku taka dusa
                                                    jek zagraja to se rusa ;)hehe ;)
                                                    pozdrawiam
                                                  • rita100 Re: Udaremnione wydobycie skarbu 05.09.05, 20:41
                                                    "Udaremnione wydobycie skarbu"

                                                    To sie miało tutoj dzioć, ale za pradziadów.
                                                    Za wszio je taka góra. Jak paśli bydło, to tam była taka dura, to z niej
                                                    czasem, dym szed. Raz przyszed jeden podróżny, jemu powiadali - to 'on
                                                    powiedział, że tam je złoto w ty durze i 'oni mogo mnieć, tylko muszo wsziscy
                                                    iść i ni majo ani podać, ani sia szmiać przy roboczcie, bo kiedy bando sia
                                                    sz'miać, to bogactwa nie dostano. I majo zbźić kasta (skrzynie) , co to złoto
                                                    tam pokłado, i w konie nie majo tego zieźć, tlo w woły, a jek bando zieźć, to
                                                    też nikomu nie można sia szmiać ni godać, ni szia 'oglądać. No i 'oni
                                                    posłuchali go, poszli kopać i znaleźli złoto - było w ty górze. Nakopali pełno
                                                    ta kasta, co to na wozie mnieli, zaprzangli potam sztyry woły bziałe, potam
                                                    wszyscy jo źieźli do Gietrzwałdu.
                                                    A za nimi to szia zawdy coś szniało, słuchać buło sznichy i krzyki, ale 'oni
                                                    szia nie 'oglądali i wszystko sło dobrze. Aż przyjechali do pszierszy chałupy
                                                    we wsi, to 'od razu przyjechał diabeł na koż'le, ale 'on sziedział 'opak i
                                                    trzymał kozła za 'ogon zambam'i, a z ty stary chałupy wyleciała kobzieta i
                                                    zaczeła sia szmiać i wołać do tych ludzi: "Patrzta, tan diabeł jes głupszi,
                                                    bo 'opak na koźle rejtuje", to szia jedni zaczeli sz'niać, a drudzy wołali, co
                                                    majo być cicho. T wtanczas zrobzilo sia ciamno, przyszła gajsto chmura i
                                                    zginuła kasta ze złotam. Wtam któż krzyknął, że jakby sza nikt nie sznioł
                                                    ani 'oglądał, Gietrzwald 'ostałby mniastem, a tak dalej 'ostanie ziosko. Za to
                                                    ludzie ty kobziecie, chtóra wyfrunuła, skóra zbzili i chałupa spalili. Ale
                                                    złoto nie wróciło.

                                                    Opowiedział Hermanowski, wieś Gietrzwałd, pow. Olsztyn 1949r
                                                  • rita100 Re: zaklęte pieniundze 06.09.05, 21:00
                                                    Tu pod Pajtuny to jest góra Żal, to tam zaklęte pieniundze naleźli. Tedy
                                                    ksiundz z procesyju w sztyry woły pojechali po te pieniundze. A tedy ksiundz
                                                    nakazał sie nie 'oglundać. Jek szkrzynia władowali, a potam śli tak wsziscy, a
                                                    diabuł to za niami na kozie jechał i 'ozorem w dupa sia bjuł. Jek to bab'i, to
                                                    szła jena na 'ostatku i sia 'obejrzała i rośniała sie, i 'una skrzynia z
                                                    pieniędzami im nazod poszła tam i z tygo nazywali góra Żalem.

                                                    Opowiedział A.Orłowski, wieś Purda Duża, pow. Olsztyn 1950r

                                                    Of, matka znów opozieduwała - na naszam polu na łące, co sia psianiudze paluły.
                                                    To buło w nocy i 'uni zaczeli wrzeszczyć, tak tan ogań zaczoł skakać i ten
                                                    moment sia wziuł wygasł. A matka znów pozieduwała, kieby nic nie wrzeczczeli,
                                                    kielo jaki statek(łódź) wzieli, bot(but) albo piczia (skarpeta) i poszli w tan
                                                    ogań cisneli, i nic nie gadali, to by jakie dwadzieścia psiać centymetrów te
                                                    psianiądze by były pod ziamnio. Ale nic sia nie oglądać nazad. To jek 'uni
                                                    wrzeszczeli, to te psianiudzie poszli głamboku w grunt.

                                                    Opowiedział E.Kurowski, wieś Pokrzywy, pow. Olsztyn 1948
                                                  • Gość: tralala Re: zaklęte pieniundze IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 06.09.05, 21:39
                                                    Może te Pajtuny:
                                                    Pajtuny położone 2 km na północ od Purdy, a około 15 km na południowy-wschód od
                                                    Olsztyna.
                                                    Niewielka wieś położona w pobliżu gminy Purda znana bardziej z oddalonego o 1
                                                    km na wschód Pajtuńskiego Młyna (Pathaunen Muhl). Szachulcowy młyn wodny z XVII-
                                                    XIX wieku na rzece Kośna, obecnie elektrownia wodna gdzie zapora na rzece
                                                    tworzy urocze rozlewisko.

                                                    Tylko gdzie ta góra? Ciekawe, jak często te bajki warmińskie i mazurskie
                                                    związane były z zakopanymi skarbami. Jak tylko znajdę więcej czasu, to wkleję
                                                    tu baśń o górze Konopki, tylko trzeba ją nieco 'dopasować' do wielkości ekranu.
                                                  • rita100 Re: zaklęte pieniundze 06.09.05, 21:44
                                                    Wszystkie prawie legendy widze zebrane są z okolic Purd Wielkich, nic prawie
                                                    nie ma o samym Olsztynie.
                                                    Popatrz sie jak potrzebny był nam ten watek o wierzeniach - teraz lepiej jest
                                                    te opowiadania zrozumiec.
                                                    Dla przypomnienia wstwię te diabełki do tego watku, moga się przydać :)
                                                    forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=64&w=27068189
                                                  • rita100 Re: Zatopiony klasztor 07.09.05, 21:02
                                                    Tam opożiedane jest, co za zupunami (bagnami) jest jeziorko. I tam buł klasztor
                                                    zaginół. I tedy jenego czasu szed chłopak na muzyka do Watemborka i do niego
                                                    sia zbliżyła, i mu 'opożiedziała żeby jo móg wybażić, jeźli wypełni te
                                                    obożiąski, co mu móżiła. Mnioł jo wziąść na bary i zanieść do Watemborka do
                                                    kościoła, ale sia nie ma oględać. I tak daleko jo niós, już przed ołtarzem buł,
                                                    to przyszed psies i stinoł mu czapka z głowy. I w ten raz sia obejrzał, to ta
                                                    siostra mu zginoła, tylko zawołała, że świat jest obłudny i ni mo
                                                    mniłosierdzia. To jeziorko jeszcze istnieje. Tam w tym klasztorze buła
                                                    bezbożność i Pan Bóg tak go skarał, że klasztor zatonoł. Jak teraz sie po tam
                                                    jeziorku botam (łódką) jedzie i jek sia kamnień rzuci w woda, to tak brzaka,
                                                    jakby po dekówkach lecioł.

                                                    Opowiedziała J.Brzozowaska, wieś Purda Duża, pow, Olsztyn 1951
                                                  • rita100 Re: O strachach i zjawach (1) 08.09.05, 20:43
                                                    O strachach i zjawach
                                                    Jak ktoś umrze we wsi, to robio mu pusta noc, to jest noc przed pogrzebem. To
                                                    ludzie sie zbierajo i śpiewajo, różaniec mówio. Dostano słodkiej kawy pić i
                                                    kucha jesz'ć, tylko trzeba uważać, bo ten zmarły chodzi i każdemu palec macza w
                                                    tasce (filiżance). To każdy wierzy w to i blisko jeden kolo drugiego sziada,
                                                    żebi on tam we środek nie wlaz. Późni, jak go wjozo na smętarz, to go z domu
                                                    w'iwiozo, to trzeba uważać: jak trapno (spotkają) w drodze chłopa, to umrze
                                                    baba, a jak babe, to chłop.
                                                    Noc po temu, to przijdzie do swojej zagrody, zobaczy, jak wszystko wygląda. Jak
                                                    tu umarła jedna nasza sąsiadka, to ona dłuższi czas chodziła straszyć. Miała
                                                    takiego dzieciaka, to dwa lata chodziła straszyć, aż ten dzieciak umar. Póżni
                                                    ona przestała chodzić.

                                                    Opowiedziała Jesiołowicz, wieś Mirany, pow. Sztum. 1950r
                                                  • rita100 Re: O strachach i zjawach (2) 09.09.05, 20:27
                                                    O starachach i zjawach (2)

                                                    Nasz znajumek to on miał kamrat. Pomer, za dwa lata, to on przyszed do niego po
                                                    śmirci w Wielgą Noc. Ten znajumek przyszed z kościoła no i chcioł gazete cytoć.
                                                    A jego żona poszła do kuchni kawa warzyć i zaskrzypnyły dźwirze, ale cytoł
                                                    dalej, a on mózi przy dźwirzach: "Ni Franku", a on spojrzy. Stoi ten jego
                                                    froind w kożuchówce, czapka na głowie, kij w ręku, i on tak godo do niego : "
                                                    Nic nie czynicie dla duszy mojej, tylem co dobrego czynił, ale jedź ty zara do
                                                    Bukwałdu do żony mojej i pożiedz ano mojej żonie, żeby oni zięciej sie modlili
                                                    za mnie". A on zawse woło o woło na żone, bo sie bojoł, a ona przyszła, a on
                                                    mówi: "Zidzisz ten Kuba stojić". A ona mówi: "Jo nic nie zidze". On obluk sobie
                                                    kożuch i pojechał do Bukwałdu do żony zmarłego i poziedział ji, co Kuba był u
                                                    niego i żeby sie modlić za niego, a ona mówiła: "Mój Boże, on jes co dzień u
                                                    mnie, trzyma mnie za ranke, no i zawsze prosi o modlitwe". No i złożyli sie
                                                    wszyscy, kupa psieniędzy posłali na dziewiędziesiont mszów świętych. I już
                                                    więcej nie przyszed. Ten zmarły buł domozny gospodorz, ale bardzo łakomy,
                                                    w'iz'iskać lubził i w długie wieczory w zime, to on do karczmy..... i tych
                                                    parobków, to co dzień im wyskubał. Albo grali na psiwo, to on zawsze sie przy
                                                    nich napsił psiwa, albo 'odegrał im czasem mareczka, albo pu tolera.

                                                    Opowiedziała Tomaszewska, wieś Redykajny, pow.Olsztyn 1950
                                                  • rita100 Re: O strachach i zjawach (3) 10.09.05, 20:31
                                                    (3)
                                                    Ja juz sama widziałam, jak smierć przysła. Dziewczyna sie udusiła. To jak matka
                                                    jej zdychała, to ja była na dworze. Miesiune świecił. Stojałam na rogu,
                                                    widziałam, jak sła jej córka: białe strefy (pończochy), kruzowata (kręcone
                                                    włosy), zastukała do pokoju: "Matka idźcie". Te co w izbie byli, nie słyseli.
                                                    Mnie było strach tam iść; potem mnie mówiono, co umerła.
                                                    Ja sama to widziałam. Dalibóg, jak Boga kocham, to widziałam. Była taka duża ta
                                                    dziewcyna.

                                                    Opowiedziała Brodowska, wieś Orzysz, pow.Pisz 1949r
                                                  • rita100 Re: O strachach i zjawach (4) 11.09.05, 20:36
                                                    (4)
                                                    ..Jak jeden umer nie swoju śnierciu, to potem tak straszyć chodził po śmierci
                                                    swojej. To b'iło tak: on'i nieli duzo gospodarke, nieli dosyć koni i jednego
                                                    ogera trszimali sobie. Nieli śtery koni do roboty i jednego ogera, no to tak.
                                                    No i b'iło we zniwa tak ciepło nib'i teraz, to chciał tego pgera skąpać, ujoł
                                                    go w lejce i posed do jeziora z nim, tedi wsiad na niego i pływał. Ale buł
                                                    cieski chłop, to mu sie zdawało, co ogera umęcy, tak wzioł z niego ślaz i wlaz
                                                    na kanienice, gdzie len moc'ili. Ten oger pływał dookoła, tak leje popuścił.
                                                    Jak ten oger pływał, pociągnoł za mocno, no i tego dziadka obalił w te kanienie
                                                    i zabżił. Tak sie stało. W południowe godziny, niż babcia obżiad nas'ikowała,
                                                    to on wtedy tam skąpał i w ten cas go tin zabżił. Zawdijak płynie, to coraz
                                                    dalej, coraz dalej. Na obżiad wołać, gruska (dziadka) ni ma, koń pływa sam, to
                                                    oni do kanienicy poszli, a gruzek(dziadek) gotowy na kanieniach. Potem go zwlók
                                                    ten oger w te kanienie i ustał sam kole niego. Wtedy go wyciungneli, toć buł
                                                    pochowany. To potem matka móżiła, co ojciec zawdi chodził po śnierci w to
                                                    gospodarke po chlewach, tak im przeskadzał, tak im szie stażiał, w oc'i. To
                                                    potem matka móżiła, co tak przyśniuł sie tej babaci, to potem doredzali sie
                                                    jedni drugim, cob'i zrobżić, coby nie chodził żiencej. To potem jeździli do
                                                    katolickiego księdza i ten księdz móżił, co w'ikropsić święconó wodó te chezy
                                                    (budynki). I tak zrobżili. To prziśnoł sie potem swojej kobżiecie, co ni ma go
                                                    tak w'iklinać, ino choćb'i jeden kącik mu zostawiła, coby jedno niejsce nie
                                                    w'ikropsili, ostawili dla niego, coby esce w swoich chizach (budynkach) móg
                                                    owce stoiwały, tam w chliwie. To ten chliewek tam ostażili, to potem źięcej nie
                                                    chodził nigdzie, 'ino go potem tam zawdi widywali.
                                                    A potem ten oger to na przisły rok we zniwa chciał za owteni koniami na pole.
                                                    Skok bez płot i szie przebżiuł i pożiesił szie. No pad.

                                                    Opowiedziała N.Galla, wieś Natacz Duża, pow. Nidzica 1950
                                                  • rita100 Re: O strachach i zjawach (5) 12.09.05, 21:28
                                                    (5)
                                                    Jak ja sza z moim mężem brutkaniłam (byłam jego narzeczoną) i w Olsztynie była
                                                    w'istawa (ausztelung) i cugi (pociągi) nie szli, bylo już późno. Tak in nas
                                                    furmanku odwióz. Przyjechalim do Kielar, kone zaczno skakać i sarkać. Jeno raz
                                                    widziałam, trzi czarne chłopy, a tak szia motajo, tak szia bziaduja, licho nama
                                                    na wóz wleczieli. Mój munż kone bije, co majo ch'ibko lecić. Takiem przejechali
                                                    bez to mniejsce, ale mówia do mojego bratkana: "Zidziołeś ti to ?" A moja matka
                                                    tyż żidziała, ażam kawałek przejechali, to dopszeru nama do m'iszli prziszło,
                                                    co to straszki b'ili. Te trzy panice z tego majantku to sza zastrzelili i po
                                                    sznierci tam chodzili. Już moj brutkan (narzyczoby) nie odjechał aż z rana, bo
                                                    mniał strach.

                                                    Opowiedział A.Jędrzejewski, wieś Nowe Butryny, pow. Olsztyn
                                                  • rita100 Re: O strachach i zjawach (6) 13.09.05, 20:33
                                                    (6)
                                                    A jeden to psiuł duzo. To idzie, idzie, on sie obejrzy: idzie carny cłoziek za
                                                    nim w postaci carnej; ma kop'ita, 'ogun, to przised do zioski moksutecki i
                                                    krszicał - to zginęło.
                                                    A jeden szed ze smentarżu, to psijak psiuł. To jednu raz idzie za nim jeden
                                                    psies, a ten psies ancug (ubranie) za sobo cięgnie, a ten ancug brżęka i co
                                                    bliżej żioski to psies żienkszy . Jo..jo....

                                                    Opowiedział Zabrzeźny, wieś Paprotki. pow Giżycko
                                                  • rita100 Re: O strachach i zjawach (7) 14.09.05, 20:52
                                                    (7)
                                                    Jenego razu chłop buł sołtysam, a 'un mniał wszystkam ubogam ludziam psieniądze
                                                    dać. A 'un nie dał te psieniądze, tlo ich zachował w skrzynka i pod ziamnia
                                                    zakopał, a potam jek umnierał, to nie móg umrzeć.
                                                    Ale potam jenoś (jednak) umer. I potam już buł na smantarzu i przyszed potam do
                                                    tej bziołki w nocy, i w p'isk żnoł, i móziuł do niej, co ma te psieniądze
                                                    odkopać, i pożiedał, gdzie te psieniądze leżo. 'Una te wszystkie psieniądze ma
                                                    odkopać i wsziskie dicht (zupełnie) ubogam dać, a sobzie ani fenika ostazić.
                                                    'Una poszła, te psieniądze 'odkopała i wszistkie psieniądze tam ubogam i sobzie
                                                    ani fenika nie ostaziła. A na drugo noc już żiancej nie przyszed.

                                                    Opowiedziała M.Brzozowaska, wieś Purda Duża, pow. Olsztyn
                                                  • rita100 Re: O strachach i zjawach (7) 14.09.05, 20:56
                                                    "I potam już buł na smantarzu i przyszed potam do tej bziołki w nocy, i w p'isk
                                                    żnoł" - czy aby ten duch nie był zły ? Uderzył dziewczynę w twarz i to jeszcze
                                                    po śmierci ? - niesamowite
                                                    Tralala , wiesz kto to była - bziołka ?

                                                    ale w p'isk żnoł - co za powiedzenie ;)
                                                  • rita100 Re: O klobuku albo latańcu (1)) 15.09.05, 20:54
                                                    O klobuku albo latańcu (1)
                                                    Jak sie dzieciak urodzi i bez chrztu zemrze i zakopio go w domu pod dylami
                                                    (podłogą), to za jaki czas wyjdzie, to woła chrztu. To te iste, co go zakopsio,
                                                    powiedzo: "Bądż mojem latańcem", to 'un jest latańcem i chodzi krasć. A jak to
                                                    dziecko wyjdzie i woła chrztu, a kto go ochrzci imnieniem swięty Jan, czy
                                                    swieta Maria, to to dziecie idzie do nieba. A te iste, co to sobzie urządzili,
                                                    to nie żiedzo o tym, że jest ochrzczony i już sie na latańca nie doczekajo.
                                                    A ten lataniec siedzi w beczce w klonkrach (paździerzach) na gorze przy
                                                    komninie i tam mu muszo jesć dawać. Jajka mu dajo jesć, a jakby mu nie dali
                                                    tego jedzenia, toby sie zemścił i by zapalił. A jak on idzie, i kto źidzi i mu
                                                    sie przeciżla, to go wszami obrzuci, i tych wszów już nie można wygubzić.
                                                    Klobuk może różne rzeczy brać. Ale jak sie krzyże zrobzi od spodu i z żierzchu,
                                                    to 'un nie ma żadnego prawa wziąć. To 'un musi żyjącego człowieka poszukać, co
                                                    mu ten krzyż święty stinie.

                                                    Jenego razu w Węgoju dziewka doiła krowy, to do parobka jenego gospodarza
                                                    przyszed taki mały szurek (chłopiec). Chciał od niego, coby z sobo poszed. 'Un
                                                    mu ten chłopsiec pożiedał, że 'un potrzebuje masła. W jenym mniejscu w drugiej
                                                    ziosce jest dużo masła w beczce, ale na tym maśle jest krziż szwięty i 'un nie
                                                    może wziąć. Ten szurek wzioł stodolne dźwierze i ten parobek wloz na te
                                                    dźwierze i poszli. Jek przyszli na to mniejsce, ten parobek wzioł nożem i z
                                                    żierzchu z masła krziż stinoł. I ten szurek móg tego masła wziąć, siuła chciał,
                                                    i zaniesć matce do domu. A parobka zaniós, skąd go wzioł. Dziewka, ktora
                                                    żidziała, jak ten szurek parobka zabrał na stodolne dźwierze, pożiedziała o tym
                                                    gburożiu. Ten szurek, to buł jego klobuk, ale nie chciał, coby ludzie o tym
                                                    żiedzieli, co 'un go ma. I jek przyszli 'obaczyć, to dźwierze buły już na swoim
                                                    mniejscu w stodole.

                                                    U inego gbura w Purdzie służył parobek. Wracał roz z gburem od zadowki
                                                    i 'obaczyli w ogrodzie ognisko. Parobek doł gburożiu lichtarnio i poszed do
                                                    ogrodu 'obaczyć to ognisko. Gbur wołoł, że to ktoś późno jedzie drogo, parobek
                                                    jednak poszed bliżej i 'baczył w ognisku stojeć szurka z pustym koszyczkiem.
                                                    Chciał go ufycieć, to ognisko z tym chłopcem skoczyło za płot. Parobek skoczył
                                                    za nim i gonił aż pod las. Ogień zginoł, i 'un 'boczył, że stoi przy torfakach
                                                    (dołach) i buty ma pełne wody. To sie wrócił do wsi i wszystko opożiedział.

                                                    Opowiedziała M.Kensbok, wieś Purda Duża, pow. Olsztyn 1950r
                                                  • rita100 Re: O strachach i zjawach (7) 15.09.05, 21:13
                                                    Gość portalu: tralala napisał(a):

                                                    > Bziołka czyli białka, białogłowa, czyli zamężna kobieta. Warmiacy odcięci od
                                                    > Polski zachowali w swojej gwarze dużo staropolskich słów. Ale czemu ten duch
                                                    w
                                                    > p'isk ją żnoł, skoro to nie ona schowała pieniądze? Chyba czegoś nie
                                                    > zrozumiałam, może przeczytam jeszcze raz i coś mi się rozjaśni w (biało)
                                                    głowie.
                                                    >
                                                    Ja tez tego nie rozumię - może po prostu coś zostało ominiete w opowiadaniu.

                                                    nie rozumie dlaczego duch w p'isk ją żnoł - moze to nie duch ?
                                                  • rita100 Re: O klobuku albo latańcu (2) 16.09.05, 19:43
                                                    (2)
                                                    To 'of moja matka pozieduwała, co furał (fruwał) kłobuk i mnioł nospa (worek)
                                                    pszanicy ze sobo. Tak 'uni wołali, co kłobuk furo. Tak jek ni mnioł rady,
                                                    to 'upuścił te pszanice. Jek to pszanice 'upuścił, to smołu cznoł, zo żadne
                                                    zwierzanta żancej te pszanicy nie żerło.
                                                    I do jenego gospodarza przyszed tyż ten kłobuk i machadła (skrzydła) odłożuł na
                                                    struna, i zaczoł tedy zboże draszować (młocić). I jek tego zboża nadraszował,
                                                    tak chciał z tam zbożem furnąć prec; tak on tedy do onych machadłów, a
                                                    machadłów nie buło. Tak tedy na oborze leżoł siwy wół, tak ten kłobuk przyszed
                                                    do tego wołu i móziuł: "Siwy, nie papoj, tylko oddaj machadła, dam ci wór
                                                    psianiandzy". A te machadła to wzioł parobek, a 'un nie ziedzioł, to przyszed
                                                    do wołu, co mu mnioł wół oddać te machadła.

                                                    Opowiedział E.Kurowski, wieś Pokrzywy, pow.Olsztyn 1950r
                                                  • rita100 Re: O klobuku albo latańcu (3) 17.09.05, 22:21
                                                    (3)
                                                    Jenego roku gwołt padało, cały tydzień bez ustanku padał deszcz, aż robactwo
                                                    zaczeło zdychać. Jena kobzieta już swoje robactwo powganiała nad zieczorem i
                                                    już szła żieczerzo warzyć. 'Obaczyła przy domu jeszcze okapsioło kokosz
                                                    chodzić. Zlitowała sie tedy i zabrała jo, i kile psiekarnika ciepłego do kuchni
                                                    posadziła, żeby kokosz obeschła. Poszła do drugi izby. Jak prziszła nazad, to
                                                    patrziła, że z tej kokoszy zrobziła sie fejno kokosz. Pomyślała sobzie: "To jo
                                                    za siła jo będzie mogła zaniesć do chlewa, do drugich kokoszów". Jak poszła
                                                    drugi roz do izby, to kokosz poszła za nio. Gburka zobaczyła, że w izbie kiele
                                                    psieca siedzi fejny koczur. Dostała strach i uciekła do kuchni. Ale wyglądo na
                                                    koczora, bo sie jej udoł, i widzi, a tu liele niego stojo dwa mniechy zboża.
                                                    Zlękła sie jeszcze żięcej i poszła swojego chłopa wołać o porede. 'Un zaburzył
                                                    sie i wszed tedy do izby 'obaczyć to cudo. Ale żidział przy psiecu tlo
                                                    okapsiało kokosz. Zaczoł jojczeć na nio, co mu sklesiła takie bojki. 'Una w
                                                    złości wzieła kokosz pod pache i wyrziuciła jo na droge.
                                                    A to nie buła wcale kokosz, tlo kłobuk abo lotaniec, chtóry znosi ludziom
                                                    żiwność.

                                                    Opowiedziała M.Kesbok, wieś Purda Duża, pow.Olsztyn, 1949
                                                  • rita100 Re: O klobuku albo latańcu (4) 18.09.05, 20:53
                                                    (4)
                                                    Moja matka to pożiadywała: "Raz to buło takie deszczowe pożietrze i tak stojali
                                                    kila kobzietów przed sienio. I przyszed taki kurczak uplazgany. I wlazło do
                                                    jenej kobziety do izby, i zabaczyły potam te kobziety, to co ten kurczak wlaz
                                                    do niej. Aż za pare dni przyszlo jam do myśli, co kurczak do nich sia
                                                    przybłąkał, i myślały, co 'un zdech. Ta kobzieta wtedy zaczeła wymietać spod
                                                    łozów i wokolo w izbie wyprzatać. Tedy ta kobzieta nalazła go pod łożam. I
                                                    mniało gromadka żyta i pszanice.
                                                    Tedy wziali te kurcze i żyto i pszanice wywalili, bo ten kurczak to mniał być
                                                    kłubok. A to sia sprawowało w Dulisza w Kalbornie".

                                                    Opowiedziała J.Brzozowsaka, wieś Purda Duża, pow, Olsztyn 1950
                                                  • rita100 Re: O klobuku albo latańcu (5) 19.09.05, 20:50
                                                    (5)
                                                    Jeden człowiek, t'o tam na Winiarach w Kalbornie, to szed 'od pracy do domu, a
                                                    padało, to pod drogo 'obacził przi drodze kokoszka czarno, to jo wzioł i
                                                    prziniós do swojej żonki do jizby. 'Ona jego żonka mówi: "Wej, matko, tako
                                                    kokoszka!".
                                                    To pierwsza noc, to nie pomiarkowali - nie wiedzieli nic. A na prziszło noc
                                                    wstali rano 'un do prac'i, buło ciamno, zaświecili, bo mu sia dało spojrzyć, co
                                                    w kąciku kiele pieca gromadka pszanicy.
                                                    "Jo, hale" - mówi - "Cziś ty ty kokoszce doł pszanicy, nie ?". Bo na trzecio
                                                    noc jeszcze wiankszo gromadka pszanicy. Jo. To jo wzieli potam w'ignali precz.
                                                    To buł kłobuk.
                                                    Klobuk, to tak powiedali stare ludzie, to tak niby jak porodzi, a przed
                                                    cziasem - to tak.

                                                    Opowiedział J.Palmowski, wieś Wygoda, pow.Olsztyn 1949

                                                    Tralala, rozumiesz to zdanie, jak by brzmiało prawidłowo po polsku ?
                                                    "Klobuk, to tak powiedali stare ludzie, to tak niby jak porodzi, a przed
                                                    cziasem - to tak."
                                                  • rita100 Re: O klobuku albo latańcu (6) 20.09.05, 21:31
                                                    Tak , swojsko i wspaniale opowiadają Ci ludzie.
                                                    Ale też świetnie , że wczesniej poznaliśmy te wierzenia i klobuki, przynajmniej
                                                    wiemy i rozumiemy bardziej.
                                                    (6)
                                                    To przyszła taka czarna kurka, to u Wiklewskiej to b'iło widocznie. To ludzie
                                                    myśleli, że komu z kosza uciekła, jak na targ szli.
                                                    Jedna kobieta przygarneła, bo ta kura mokra była, ususzyła i jeść dała, to ta
                                                    kura siedziała pod łóżkiem i nosiła jej do dómu to gromadke pszenicy, to innego
                                                    zboża. To ta kobieta wziena drapaki i w'ignała, bo to złe było, to zaraz jej to
                                                    wszistko zgineło, co ta kura przyniesła.
                                                    Bo to było tak - co ta kura przyniesła, to ona od drugiego kradła, a ta kobieta
                                                    była uczciwa. Bo była taka Drajimka, to jej ten lataniec też nosił, ale wtedy
                                                    dobrze mniała.
                                                    To nawet byli takie ludzie, co widzieli, jak spod granicy krasnoludki
                                                    wychodzili i wchodzili, i wszistko jej przyznaszeli. Ale ona mniała i złoto i
                                                    stebro, ona była bogata. To jest złe, ale z tym złym duchem trzeba w dobrym
                                                    kontakcie żyć, bo jak on pójdzie, to wszystko, co przyniesie, to weźmie, a ze
                                                    złosci, to jeszcze wszami obsypie.
                                                    Mnie to takie stare kobiety powiadali. Praktykujący katolik nie może latańca
                                                    mnieć, bo dobre ze złem to b'i się nie zgodziło.

                                                    Opowiedziała Jesiołowicz, wieś Mirany, pow. Sztum.
                                                  • rita100 Re: O klobuku albo latańcu (7) 21.09.05, 20:34
                                                    (7)
                                                    Kłobuk ? O ja dobrze nie wjem (...) C'i to prawda ?
                                                    Tak stare ludzie gadali, to on tam pszenicy przyniesie. Kołbuk to ma być taki
                                                    ptak do wron'i (podobny), esce więksy, czarny. On mały, a potem od razu taki
                                                    duży sie zrobi kołbuk. To ma być bodaj prawda. Tego kołbuka to musi karmić
                                                    jajkami, najlepiej on lubi jajka smażone i kotlety. Jek sie dobrze jego
                                                    nakarmi, to on pszenice nosi. On tak bez drzwi nie wychodzi, ino bez komin. Jek
                                                    sze idzie za nim, to on w jeziora wprowadzi.
                                                    To u nas tak mówili, co jeden gospodarz mniał tego kołbuka, to ta jego żona go
                                                    futrowała (karmiła). A ta żona niała służące, ona nała; ona sie tylko zajmowała
                                                    z tym, to ona raz wyjechała i kazała tej służącej, że nała jajka usmażyć temu
                                                    kołbukowi. Zaraz na góre pokazała, w jakie mniejsce. Naznaczone mniejsce b'iło,
                                                    gdzie on zawsze jad. Ona zabron'iła, nie wolno b'iło jej powiedziać, tej
                                                    służacej, nikomu. Ale tam w tym samym gospodarstwie to słuz'ił taki chłopak. I
                                                    ona szie trzymała z nim, i ona powiedziała temu chłopokoju, ze ta pani kazała
                                                    jajka usmażyć i-na góre zanieść, a ten chłopak mówi: "Jakaś ty głupia, lepiej
                                                    te jajka usmaż nam". Zjedli te jajka razem z to dziewc'ino i poszli do cjlewa i
                                                    kupe włożyli na ten talerz. I postawili ten talerz na góre temu kołbukow'i na
                                                    sniadanie.
                                                    Ale on nie zjad to. Na drugi dzień ta pani przyjechała i jak do gori wlazła na
                                                    górę, to on jej powiedział, i dlacego ona tak kazała. To on jej tak dał, ze
                                                    chora b'iła. Tam mówili na kolonji w Malszewie, ne ?

                                                    Opowiadała H.Materna, wieś Jedwabno, pow.Nidzica, 1949

                                                    Tralala - rozumiesz to opowiadanie ? Wydaje mi sie , że chodzi o to, ze ta pani
                                                    zachorowała przez tą służacą, która kłobukowi dała kupę i ten kłobuk przyniósł
                                                    chorobę z tego niecnego czynu ;)
                                                  • rita100 Re: O klobuku albo latańcu (8) 23.09.05, 20:13
                                                    (8)
                                                    Kiedyś, kiedyś to powjedywal'i, co tu takie kołobuk'i chodzili w postaci
                                                    gołąbka, ji kiedi jem kto doł zrić, to przinieśli żita, pszanic'i, grochu na
                                                    góra.
                                                    To go futrował (karmił), to mioł szczeście, to mu przinosiuł. To tak
                                                    pojedywal'i, jakam szurkam był.

                                                    Opowiedział J.Biernat, wieś Butryny, pow.Olsztyn 1950
                                                    - szurkam był - młodym chlopcem był
                                                  • rita100 Re: O klobuku albo latańcu (9) 24.09.05, 21:55
                                                    (9)
                                                    Siła lat, jeszcze szurkiem (chlopcem) bułem, tom stojeli na drodze, kilo nas
                                                    stojało, tom zidzieli, jek ten kołbuk furoł, tam dwa trzy metry od ziami on
                                                    furloł, to taka drapaka 'ogna i z tego takie skry pryskali i pofur pod Butryny.
                                                    To 'on buł u Sondra w Budrynach, uni go tam futrowali (karmili) i 'un jem
                                                    znosił tego wszystkiego dobra, a jek już mnieli dość naznoszonego, tam buło
                                                    duże bogastwo, tedy go wzieli wygonili, to wziuł im zapaluł całe bogactwo, to
                                                    wszystko sie spoliło.
                                                    Kłobuk to taki kurczok kieby beł, to to usiadło kiele drogi i siedziało takie
                                                    ogapsiałe, to jek kto szed, to wzioł kurczoka z sobo i dał mu tam zryć, to
                                                    znowu jem nanosił.

                                                    Opowiedział A.Orłowski, wieś Pokrzywy, pow. Olsztyn 1950r.
                                                  • rita100 Re: O klobuku albo latańcu (10) 25.09.05, 21:48
                                                    (10)
                                                    U mojej siostry w Gutkowie u susiada, to buło wielkie bogastwo. W jedem pokoju
                                                    mieli w kupsie psieniądze. A ten swagier mój to zawsze zidział, jak takie
                                                    światło leciało z takiem ogonem i tam koło tego susiada zgineło. A służąca
                                                    potem opowiadała mojemu szwagrowi, że kłobuk znosi jem (susiadom). Kłobuk
                                                    siedzi w fasce (beczce), w psiurach za kominem, a Karolinka - jajecznice co
                                                    zranek na góra idzie i zaniesie. Kłobuk z jednego gospodarstwa bierze, a
                                                    drugiem niesie. Klobuków wprzód było dużo, gdzie były bogactwa, to
                                                    mózili: "Klobuk im nosi".
                                                    Ludzie widzieli tego kłobuka bez komin isć. Stare ludzie widzieli kłobuków.
                                                    Okanice zamknięte były u tych ludzi i nie puścili nikogo, takie byli
                                                    wystraszeni.

                                                    Opowiedziała Tomaszewska, wieś Redykajny, pow.Olsztyn.
                                                    Tralala - jak myślisz, gdzie są w dzisiejszych czasach te kłobuki ? Czyż to nie
                                                    mowa o aferach i złodziejach ? ;))) hehe
                                                  • rita100 Re: O klobuku albo latańcu (11) fajne :) 26.09.05, 20:59
                                                    (11)
                                                    Lataniec, ja tak slisała od starsech ludzi. Tego latańca tom zidziała, on
                                                    lecioł i tako niotłe za sobo niał, 'i skri furali, i do tego budinku, co on tam
                                                    nosi, posed, tam on zaniós co. Ja b'i nie chciała od niego nic. Kto sie chciał
                                                    dorobzieć, chciał b'ić bogati, to mu tam, to mu zboza bodaj nanosił - to
                                                    musiał z tich księgów w'ic'itać - to b'ili carolskie księgi, to mu tam
                                                    naskwarzil'i, cob'i sie najad, dobrze go obchodzil'i. bo jak sie źle
                                                    (obchodzili), to im kręgi postrącał. Uz tera tak nie poziediwal'i, tlo
                                                    kiedajse, ale zidzieć tom zidziała, furał tak, 'i skri furali z tyłku, i tam
                                                    sie skr'ił.

                                                    Opowiedziała Jóźwiakowa, wieś Babięta, pow.Mrągowo, 1952r.
                                                    Tralala - fajny humor w tym zdaniu :)
                                                    "Furał tak, 'i skri furali z tyłku, i tam sie skr'ił."
                                                    Tłumacze po swojemu - tak fruwał, że iskry fruwały z tyłeczka gdzie się skrył.
                                                    Więc gdzie się ten lataniec się skrył ? ;)))))
                                                  • rita100 Re: O klobuku albo latańcu (12) 27.09.05, 21:28
                                                    (12)
                                                    Jak sie dawniej ludzie zeszli i bawili sie w kręgiel, to czasem taki ptak
                                                    leciał, co za sobo prowadził płomień ognia, to mówili: lataniec. To 'un mniał
                                                    siedzibe u jakiego gospodarza. To un mu znosił, i ten gospodarz buł w dobrym
                                                    położeniu. Jak młodzi ludzie go nie chcieli i go wygnali, to jemu tedy
                                                    nieszczęscie sprowadził i spalił budowle. Ten lataniec mniał być w postaci
                                                    kruka abo wrony.
                                                    Po francuskiej wojnie, jak przyszed urząd niemniecki, to śmieli sie, że
                                                    wszystkie strachy pogineli, bo ta policja wszystkie latańce powystrzelała.

                                                    Opowiedział A.Falkowski, wieś Purda Duża, pow. Olsztyn 1948r.
                                                    Tralala, zauważ jak ładnie bylo opowiadane po polsku i to dlaczego latańce
                                                    wyguneły - nawet ;))))
                                                    Przyszed Niemniec i wszystkie latańce wystrzelił ;))))

                                                    Były to opowiadania o kłobuku, kołbuku albo latańcu. Jest to istota demoniczna,
                                                    przybierająca w wyobrażeniach ludu postaci kury, ognia itp. Kołbukami
                                                    interesowano si w XVIII wieku. Lud wyobrażał sobie kłobuki jako rodzaj złych
                                                    duchów, ktore pod postacią smoków ognistych unoszą sie w powietrzu, a opiekunom
                                                    swym i czcicielom przynoszą skarby. Za wyrządzoną krzywdę podpalają domy i
                                                    sprowadzają różne nieszczęścia.
                                                    Tak zakończyliśmy rozdział o strachach i zjawach. Przed nami długa droga
                                                    jeszcze cikawszych opowiadań warmińkich. Kto złapał bakcyl warmiński ?
                                                    Najczęsciej przewija się jedno nazwisko W.Pomianowska, która zapisała te
                                                    wszystkie opowiadania ludzi z Warmii.
                                                    Tralala - nie ma jak jej nawet podziękować ale zrobiła kawał dobrej roboty i
                                                    wiesz nawet czuć w tych zapisach tą warmińską dusze. Są też inne nazwiska
                                                    zapisujące te romowy, ale to już na końcu - warto za to spisane dzieło
                                                    podziękować.
                                                  • rita100 Re: Sezamie , otwórz się (1) 28.09.05, 20:18
                                                    Sezamie , otwórz się
                                                    (1)
                                                    W jenej wsi to było dwa bratów, jedan był bogiaty, jeden bhidny, to bogaty
                                                    przysed raz pozycać macki, takiej niarki, a ten bogac to myśli, co un bedzie
                                                    nierżył ? To niodem (posmarował). A ten ubogi to posed raz do lasa i tam
                                                    natrasił zbójników, jek te zbójniki mózili: "Sezamnie, Sezamnie, "otwórz się!".
                                                    Jek un , toten brat, stał w tej skryjówce, to wtedi słysał, jek ten zbójnik
                                                    mówił. Jak te zbójnik'i odeszli, tak wtedi słysał, jek ten zbójnik móził, i sie
                                                    mu otworżiło, i tam nabrał gromade pjeniędzy i przysed do domu. Jak nierżał tą
                                                    macką, to przilnoł hieden pieniundz do dna.
                                                    Bogac namawia brata, co by un powiedział, z kielo on ma i co. I ten tyz posed
                                                    tamten bogiaty, i wtedi mu sie otworzyło, a jek niał wyjść, jek niał mózić
                                                    zabacył, wtedy znów ta zona sie klopotała, i tego 'owtego brata w prośbe, co ma
                                                    iść go sukać i ten posed, a ten zisiał tam, poziesili go zbójce. Ten zbójca
                                                    chciał ziedziec, z jakiej to wsi i co za jeden, tak wtedi przyjechali do tej
                                                    wsi i wtedy sie wyziedzieli, co to za jeden był. I przyjechał drugie raz ten
                                                    zbójca, w kłodach (beczkach) te zbójniki niał i nieli ten dom w'itracić. I
                                                    móził, co to ze smołą przyjechał.
                                                    A ten nastarsy zbójca posed do tych białków doizby i tam spał. A ta pani niała
                                                    tako rozumną dziwkie, i do tej pani mózi: "Pani mi nawarzi ukropu, to ja sie
                                                    dośwacce (sprawdze), co w tych kłodach jest". I opsła do tych klodów i
                                                    zawołała: "Kto tam ?"
                                                    I ten pyta: "cy juz?" - "Esce nie, ale zaroz!" I 'ona tym ukropem ich parzyła,
                                                    a tymu nastarsymu zbójnikoziu tyz go straciła ta dziwka. To wsi.

                                                    Opowiedziała Trojanka, wieś Łubki, pow. Pisz 1950r
                                                  • rita100 Re: Sezamie , otwórz się (2) 29.09.05, 20:33
                                                    (2)
                                                    B'ili dwa brati. jeden b'ił bogati, drugi b'ił ubogi. Ten ubogi to buł siewc, a
                                                    ten brat tego , to mniał dużo pieniędzi. Poz'ic'ił od brata ziertel (ćwiartkę)
                                                    do tech pchieniędzi mierzania. Ten brat wzioł pachu na dno wlepsiuł i chciał
                                                    wiedzieć, co ten brat będzie mjerzał. I te psieniądze sie wlepchiłi na dno,
                                                    i 'on ten ziertel oddał nazad. I ten brat żiedział, ze on te psieniądze tym
                                                    mnierzał, i 'on poszed podsłuchać tego brata, co 'uni w domu gadajo. A ten brat
                                                    móziuł do swojej żon'i: "Tam jest tako gora i w tej górze je pełno
                                                    pchieniendzi". Un mózouł: "Zamzel-góro, roztwórz sie!"
                                                    To ona sie otworziła, a jak móziuł: "Zamzielgóro, zamknij sie !" to sie zamkła.
                                                    I ten siewc posied do tej góri i mozi: "Zamzelgóro, otwórz się!". I z tej
                                                    radosci nagarnoł sobzie dużo tech psieniędzi, i z tej radości zaboc'ił, co ona
                                                    na sie otworzyć ta góra i un ostał w tech psieniądzach siedzieć, i jesce
                                                    dzisiaj siedzi, kiedi nie zdech. Ón tam siedzi, w tech psieniądzach - grzebzie.

                                                    Opowiedział Gutkowski, wieś Zezuty - 1949

                                                    Oto dwie wersje słynnej bajki "Sezamie otwórz sie" z baśni 1001 nocy, wątek
                                                    rozpowszechniony w całej Polsce.
                                                  • rita100 Re: O rybaku i o rybnym królu 30.09.05, 21:36
                                                    O rybaku i o rybnym królu

                                                    Rybak rib'i łapał i nie móg złapać. I jesca ostatni raz posed do jakiś
                                                    kobziety, co mu cary jakieś poziedziała, i załoz'ił jesce raz. W'izucił jesce
                                                    raz swoje szieczie i jak sz'cziungnół je nazad, to niał pełno ribów i tego
                                                    króla. Teraz azioł ten król go proszicz' tego ribaka, co by go pusz'cziuł, on
                                                    mu nagrodzi, tyle ribów złapsie, co bedzie zawda zadowolóny.
                                                    Ten ribak zniłował szie nad tym królem i pusz'cziuł go nazad w wode, i
                                                    w'irzucził znowu swoje szieczie, dalej ribu łapacz'. Jek sz'cziungnął, znowu
                                                    pełne szieczie. I to tak sło dłussy cas, zawdi pełne szieczie. Ten król mu
                                                    nagrodził za to, co go puszcził i ten ribak szie zrobził taki chciwy, co cym
                                                    żięcy miał, tym żięcy chciał. I nie wyrzucziuł ino raz sziecz', ino pare razy,
                                                    i nałapał tile ribów, aż mu szie bóta (łódka) zatopsziła. Teraz go niał ten
                                                    ribny król w moc'i i żięcy go na szwiat nie pusz'cził.
                                                    Na przestroge tymu rybnymi królożi, co by żięcy nie robziuł tak jak z tymi
                                                    rybakiem, zrobzili z drzewa takiego innego krola, wsadzili w dziob koło,
                                                    użiuzali na gruby łańcuch i prszipszieli kole mostu na znak. co ten ma w wodzie
                                                    żidzieć, co z nim szie moze tez tak stać, jak go drugi raz złapsziu.
                                                    To bez to tamoj ten król na łańcuchu jes.

                                                    Opowiedział G.Kipar, wieś Jabłonka pow. Nidzica 1949
                                                  • rita100 Re: O Miernikach 01.10.05, 20:43
                                                    O Miernikach

                                                    Wieczorami jak mieszkańcy wyjdo po robocie sobie ma dwór, na wypoczynek letnią
                                                    porą i w jesieni, tak przed domami sobie siedzą i godajo, to furają sentopesze,
                                                    sow'i krzicą, to znaczi że wróżo, że ktoś we wsi umrze; a z daleka to pózniej
                                                    widać światełka, takie lampki, to są te mierniki, które granice odmierzali za
                                                    dobro łapówko i teraz po śmierci muszo chodzić i odpokutować. Wnet przychodzo
                                                    aż pod okno, do chat dochodzo i słuchać czasami w nocy, jak kety brząkajo.
                                                    -kety brzakają ( łańcuchy dzwonią)

                                                    Opowiedziała Jesiołowicz, wieś Mirany, pow. Sztum - 1950
                                                  • rita100 Re:O Frajmajerach (wolnomularzach) (1) 02.10.05, 21:42
                                                    O Frajmajerach (wolnomularzach)
                                                    (1)
                                                    Kiedaj po wojnie światowej były rozparcelowane majątki kiele Purdy : Prejłowo,
                                                    Wały, Pajtuny, Patryki. To wtedy tak pożiadywane jest, co tu najżancej dwunasta
                                                    godzina w nocy, to bułu słuchać, jek kareta jeżdziuła, do pół wsi zajechało i
                                                    zgineło. Dąbrowska jek służuła w Pejtunach, to opożiedała, że jek państwo
                                                    wyjechali z gościny do domu, to na obore (podwórze) zajechała kareta, to jek
                                                    wylecieli te izbetne (pokojówki), to nikogo nie buło, dopsiero za trzeciam
                                                    razam jek zajechała, to zajechali panstwo z powrotem do domu.
                                                    W Prejłozie buł jeden pon, nazywał sia Baldoł. To jek robotnicy nie mnieli drew
                                                    suchych i poszli kraść do lasa, a pana nie buło w domu, i w tan czas jek
                                                    zrzynali drzewo, to stojał pon kiele nich i chłopy sie polękli i pouciekali. To
                                                    buła jego druga postać.
                                                    Małgorzata Sztefanska z Ników kiele Olstyna służuła w Silicach i ten pon też
                                                    mniał drugo postać. To szła drogo bez las i żidziała pana, a do niego niosła
                                                    cajtunek (gazetę), co jej dał poctowy. I 'una tamu panu oddała ten cajtunek w
                                                    lesie. I jo strach objoł, bo patrzuł tak jakby oczów nie mniał. I zaczeła
                                                    uciekać do domu, to tan pan prawdziwy siedział w domu, a gazeta leżała przed
                                                    nim. A una prandko leciała i 'un ni móg przed nio być.
                                                    Ludzie poziadujo, co jek taki pon zaprzedał dusza diabłożiu, to mniał swojo
                                                    krwio podpisać, wleżć w grób i podeptać różaniec, i wyrzec sia wszystkich
                                                    świantych. To 'un dostał drugo postać i niczego mu nie brakowało.
                                                    Taki do kościoła nie chodziuł, tlo szudziuł, bluźniuł z kościoła, ale nikomu
                                                    krzywdy nie zrobziuł.

                                                    Opowiedziała J.Brzozowska, wieś Purda Duża, pow. Olsztyn 1950
                                                  • rita100 Re:O Frajmajerach (wolnomularzach) (2) 03.10.05, 21:23
                                                    (2)
                                                    W Małich Patrikach w majantku - to sia ten pan naz'iwał Łaskawy (...). To 'uni
                                                    nie mnieli prawa niegdzie ich pochować. To potam go wzieli do swojego lasku
                                                    schowali. Potam w szklannam żarku (trumnie), a na wierzchu buł, nie zakopany w
                                                    chłodzie. Potam sie jeden taki naloz, co poszed, to go zewluk tak, jak go matka
                                                    porodziła i strzelba mniał wele siebie, wszistko. Wszistko wzioł, co go nago
                                                    zostawił dycht. Potam poszła jego żona zobaczyć, to go zalazła nagiego. 'Uni
                                                    potam jak go wzieli od tych frajmaurów (wolnomularzy), to buł spalon'i na
                                                    popiół 'i w takam garku buł przyniesiony.
                                                    Majantek Klewki, Bandi, Stari Olsztin - to buł frajmajer - Prejłowo, Rożnowo
                                                    to b'il'i wszistko te frajmaury. Potam jak ten Itler nastał, to wszistk'ich
                                                    pokasował.

                                                    Opowiedział J.Palmowski, wieś Wygoda, pow. Olsztyn 1950
                                                  • rita100 Re:O Frajmajerach (wolnomularzach) (3) 04.10.05, 22:16
                                                    (3)
                                                    Moj ojciec sie naz'iwo Mn'ichoł, i un musioł wachować dwanoście umerlich. To co
                                                    noc, jek on siedzioł, to zawdi burdało (stras'iło go). A on siedzioł, zapaluł
                                                    fejfkie, a o dwunosti godzinie, to stali wstawać. To 'un w'ipsiuł kilich
                                                    gorzałki, i stał pokoliju kład jech nazad w jech grob'i. I sie połoz'ił w
                                                    swoje łózko w zad i leżał. A uni go w'iwołali i z tym łózkiem sodome ś nim
                                                    robz'ili, a un lezoł. A jek uz redi ni móg sobie dać, to wstoł i przynius taki
                                                    duz'i, zielgi giarniec z goruncu wodu. Ustał kole tego garca i tedi
                                                    mówił: "Norek, twoja skóra, a mój worek". To chtóry tedi wstał i chciał mu
                                                    psote robzić, to un go złapoł i rzuciuł go w tyn ukrop. To tak wszistkich, aż
                                                    dwunastu. A to b'iło tak'i duz'i dwór, to buł tak'i sklep (loch) , ze tam sie
                                                    te umarłe staziali. Yakie tam b'ili takie stazianie (...), ze po ziemnie
                                                    musieli chodzić takie frejnejri (Freiherr), ze on'i sie katoziu (diabłoziu)
                                                    podpisali. Teras uni nie mogli do swego pokoja (spokoju) prziść. To musioł sie
                                                    taki cłoziek stazić, co jech z tego śwata w'ibaził. A jek on co robziuł z nimi,
                                                    to nad każdym musioł tak mózić to słowo. I 'un ziedział rozmajite
                                                    przieprosik'i, cob'i un'i b'ili przijęte, bo mocno chodzili i stras'ili. Jek
                                                    uni juz widzieli, co uz jich nie b'iło na tem śwecie, co uz nie stras'ili, to
                                                    dostoł za to duzo nagrode. To wsio.

                                                    Opowiedział Klos, Mrągowo 1950
                                                  • rita100 Re:O Frajmajerach (wolnomularzach) (4) 05.10.05, 19:23
                                                    (4)
                                                    W Kwidzynie była taka loża, tam frajmaury byli, to tam móg sie iść zapisać, to
                                                    tam strasznie było, musi się za żiwka w trume się położyć, a później z
                                                    zamkniętymi oczami łapać, co tam na talerzach stało: to tutaj złoto, to tutaj
                                                    srebro i tam potem fenigi i trojaki. To temu , kto się dał tam zapisać, to mu
                                                    się dobrze wiodło, to mniał dużo pieniędzy, co rok musiał dom wybudować. A jak
                                                    on by się chciał nawrócić, bo on był temu czernemu podpisany, to znaczi, że oni
                                                    w tej loży zatrzimali jego fotograwkie. A jak on się chciał nawracać, to ta
                                                    fotograwka się robieła mokra, się pociła i oni takie jigłe mnieli i kłuli i ten
                                                    człowiek nagło śmiercio umar.
                                                    To jak on tak gdzie wyjechał a wracał, to najpierw konie zajechali przed ten
                                                    dom, konie i bryka, a jak wyszed z domu chto, to nic nie było, aż za drugim
                                                    razem, to wtedy on wrócił. Ale on to też wiedział ten frajmauer, to uż on mówił
                                                    zaraz, co pierszy raz nie majo wstawać mu tam otwarzać zaraz, eno za drugim
                                                    razem.

                                                    Opowiedziała Jesiołowicz, wieś Mirany, pow. Sztum 1951
                                                  • rita100 Re:O Frajmajerach (wolnomularzach) (5) 09.10.05, 21:52
                                                    (5)
                                                    W Osziekowe to b'iło, za tako mamke tam b'iła, sietimdziesiąt i dwa lata
                                                    babczia tamuj słożiła u tich panstwa, u dziedziców, u nas muh'ili hierszaft
                                                    (państwo). O dwunastej godzinie słiszeli, że karetka zajechała kiele rondelu
                                                    (takie okrungłe tamuj, takie róże b'il'i). Te posługaczki, co tam b'ili te
                                                    państwo, poszli przyjmować, w'idżieli, że nic nie b'iło, tilko słiszeli, że
                                                    karetka jechała, od strachu drzwi zamkli i poucziekali, cziekali na panstwa, aż
                                                    oni przyjechali.
                                                    Naprawde oni ne mówili nic. I ten pan i'le raz'i w podróz'i w'ijechał, to
                                                    szie okaz'iwał w tej gospodarce w polu w postaczi.
                                                    Babczia powjediwała, ale juz nie pamiętam, jak b'iło. Mama mówiła, że to
                                                    postacz' b'iła. I wjeczrami jek chodżili, to babczia powjedywała, okaz'iwało
                                                    szie im na drodze, prszeważnie na krziżówkach (krziżowe drogi) ps'i i nieraz
                                                    takie ludzie, menczizn'i bez głow'i, menszcz'izn'i bez głów.

                                                    Opowiedziała M.Bogdan, Nidzica 1950

                                                    W grupie opowiadań bedacych echem istnienia lóż wolnomularskich na terenie Prus
                                                    Wschodnich między innymi występuje motyw magicznego zabójstwa znany w folklorze.
                                                  • rita100 Re: Jaworowy kijek 10.10.05, 21:04
                                                    Jaworowy kijek
                                                    Buł król, co niał śtiri dzieci, trszi s'in'i i jedno córke i sad duz'i niał, i
                                                    zieprsza duzygo. To sie zawdi w'ikopał z chlewa i posed do sadu rić. To tedi
                                                    te s'in'i psilowali. To najpierw ten stars'i psilował, to usnuł i ten zieprsz
                                                    porił. Drugo noc to tyn psilował, a trszeciu noc to tedi syn trszeci, to buł
                                                    głupsi, to go za głupsiego nieli. I tyn nie usnuł i ten zieprszek nie porił.
                                                    Krol ryno wstał, to sie ciesził, co dobrże psilował. To te s'in'i b'ili złe
                                                    na niego, co król sie ciesził, i wzieli go zabzili i w tym sadzie go zakopali,
                                                    i jeworow'i kijek wsadzili na mogiłe.
                                                    I tyn kijek ros, a za tym sadem pastusek pas, no ji chciał uciunć ten kijek,
                                                    ale rodzice na niego, co nie ma urżinać, bo król go straci, kiedi on urżnie. Ji
                                                    un nie utrwał (wytrwał), urżnuł ten kijek i zrobziuł sobzie psiskałke taką, i
                                                    tedi grał.

                                                    "Pomału pasteńku dunz'ij,
                                                    bo tyn jeworowi kijek
                                                    na m'im sircu cinz'i.
                                                    Stars'ić mnie brat zabziuł,
                                                    a młods'i pod kierz (krzak) skrił
                                                    za onego zieprszuleckia,
                                                    co w sadecku rił ".

                                                    Król usłisał, to tygo chłopca wołał do sie. Tyn chłopsiec niał strach do niego
                                                    prsziść, bo mówili, co go straci. To tedi król wziuł to psiscałkie:

                                                    "Pomału pasteńku dunz'ij,
                                                    bo tyn jeworowi kijek
                                                    na m'im sircu cinz'i " itd.

                                                    a potym matkia

                                                    "Pomału pasteńku dunz'ij" itd.

                                                    Teraz ten stars'i brat musiał wziuńć:

                                                    "Pomału bracisku dunz'ij,
                                                    bo tyn jeworowi kijek
                                                    na m'im sircu cinz'i,
                                                    tyściez to mnie zabziuł,
                                                    a młods'i pod kierz skrił
                                                    za unego zieprszuleckia
                                                    co w sadecku rił ".

                                                    Teraz tygo chłopaka król wziuł do sie, a jigo 'odkopali i pochowali. A tygo
                                                    chłopca z tu córku 'ozenił ten krol i nieli go za swygo.

                                                    Zapisano we wsi Odoje, pow. Pisz - 1950
                                                    Baś też zapisana na Mazurach przez Toeppena.
                                                  • rita100 Re: Nawrócony 11.10.05, 20:53
                                                    Ale to takie zbojectwo. Jeden rzeźnik szed na jermark, a 'on daleko mniał i
                                                    zabłądziuł tó droge, i napotkał jednego jegera (myśliwy) i szie mu skłoniuł : "
                                                    Guten tag" - mowi - b'i pan jeger mi droge pedzioł. Jo tu dziesięć lat temu
                                                    szed tó drogo i za dziesięć lat to na ten jermark nie trafie. Jeger
                                                    mówił: "Pódźcie, ja was zaprowadze, ja to droge znam na mark (rynek)".
                                                    I kawał odeszli.
                                                    To było w lesie, i ten jeger go wziół, go fycił, 'obalił i zmóg tego rzeźnika.
                                                    Rzeźnik sie wyrasził (wystraszył), mówi: " Tom tu na nieszczęście wloz". I go
                                                    zwiozał prowozoma i mówi tak: "Braciszku, tera wiesz, co za jeden ja. Ja jest
                                                    ten, co to me w cejtungu (gazecie) szukajo, tero - mówi - ja cie nie zabije",
                                                    bo go prosił, co ma dzieci i kobjete. "Zabić cie nie zabije, ino ci pamniątke
                                                    dam ode mnie". Położył oba dłon na pienek i jeger mu chciał oba dłon toporkiem
                                                    uciąć, ale mu kiele uciecia wziół i ręce odwiązał i flinte postawił kiele
                                                    szczepy (drzewa). I tak jeger chciał sie skrzywieć po ten t'oporek, to ten mu
                                                    sadził do gardzieli i go zmóg, i mózi : "Bracisku, tera cie mam, i wiesz, co za
                                                    jeden jo jest - pan rzeźnik. Tysz' mi żicie darował, ja ci tyz żicie daruje,
                                                    ale paminiątke ci dam, jak tyś mi chciał dać". I uwiozał go gębo do szczep'i, i
                                                    mu odziego rozerżnął od szyi aż do dupy, i mu potem rżnął takie sztrymy (ciosy)
                                                    tylko nie za głębokie, żeby nie zdech, i soló i przieprziem mu pchał w te
                                                    sztrymy rżnięte. A ten ryczał wniebogłos ne swoim głosem. I go wylozował,
                                                    prowozy mu przerżnął i ostawił go leżeć. "Tak, tak - mowi - tera masz ode mnie
                                                    pamniątke, tyś mi chciał dać gorszo, bo bym nie móg robzieć, dzieci żywić, a ja
                                                    ci dał tak po rzeźnicku".
                                                    cdn
                                                  • rita100 Re: Nawrócony 11.10.05, 20:54
                                                    To bylo na polu i kobjeta z dziecioma patrzyła i mówi: "Wej , tam dzieci, nasz
                                                    ojciec pewno upity", i poszli chwatko do niego. Uwidzieli, co to ne ojciec,
                                                    jeno ten jeger we krzi stękał. Fatko (szybko) poszła kobjeta pod dom i wóz
                                                    cholała, i go wzieła na ten wóz do dom, do sie, i go zaro lekowała. I jak
                                                    troche do sie przyszed, to ji objecał dużo zapłate, bo 'on duży gbur, i jak sie
                                                    wyzdrowioł, podziekował ji.
                                                    Potem przyszed ten ji chłop i mu powjedała, co sie stało. Aż 'on mówi: "Toż to
                                                    hest ten sam zbóca, com ja mu pamiątke dał".
                                                    I potem 'on sie do Boga nawrócił, i ne zabijał żadnych ludzi, i szie wżeniuł w
                                                    karczme z jednó wdowo, i sz'wiatował dobrze, jak sie przynależało. I ten
                                                    rzeżnik prawie wlaz do tyj karczmy i fodrował (żądał) psiwko i jedno cygarę i
                                                    dwa sznapsiki (wódeczki) dobre, i patrzoł na niego, co mu taki szwadómy
                                                    (znajomy).
                                                    "Bracisku - mowi - nie znowa my sie ? no - mowi - pójdź do drugie izby,
                                                    zewłócoj żakiet !" I ten rzeżnik widzioł, co to ten sam. I jak sie oba
                                                    obłapsili, to płakali an'i małe dzieci. I ten jeger mówi: "Jo tera żadnego
                                                    dzieciuka nie uraże, n'i n'ic. Tera ja sie do Boga nawrócił" i poszli całko noc
                                                    ano na weselu aż do zrena.

                                                    Zapisano we wsi Smalonek pow. Ostróda 1950
                                                  • rita100 Re: Legenda o św. Krzysztofie 12.10.05, 20:49
                                                    Legenda o św. Krzysztofie
                                                    To jest święto bajka. Buł jeden taki Kristofat, a buł taki mocny, żie w jednym
                                                    bucie to mniała jego sziostra wesele. A tedy chcioł służyć co namocniejszimu na
                                                    sz'wecie. I prziszed do niego sziatan i tedy mózi, cziby sie do niego
                                                    urzundził. A Kristofat móził: " Cziś ty je namocniejszi z całego świata ?" A
                                                    tedy sz'li tak gościncem i stojała przi drodze kaplicz'ka, i tam buł Pan Jezus
                                                    wisioł. A ten szaton nie chciał iść tam kiele kapliczki, tlo chciał polem
                                                    okrącać. A ten Kristofat mózi: "Toś ty nie jest namocnijszi z całego śwata, bo
                                                    tyn mocniejszi, co wiszi. To ja u ciebzie służić nie moge". T tedy poszed 'od
                                                    niego ten Krystofat precz. I przyszed do jednygo lasa, i spotkał pustelnika, i
                                                    pitał go sie, kto tu jest nastarszi i namocniejszi z całego śwata : A 'un
                                                    móziuł: " Namocniejszy to jest Pan Bóg z całego śwata". To 'on móziuł, czy b'i
                                                    móg służyć Panu Bogu. A ten pustelnik mózi tak: "Ja cie zaprowadze do jedny
                                                    rzeki, tam byndziesz przenosił te ludzie, bo tam ni ma mostu". A 'un tedy
                                                    poszed do ty rzyki i wziuł takie drziewo, sosnie, co putora festmetra mniała.
                                                    Wzioł za kulos (laska, kij) i przenosiuł te ludzie. Przenosiół lata, aż roz
                                                    buło na drugie strónie dziecko. Tak możie sztery lata mniało. I to dziecko
                                                    wołało, co b'i go przeniós. A to jek 'un go niós, to sie topsiuł i
                                                    móziuł: "Ale, dziecie, coś ty za ciejszki. Jo tylu ludzi niós, a takie ciejskie
                                                    nie byli, jek ty dziecie."
                                                    A to dziecie tyle móziło: "Ty nie niesiesz mnie, tlo cały śwat i mnie niesiesz.
                                                    Tedy idź do kościoła i daj sie 'ochrrzcić." Tedy 'odpokutował i buł śwętym.
                                                    Krysztofat to je pogan.

                                                    Opowiedział J.Tyziak, wieś Rasząg, pow.Reszel, 1950r
                                                  • rita100 Re: Wędrująca góra w Lidzbarku 13.10.05, 20:04
                                                    Wędrująca góra w Lidzbarku
                                                    W Lidzbarku bezbożność panowała, zamiast kościoła to poszli do lasu na spacerek
                                                    i na muzyki. Tedy Pon Bóg żidzioł, co miorka sia dopełniuła na to bezbożność.
                                                    To buło, co taka góra srogo zaczeła naprzeciwko mniasta iść. Tedy noród
                                                    westchnoł do Boga o ratunek, tedy przypomniał sobzie, co to jest licho. I tedy
                                                    tlo buło mózione: "Chto nieżinny (niewinny) mniał iść tej górze naprzeciwko z
                                                    przenaświętszem sakramentem". To sia nicht nie nalaz aż jena panna, co swojej
                                                    nieżinności nie straciła, co buła godzien tego nieść. I wyszli z procesyjo
                                                    przeciwko tej górze. I tam ksiądz odprażiuł mszo świanto. Naród sia poprażiuł
                                                    (poprawił), ta góra została stoić. I dotychczas bywało, że w jeden dziań w roku
                                                    nabożenstwo pod ta góre pod krzyżam sia odprażiało i szła procesyjo ze
                                                    wszystkiemi fanami (chorągwiami) z kościoła.

                                                    Opowiedziała J.Brzozowska, wieś Purda Duża, pow. Olsztyn-1952r
                                                  • rita100 Re:O złotej górze. Śpiący rycerze 14.10.05, 19:46
                                                    O złotej górze. Śpiący rycerze.
                                                    Za casów Barbarosy to tu takie wielgie góry były. Tu była jedna złoto góra. Tam
                                                    w tej złotej górze to jes zacarzuny (zaczarowany) jeden cesarż. Tam jes taki
                                                    szlos (zamek), i jes zapadnięte na tysiąc iat. Tam jes cesarz, ze swojo córko,
                                                    Katarzyno, tam nieska. Casem ta pryncesa to jes żidna, to jo mozna wzidzieć. W
                                                    ładnym ubraniu je, złoto korone na głowzie ma i sie przygląda temu światu.
                                                    Skoro ale cłowieka obacy, do niej blisko dochodzi, zaraz sie skryje do onej
                                                    góry. Tam wchód majo tajemny, to chcieli ludzie tam kopać i nie mogli.
                                                    Córka cesarzowa pare lat temu wysła i mówiła, ze coby ludzie byli dobre, to by
                                                    sie ta góra otworżyła. I tedy sie ludzie zgromadzili na te górze i śpsiewali, i
                                                    Boga prosili, coby sie otworzyła. Bo ta córka tak im opoziadała, co jek sie ta
                                                    góra otworzy, to by było zasypane wszystko psiachem, a wyszed by ten złoty
                                                    pałac. I ona nakazała, jakie psiosnki majo być śpsiewane. Ale ludzie sie
                                                    bijeli, coby sie nie zasypało, i przestali więcej chodzić śpsiewać.
                                                    Aż tysiune lat przejdzie, to óna sie otworzy. A uz piećset lat było, jek óna
                                                    sie zamkła. I jek sie idzie, to z tej dury tak zawdy pachnie aniby świeży chleb.
                                                    Raz przyjechali z koniami i wzieli ze sobo w'idły, i ta panna w'isła i wzieła
                                                    je z sobo, i mówi, ze na paniątke bedzie miała. Ja jeździła tam też w niedziele
                                                    śpsiewać. To musi coś być.
                                                    Jek casem sie rozmyśli, to sie przypomni.

                                                    Opowiedziała M.Baranowska, wieś Kot, pow.Nidzica 1951

                                                    hehe - zadnie dziesiejsze to chyba tak powinno wyglądać
                                                    'Jek casem sie rozmyśli, to sie przypomni.'
                                                    Jak się czasmi zamyślę to sobie o tym przypominam ;)))
                                                  • rita100 Re:Krzyż w Brąsberku 16.10.05, 21:25
                                                    Krzyż w Brąsberku
                                                    W Bronsberku jek buło sz'wieckie wojsko i bez to wojsko cudze buły Prusy
                                                    obsadzone. Szli żołnierze, stojał krzyż' przi drodze, i jeden zuchwały strzelił
                                                    w Pana Jezusa, i z tygo zaczeło cieknoć krew. I tedy był ten żołmierz na to,
                                                    coby kara boska na wojsko nie padła, to buł surowo śniercio skazany.

                                                    Opowiedziała J.Brzozowska, wieś Purda Duża, pow. Olsztyn 1949r
                                                  • rita100 Re:Cudowne zdarzenie w Węgoju 17.10.05, 20:38
                                                    Właśnie Tralala, teraz mam klopoty z okresleniem miejscowości, coraz częściej
                                                    będą uzywane w gawędach. Przydałaby sie nam stara mapa .

                                                    Cudowne zdarzenie w Węgoju
                                                    To buło we fronte. Przyszli żołnierze i wzieli z kościoła monstrancyjo i
                                                    hostyjo i zanieśli do gospodarza Sztoli w Węgoju. Włożyli wszystko na wóz i
                                                    zaprzęgli dwa konie, i chcieli z tym jechać, ale konie nie ujeli, to tedy do
                                                    tego zaprzegli cztery konie i też nie redzili. Jeszcze sześć założyli, a konie
                                                    sie wykręcili, na kolana poklękali i główkami kiwali, aż oni z tego woza
                                                    pozrucali wszystko i te konie prędzej nie ujeli, aż dycht czysty wóz buł. Potem
                                                    nazad ludzie zanieśli to monstrancyjo i hostjo do kościoła.
                                                    Za pare dni to te same żołmierze wzieli obleke (ubranie) kościelno i na woz
                                                    pokładli, i pojechali. Jek przyjechali do granicy węgolskiej, to konie ustali i
                                                    bez granice nie redzili tego woza. Aż 'uni to obleke kościelno poskładali, to
                                                    dopsiero konie szli dalej.
                                                    I w taki sposób wszystko zostało w kościele w Węgoju, a to poziadało dużo ludzi
                                                    z ty żioski.

                                                    Opowiedziała M.Kensbok, wieś Purda Duża, pow. Olsztyn 1949
                                                    (podobny motyw legendy występuje w próbie wywiezienia przez Szwedów obrazu
                                                    Matki Boskiej Częstochowskiej i w 'Potopie' Sienkiewicza)
                                                  • rita100 Re:Jak diabeł kaczmarkę z Ejszmediów chciał podkuć 18.10.05, 19:47
                                                    Jak diabeł kaczmarkę z Ejszmediów chciał podkuć
                                                    W Ejszmedjach w powjaczie mrągowskim przed wjelu latach b'iła kobjeta, która
                                                    b'iła kacmarka, po mazursku restoracjo niała, bez lękania , bez stidu (wstydu)
                                                    kazdego oszukiała i nawet najbiedniejszego, kazde pchiwo i kazdi kielisek wódki
                                                    dwa raz'i zapchisała. Raz przised stari chłop, bhiedn'i i ona go tez chciała
                                                    osukać. On prosziuł, zeb'i go nie osukała, on tilko za tile i tile zjazd i
                                                    w'ip'ił. A ona sie zabożiła (rozgniewała), że ona esce nigdi nikogo nie
                                                    osziukiała i jeżeli b'i ona kogo oszukała, to b'i jo djabeł móg na niejscu
                                                    zabrać.
                                                    Ledwhie w'imóhiła, powstał żietrz(wiatr) i szum i śmnierdżiało sziarko i smoło,
                                                    i przised carn'i koń. Djabeł przised i jo zamnieniał w czarnego konia i na
                                                    niej pojechał na tim carn'im koniu. Ale b'iło barzo szlisko i on móg tilko
                                                    powoli jechać, bo koń nie b'ił kuti i on nie móg dalej jechać i zajechał do
                                                    hioski Szwarcsztejn, powiat Kętrzin. Posed do kowola i dał go okucz', chciał
                                                    duzo pchiejędz'i dać, zeb'i cemprędzej okuć, bo lękał sie, że szie dzień
                                                    zrobhi, niz kur pchiers'i raz zapchieje, żebi kóń okuti b'ił.
                                                    Kowal przibi'iz'ił szie do konia, i sch'iluł sie i chciał konia za noge ująć,
                                                    podniesz'cz', i usłisał ludzk'i głos: "Powol'i, powol'i, jestem kacmarka i
                                                    satan mie koniem zrobhił". Ten przeląk szie i zelaza upadłi, chciał jo retować,
                                                    zal mu sie zrobhiło. Buł w tim rozpacaniu, co ma robhić, i kur w tim momencie
                                                    pchiers'i raz zapchiał. Djabeł prawo ni niał do niej, gdiż juz kur zapchiał,
                                                    juz ona ws'isko objecała, co nie będzie oszukiwać. Pusz'c'ił jo satan, ale pók
                                                    z'iła, nikogo nie osukiwała. Ona z tego przelęknienia długo juz nie z'iła, a na
                                                    pamniątke w'iszo te dwa podkow'i w kosz'cziele w Szwarcsztejn.

                                                    Opowiedział Pożega, wieś Uzranki, pow.Mrągowo 1949
                                                  • rita100 Re:Jak diabeł kaczmarkę (2) 19.10.05, 21:04
                                                    (2)
                                                    Jena karcmarkia, kiedi prsziszl'i psić, to zawdi przipsisała esce roz, a tedi
                                                    raz taki fejn'i przised, a to buł sam djabuł. A on psiuł i psiuł, a on sobzie
                                                    tyz cechował, una dubelt, a un tlo to. Tedi jek płaczicz' tedi una porachowała
                                                    tile 'i tile, a on tile 'i tile. A tedi ona móżiła: "Kieb'i mnie djabuł wziuł -
                                                    to tile 'i tile. A prazie w dwunasto godzine w'ifurnół bez konin 'i
                                                    porejtował na niej do drugiej wsi do kowola, a to b'ił jej ojciec. A tygo
                                                    kowala obudził. "Mas chizo wstać, a kónia kowacz". Traz ek kowal widzi, co to
                                                    nie jest kóń a cłowiek, kiedi nak ón chciał kować, to ona w'irzekała. Jek ón
                                                    psierszi góźdź bził, to ten kuń cłeco noge w'iciągnoł. A jek drugi góźdź bził,
                                                    to kapneło kiapke cłecej krsi. Jek trzeci góźdź bził, to wołał ten kuń : " Niłi
                                                    ojce, uz je dóść !". A ten ojciec sie zhrżas (przeraził sie), a kur zapsiał, to
                                                    uz ón musział uchodzić, a una szie stała cłekiem. I djabeł niz on odleciał,
                                                    trszas jo ręko w p'isk, co aż ji psięć palców znacz' b'iło.
                                                    I tedi óna rozum sterała(straciła) i musiała za pół roku zdechnąć. A te żelazo,
                                                    co ojcziec na to nogie robziuł, 'i kur, co zapsioł, to jest w kosz'cziele w
                                                    Szworstine (Schwarzstein)

                                                    Opowiedział Mazanek, wieś Szestno, pow.Mrągowo 1949
                                                    Podobna wersja zanotowana jest na Mazurach przez Toppena pt. 'Karczmarka z
                                                    Nakamad'
                                                  • Gość: tralala Re:Jak diabeł kaczmarkę (2) IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 20.10.05, 20:06
                                                    Szestno to duża wieś tuż za Morągiem. Warto się zatrzymać w drodze do Wielkich
                                                    Jezior Mazurskich.
                                                    'Droga zawiodła nas i do Szestna (Seehesten). W XIV wieku powstał tu krzyżacki
                                                    zamek, z którego do dziś przetrwał tylko fragment ściany skrzydła północnego.
                                                    Na podzamczu znajdował się największy młyn w państwie krzyżackim. W
                                                    bezpośrednim sąsiedztwie zamku lokowano w 1401 roku dzisiejsze Szestno
                                                    (Seehesten). Przywilej lokacyjny wydał ówczesny komtur Bałgi (Balga),
                                                    późniejszy wielki mistrz Ulrich von Jungingen. Właśnie tu, w Szestnie,
                                                    znaleźliśmy absolutną perłę tych stron, a mianowicie przepiękny gotycki kościół
                                                    o prostej bryle z masywną wieżą. Dzięki życzliwości nieżyjącego już pana
                                                    Banasiaka – ówczesnego sołtysa i kościelnego w jednej osobie mogliśmy poznać
                                                    historię kościoła i przyjrzeć się jednolitemu XVII-wiecznemu wnętrzu.
                                                    Jednocześnie okolica jest wyjątkowo piękna - jeziora wśród wysokich wzgórz.'
                                                    (Jacek Cieczkiewicz). Na stronie Jacka Cieczkiewicza znalazłam jeszcze jedną
                                                    arcyciekawą informację, ale poczekam z nią do 1 listopada - bardzo będzie
                                                    pasowała na ten dzień.
                                                  • rita100 Re:Modlitwa o szczęśliwe powieszenie 20.10.05, 21:09
                                                    Przeczytaj to Tralala
                                                    Modlitwa o szczęśliwe powieszenie
                                                    Jene ludzie to z początku sie ożenili i dobrze śwatowali (żyli). Poszli do
                                                    Biesowa na odpust swiętego Antoniego z osiero (świeczką), tlo sami. Jek szli
                                                    bez Wólke, to szli kiele swojego krewnego. To żona móżiła, co pódzie ich
                                                    nażiedzić (odwiedzić), a 'un nie poszed. 'Una tedy móżi:
                                                    "Poczekaj silke (chwilke), ja przyjde". 'Una jek przyszła potem na to mniejsce,
                                                    to onego nie buło. 'Un sie skruł, a 'una woła i płacze, i go nie znalazła i
                                                    przyszła do domu, to go tyz nie buło. Chłop za sile przyszed i krziczał na nio.
                                                    Od tego czasu sie nie zgodzali, sie bzili i tak przeb'ili swoje życie
                                                    niespokojnie. Jeno drugiego nie słuchało. Nareszcie sie przeklinali.
                                                    Tak jenego razu móżił ten chłop do kobziety, żie 'una ma konie poganiać w
                                                    rozwerku (kieracie), 'una krziczała, że 'una tego nie zrobzi. Od ankoru ( od
                                                    gniewu) wzioł nowe lejczyki i chciał sie pożiesić, i założuł na szyje temi
                                                    lejczykami i użiązał do bołka w stodole, i woła : Jezus, Maria, Józef swęty,
                                                    daj mi sie szczesliżie pożiesić !".
                                                    Tak sie te lejczyki zerwali sie. Wzioł po raz drugi zżiązał te lejczyki i po
                                                    raz drugi zawołał to samo, i drugi raz lejczyki rozderli sie. Za trzecim razem
                                                    użiązał i znów to móziuł. W tem czasie przyszed do niego szurek (mały
                                                    chłopiec), a to buł szatan. I móziuł: "Nie mów tak, bracie, mów : "Dioble, weź
                                                    mnie". 'Un już sie nie chciał żięcej żieszać. Tedy sie pare mniesięcy dobrze z
                                                    kobzieto zgodzali. Za jaki czas sie powadżili i poszli na rozwody, tak żyli
                                                    osobno i 'umerli.

                                                    Opowiedziała M.Kensbok, wieś Purda Duża, pow.Olsztyn 1950
                                                  • rita100 Re:Prośba o szczęśliwą śmierć 21.10.05, 21:21
                                                    Prośba o szczęśliwą śmierć
                                                    Jenego razu przyszlo do księdza i w okno bukało, to żiedzioł, co mo do chorego
                                                    jechać. To 'un sie zabroł i parobkiżiu móżiuł, co ma konie zaprząc i pojedo do
                                                    sąsiedniej żioski do chorego. Jek zajechali, to ksiądz sie p'itał, czi tu jest
                                                    kto chory. A ludzie odpożiedali , że tu żadnego chorego katolika nie ma. 'Un
                                                    cofnoł sie do domu i 'un sie zewluk, i 'układ sie, a tu znów buka w okno, że ma
                                                    prędko do chorego jechać. 'Un sie nazad zebrał i znów pojechali do tej samej
                                                    żioski, sie nikogo nie p'itali, tlo pod las do tego gbura poszed, gdzie
                                                    żiedział, że córka sie ożeniła za Mazura, a matka buła katoliczka.
                                                    I zap'itał sie, czy ich matka jest chora, a 'uni mózili, że 'una chodzi, bo
                                                    chcieli naprzód izbe wybzielić, a tedy księdza wziąć. 'Un móził, co poczeka, a
                                                    una niech sie układzie (położy), to jo wysłucha i da komunije, a tedy majo
                                                    skończyć czyszczenie. Jek to kobziete odprażiuł, to 'una umerła i to buł cud
                                                    boski. Tak sie ludzie dziwowali, chto tego księdza zawołał. A to 'una modliła
                                                    sie do świętego Józefa o szczęśliwo godzine śmierci.

                                                    Opowiedziała J.Brzozowska, wieś Purda Duża, pow. Olsztyn 1949r
                                                  • rita100 Re:Prośba o szczęśliwą śmierć 22.10.05, 20:47
                                                    Dwaj bracia
                                                    Było dwóch braciów. Jeden bogaty, a drugi ubogi. Ten bogaty psiuł i bardzo
                                                    niepobożny był. I zachorował, i lezał chory kiele drwi, i potem nie miał
                                                    nikogo, ino litościwse psy były i lizały rany jego u drwi lezącego, i potem
                                                    (bogaty) umer. I ten ubogi ostał zyć.

                                                    Opowiedziała M.Grabowska,Nidzica 1951
                                                  • rita100 Re:Legenda o Świętej Lipce 23.10.05, 20:10
                                                    Legenda o Świętej Lipce
                                                    (1)
                                                    We Śwento Lipce polski król ten klasztor postaziuł. I tedy te Lutry to nie
                                                    kcieli pozwolić tego klasztoru staziać, a tyn pan Luter wegnał 'owce, cieloki i
                                                    kizioki(źrebaki) w to cegłe, co była tam robziona, tam na polach. Ta cegła
                                                    jenoś uschła i teroz jest na chórze we Święto Lipce, i każdy może to
                                                    przekonać - na chórze to znać jeszcze kop'itka (kopytka). Tak poziadali nasze
                                                    prajdziadki, co król polski prziszed co rok do Święto Lipki w dzień Noświętszi
                                                    Panny - drugiego lipca - ale ten odpust, to sie zaczoł dwa niedziele prędzyj na
                                                    swętego Jona.

                                                    Opowiedziała Jasińska, wieś Zabrodzie, pow.Rasząg 1949r
                                                  • rita100 Re:Legenda o Świętej Lipce (2) 25.10.05, 20:43
                                                    (2)
                                                    Świanto Lipka, jak buła tamuj , to tam sia Matka Boska objawiła. To tam ofiary
                                                    szli do Świantej Lipki, to potam zakozali to mniejsce świante. To potam jechał
                                                    taki rycerz, taki duży bogocz na briczce w noc'i, mniał kuczra (furmankę), to z
                                                    dolo widzioł. A ten pon jakiej wiari buł, to tego nie wiam, ale ślep'i buł,
                                                    niewidom'i. To jechali dalej, to ten kuczer (wożnica) to widział z dala
                                                    jasnota, to wzioł i tamu panu powiedał, co tam i tam tako jasnota. To potam ten
                                                    kuczer 'obacził, co tam to buła Matka Boska objaziona na lipce. To potam tan
                                                    pan móził, cob'i doprowadz'ił do tego mniejsca. I jego doprowadz'ił do tego
                                                    mniejsca ten kuczer, i pon przejrżał na oczy. Sia cud mu stoł.

                                                    Opowiedział J.Palmowski, wieś Wygoda, pow.Olsztyn
                                                  • rita100 Re:Cudowny dąb w Wilanowie 26.10.05, 20:07
                                                    Cudowny dąb w Wilanowie
                                                    Podczas ostatniej wojny, jek Mniemcy byli w Polsce, opożiadali pojmańcy: Dąb
                                                    usech, z tego król Sobieski mniół zażiesić tam mniecz. I tak długo ten dąb
                                                    stojał suchy. Mniemce go chcieli sz'cziąć, to z nocy ostoł zieluny i zamnienił
                                                    sie w jabłonke. To buło w marcu 1943 r i na drugi dzień zaczoł krzczeć
                                                    (kwitnąć), a na trzeci dzien mniał już jebka dórzenale. Te jabka buły i
                                                    słodkie, i do jedzenia fejne. I ci ludzie te jebka sami jedli. I Mniemcy tego
                                                    dęba nie ścieli. Z tego ludzie móżili, co cud boski sia stał i że Polska wnet
                                                    powstanie. Bo w tej myśli, żyli, że w 43 roku wojna sie skończy, a że sie nie
                                                    skończyła, to buła ta ukazka. To ludzie byli bardzo pokrzepsione na duchu. Jeno
                                                    do drugiego chodziło i opożiadało. To sia mniało dziać pod Warszawą, pewno w
                                                    Wilanożie.

                                                    Opowiedziała M.Kensbok, wieś Purda Duża, pow.Olsztyn 1948r
                                                  • rita100 Re:Mądry chłop i głupi minister 27.10.05, 19:26
                                                    Mądry chłop i głupi minister
                                                    Za casów dawnych, jek stari Feic królował, jednemu gburoziu sie obrodziły duże
                                                    malony(dynie) i wzioł zawióz we śtery kunie ten malon do tego Frica, i Fric
                                                    przyjoł, i go za gościa otrzymał, i dał mu pospołu jeść z tyni ministrami, i
                                                    sam kole siebie posadził tego gospodzarza (gbura). I ten minister był zli na
                                                    tego gbura, to wziuł taką prszepoziastke poziedział, co u nasiego
                                                    najaśniejszego Frica po obiedzie jeden drugiego w gębe bjije. Tak usykował, ze
                                                    ten b'i Fricoziu w gębe wipaluł, ale niał ten rozum, co ścirżpiał (ścierpiał) i
                                                    nie oddał nikomu. Teroz ze wstydem siedział za stołem, buł cale cicho.
                                                    Jek podpchili, co juz im w głowie zakręciło, kozdy swoje poziedział zagodiwki
                                                    (anegdoty). Teroz ządajo, co ten gbur ma im poziedzieć, a tyn gbur zacoł
                                                    poziedać, co un furmanke z towarem niał ziść (wieść) i pod góre nie móg
                                                    wjechać, co un wtedy musiał zrobzić ?
                                                    Mózili, co musiał zawrócić, to wstał i temu, co mu w gębe wlał, to mu oddał.

                                                    Opowiedział A.Rohn, wieś Jagodne, pow.Pisz. 1950
                                                  • rita100 Re:Diabeł oszukany 28.10.05, 20:07
                                                    Diabeł oszukany
                                                    Diabuł sze stawiuł do jednego gbura. Mówił do nego: "Co będziesz sadził ?" Gbur
                                                    mówi: "Kartofle".
                                                    "No dobrze - mówiuł - ja wezme z u góry", a gbur mówi: "Ja wezme z na dołu". Nó
                                                    i jak kopaczka przyszła, gbur mniał kartofle, a diabuł same łodygi.
                                                    "No - mówi gbur - t'ero - mówi - żyto zasieje, to - mówi - żyto tero wezme z u
                                                    góry, a ty, diable, z na dołu".
                                                    No i go zaznów oszukał.

                                                    Zapisano we wsi Smalonek, pow. Olsztyn
                                                  • rita100 Re:Kamień pod Bisztynkiem 29.10.05, 19:32
                                                    Kamień pod Bisztynkiem
                                                    W Bisztinku buł tak'i ubog'i szewiec i mniał gwołt dzieci. Jek sie te
                                                    najmłodsze 'urodziło, to nie buło w kumotry kogo brać. Ten chłop zasmócony
                                                    poszed do mniasta Bisztinka. Na przedmnesztu, spotkał go pięknie ubran'i młodi
                                                    kawaler (młodziak) i p'itał go, co 'on tak'i zasmucon'i do mniasta
                                                    wchodzi. 'On mu sie poskarżił, żie 'urodziło sie dziecko, a nie ma kogo w
                                                    kumotri brać. "Tlo to mniejsze - odpoziedał mu - w kumotr'i i ja będe i o
                                                    dżiecko będe sie starał, a jek dziecko w'irośnie 'od szkołów, to przijde po
                                                    nego i będzie sie mne należało". Ten chłop z radoścziu poszed do domu swego, do
                                                    żón'i swo'i i pożiedał, żie będzie w kumotri taki piękn'i młodzian i 'on szie
                                                    zgodzieł, że jek w'irośnie dżiecko od szkół do siebie go wezne.
                                                    I w prziszło nedzele b'ili chrzc'iny, i pótek (ojciec chrzesny) zajechał w dwa
                                                    cziarne kone i z dzieckiem do kosz'czoła pojechał do chrsztu. Matka mu imne
                                                    Mn'ichół w'ibrała i go pod 'opieke świętego Mn'ichała ofiarowała. Jek z
                                                    kościoła przijechal'i, to potek żujzoł (ujrzał) dużio pieniędzi. Ten psieniądz
                                                    sziąg (był) do szkołowania dziecka na księdza.
                                                    To dziecko , ten chłopsiec to na szkołach szie bardzo dobże 'ucził, i jek potek
                                                    mnoł do nego prziść, to 'un prazie(prawie) 'odprażił piersziu msziu szwięto.
                                                    A ten potek to buł sam diabeł. I jek szie do mszi obłucził, to diabeł ps'iszed
                                                    po nego i zgodżili sie: n'iż 'on msziu święto skończi, to 'on z tem kamnenem z
                                                    Afriki nazod wróci. Ale ten kamnen buł wielki. A jek ten ksiądz " Ite misa est"
                                                    (zaśpiewał), to sie stał dużi rumot i diabeł ten kamnen cisnął nad przedmneszte
                                                    i mużiuł, wrzeszczioł, keby ne buł Mn'ichoł pedam'i (nogami) durnot (popchał),
                                                    to ja by buł zdojżił. Ten kamnien leżi na dzisi dzeń i pazuri 'od diabła su
                                                    znacz'ne. Opowiedzia prawdziwa.

                                                    Opowiedziała Żmijewska, wieś Stryjewo, pow. Reszel 1949
                                                  • rita100 Re:Kamień pod Bisztynkiem 29.10.05, 20:38
                                                    Ślicznie, wreszcie mamy legendę pokrywającą się ze sobą. Tylko zapomniałas
                                                    dodać , żeby dziś o północy nikt nie dotykał kamienia, bo wskazówki przesuwamy
                                                    do tyłu, więc z życzeniem będą klopoty ;)
                                                  • rita100 Re:Kowal i ksiądz 31.10.05, 21:31
                                                    Kowal i ksiądz
                                                    Jeden ksiądz przysed do kowala, zeby kowal mu jedno robote zrobił. 'On wykonał
                                                    te robote, to zielazo nagrzał i wykuł, jek ksiądz żądał. Jek kowal skońcył te
                                                    robote, rzucił te gorące zielazo na ziemie. Opłacił kowaloju te cene, co on
                                                    ządał i złapał goło ręke esce gorące zielazo, zeby do domu sie wrócić. Popalił
                                                    on sobie ręke, bo te zielazo modre ferbe miało, ale esce było gorunce. Ksiądz
                                                    bieduje teraz, co sobie ręke popalił. Móji kowal: "Jek ksiądz moze takie słabe
                                                    pojęcie mieć, taki słaby rozum mieć ?". Kowal te gorunce zielazo kleszczoma
                                                    trzymał i rzucił na ziem. Kowal woła swojego syna od cterych lat i móji, zeby
                                                    on jemu te zielaza podał. Ten syn plunoł na te zielazo, bez to on zbadał, cy te
                                                    zielazo gorunce jest. Ksiądz popatrzył i móji: "To jes dobre zbadane". A kowal
                                                    móji: "Widzi księdze, kowalski syn jes mądrzejszy jek ksiądz".
                                                    Ksiądz przysed do domu i jego gospodyni jemu objad staja na stół. Ksiądz
                                                    zagląda i mu przyszło do myśli od tego kowalskiego syna. To samo on plunie w te
                                                    zupe, zeby zbadać, cy óna tyz bedzie gorąca. Ale jek ten znak jak na zielazo
                                                    sie pokazał, wzioł ksiądz sporo łizko to gorące, tłusc z góri, z te zupy i
                                                    sparzył sobie język. Ksiądz sie rzucił do kuchni do swojej gospodyni, zeby jo
                                                    w'iwołać, co ona tako gorące zup na stół postaiła.

                                                    Ta gospodyni b'iła z to roboto zajęta, ciepłej wody do nisy do m'icia
                                                    przysykować. Zeby zbadać, co ta woda nie za gorąca jes, wsadziła ona palec w to
                                                    wode i móji do tego księdza: "O panie księdze, ja naprzód zbadam, potem sie
                                                    m'ije". Od tej pory ksiądz do każdej zupy naprzód palec wsadził, zeby zbadać,
                                                    co nie gorunce jes. Temu księdzoju ale nagorzej ten kowal na nerw'i jemu pad,
                                                    co 'on sobie palce popalił u niego. Ji on jemu chce jedno grande zrobzić. Kowal
                                                    ma ładno zonke. Zaprosił ksiądz jego zonke, zeby ona przyszła do niego na
                                                    rozmajane (rozmowę). Ta kobjeta dała sie namójić, kowal zauwazał to, gdzie jego
                                                    zonka jeczorem była. Na drugi dzień jecorem, jak jego zonka do spac'ir sie
                                                    sykuje, poszed kowal przód na te same niesce, gdzie jego zonka przed tem ten
                                                    jeczór z księdzem rozmajała. Na tem niejscu jena duza lipa stojała. Ten kowal
                                                    wlaz na ten sam jerzch tej lipy. Za krótko poro przyszed ksiądz, usiad tam na
                                                    krzesło. Za pare ninut przysła i kowala zónka. Rozmajali na różnych formach.
                                                    Nareszte przysło od bociana na grzesne zajęcie. Jek óny przy tej grzesnej pracy
                                                    byli, móji kowala zonka: "A kiedy co małego bydzie, kto da temu zywność ?"
                                                    Ksiądz móji: "Ten tam w'isoko". A kowal w samej górze: "Ti cholera, ja mam seść
                                                    moich i teraz mam jesce twoje wykarnić ?" I briknoł z samej góry na ob'idwa.

                                                    Opowiedziała Klimaszewska, wieś Kowale, pow.Olecko.
                                                  • rita100 Re:O chłopie co szukał głupszego człowieka od swoj 01.11.05, 22:42
                                                    O chłopie co szukał głupszego człowieka od swojej żony
                                                    A jeden chłop to sie ożienił i miał tako mądro kobziete. Potem sie miała krowa
                                                    ocielić, mówzi chłop do ty kobziety: "Daj baczność na tego cielaka, coby tam te
                                                    drugie bydło go nie zadusiło".
                                                    I ta krowa sie ocieliła i czarnego cielaka miała. I móziła, że to diabeł, i
                                                    kazała go zabzić tego cielaka. I ten parobek go zabził.
                                                    Jek ten gospodarz przyjeżdża i óna wyleciała i mówi, co krowa sie ocieliła i
                                                    diabła miała, i ona go kazała zabzić. Chłop sie rozeźlił i mowi: " Toś ty ale
                                                    niemądra kobzieta. Póde sobie, jak znajde głupsiejszo od ciebie, to ci daruje,
                                                    a jak nie znajde - to cie zabzije". I sobie poszed na te wędrówke tamój.
                                                    Przychodzi do jednej wioski, wszed do jednego domu, zachciało mu sie pić. I
                                                    jedna kobieta tam uszyła koszule dla chłopa i nie zrobiła tej dziury w góry. To
                                                    jak worek, oblekła na tego chłopa i wzieła kijanki, i to kijanko go po głowie
                                                    waliła, i chciała mu zrobić dziure w tej koszuli. A ten wtedy, co tam przysed,
                                                    przyglunda sie, co óna tam robzi i mówi: " Daj pokój, bo chłopa zabijesz".
                                                    Wzioł noża, wyrżnął dziure i chlop oblek koszule. I mówi: "Użem jedno
                                                    głupiejszo znoloz, jeszcze głupiejszo jak moja." I poszed dalej tedy.
                                                    cdn
                                                    Przychodzi do drugiej wioski, tam chłop prowadzi wołu po drabce na dach, coby
                                                    te trawe tam zjad. I mowi do niego: " Chłopie, co ty robisz ? Wół spadnie i
                                                    głowe sobie rozbije, abo go udazisz. Daj kosy, to ci trawe zetne i wół te trawe
                                                    zje". I już drugiego głupsiejszego ma nad te swoje żone. To sobie tak zawsze
                                                    liczył.
                                                    Jeszcze szed dalej, jeszcze do jednej wioski przyszed. I kobieta słonko sitkiem
                                                    łapała i nosiła do mieszkania, bo nie było okien w mieszkaniu. Takie
                                                    pobudowali. To potem mówi: " Kobieto, co ty robisz ?". "Dom pobudowalim, i
                                                    ciemno mam. To słonko łapam i nosze do izby, coby widno było". I mówi: "Daj
                                                    świdra, zagi (piłę)!". I wyrżnoł w tym dómu dwa dziury, i już wtedy był widok,
                                                    słonko świeciło, widno było. Mówi wtedy: "No, użem trzecio głupsiejszo ot mojej
                                                    żony znalaz".
                                                    Wtedy wrócił do domu i oboje światowali dalej dobrzie.

                                                    Opowiedział Jaworowski, wieś Opalenice, pow. Szczytno 1950
                                                  • rita100 Re:Dlaczego pioruny w kuźnie nie biją 02.11.05, 22:05
                                                    Dlaczego pioruny w kuźnie nie biją
                                                    Diabeł przysed do kowala i za niem grzmota (burza) sła. Jek on zased do kuźni
                                                    sie pyta kowala: "A gdzie dyndatysta (dentysta) jest ?" Kowal sie pyta: "W
                                                    jakiej spraje (sprawie) ? Diabeł móji jemu: "Zumb boli". A kowal
                                                    móji: "Dyndatysta jest chory". Diabuł do tego móji, zeby kowal mu ten zumb
                                                    wycioł. Kowal zaglądnoł na ten zumb, ten był strasnie długi i gruby. Kazał jemu
                                                    głowe z tyn ząbem do szrubsztaka (imadła) położyć. Zakręcił jemu ten ząb w
                                                    szrubszrubsztak i nagrzał grube żelazo w ogniu. Przi cziasie tem plunoł kowal
                                                    na kowadło, wzioł te napalone żelazo, położył na te niejsce, gdzie ón plunoł, i
                                                    śtuknoł młotem na to. To dało taki wybuch, jakby torpedowa bomba pękła. W tem
                                                    samem momencie trącił 'ón tem gorącem żielazem diabłoju do nosa. Ten szie zląk,
                                                    briknoł do tyłu i wyrwał ten ząb. Uciek sporo z te kuźni i od tej pory zadny
                                                    diabeł sie nie pokazał w kuźni, i esce nie słychać, zeby pchiorun w kuźnie
                                                    uderzył.

                                                    Opowiedział Filipkowski, wieś Kowale, pow. Olecko.
                                                  • rita100 Re:O szewcu, co mu kozę zamienili 03.11.05, 21:05
                                                    O szewcu, co mu kozę zamienili
                                                    To była jenna rodzina, był szewc. Oni nieli ni krowy, ni kozy. Pare grosy
                                                    uśperowali na ono koze i posed szewc na targ koze kupać. Ledwo na targ przised,
                                                    to zara napotkał dicht (zupełnie) bzieluchno koze i to bziało koze kupsił. Ji
                                                    jek z powrotem z nio szed, to wstąpił do sklepu na psiwo. Ji tam sie troche
                                                    pobawził, a ten skleparz mniał to samo koze, ino buł kozioł. A był taki
                                                    figlarz, to mu prędko odmienił to koze, wzioł jo do chlewa, a postawił kozła
                                                    swojego.
                                                    A ten szewc potem posed do dom z ono kozo, a to uz był kozioł, nie ? Wstąpił na
                                                    swoje podwórze, woła swojej matki : "Pódź prędko dój, bo koza az becy z
                                                    mlekiem". Matka przyleciała z duzym garkiem i chce doić. " Toć to kozioł,
                                                    patrzta dzieci" - mówi. Dopsiero sie szewc zasmucił, co to sie zrobziło. "To
                                                    nie, ino mnie ten skleparz ten figiel stworzył". Koza na prowóz i z powrotem do
                                                    skleparza, i ten go odmienił, i dał mu swojo koze.

                                                    Opowiedział Widowski, wieś Wierzbowe, pow. Nidzica.
                                                  • rita100 Re:Ja to sam zrobiłem 04.11.05, 20:58
                                                    Ja to sam zrobiłem
                                                    Jeden kowal posed do jenego gospodarza na gościne. Jak un zased do gospodarza,
                                                    gospodarz pokazuje cały jego zywy i niezywy inwenar. Zaprowadził jego do
                                                    chlewa, ładnie usykowane dlia b'idła i dobre b'idło stojało w chlewie. Ten
                                                    gospodarz chciał sie pochwalić do tego kowala i mówi tym słowem: "To ja wsio
                                                    sam zrobił". Gospodarza zonka troche scerwieniała, ale przi kowalu nic nie
                                                    mówiła.
                                                    Gospodarz prowadzi kowala do chaty, zeby tam swojo ładne robote pokazać. Jak
                                                    one we trzi przez podwórko idom, woła zonka gospodarza trocha na bok i móji tem
                                                    słowem: "Ty warjatu, to ty w chlewie wsio sam zrobił ?" Gospodarz se zląk i
                                                    szie p'ita żonke, jek un ma mówić. A zonka móji: "To dałeś zrobić".
                                                    Zaprowadził gospodarz kowala do pokojku, tam b'iło wsio ładne uszikowane. Ładne
                                                    meble b'ili, w drugim ładne łózka b'ili. Od tego drugiego pokejku zaprowadził
                                                    do kuchni. Tam b'iło także ładne uszikowano. W tej kuchni b'iło osiem dzieciów,
                                                    małych dzieciów. Gospodarz pokazuje rękom koło sziebie i móji tym słowem: "To
                                                    ja wsio dał zrobić".

                                                    Opowiedzieli A.Klimaszewski i Filipkowski, wieś Kowale, pow. Olecko - 1949

                                                    ps - Doskonały ten dospodarz sam wszystko zrobił w chlewiku, a w domu kto inny
                                                    zrobił, czyli po naszemu dał pracę innym, czyli zlecił robote ;)))))
                                                    Gospodarz zrobił dobre bydło w chlewie , a w swoim domu zrobili mu inni ;))))
                                                  • rita100 Re:Jak chłop kupca oszukał 07.11.05, 20:33
                                                    Jak chłop kupca oszukał
                                                    Jek desc pado, to gospodarze mają zięcej czasu. Pojechał do miasta gospodarz, w
                                                    mieście fest padało to wlaz do sklepu i sie p'itał potem ten kupiec, co onemu
                                                    potrzeba. A gospodarz pozieda: "To, co mnie potrzeba, to pan ni ma". A ten
                                                    kupsiec mówi: "Ja mam wszistko, co panu ino potrzeba. O co zakład ?" "O
                                                    dwdzieścia marek". Jek sie załozyli o dwadzieścia marek, to pan sie p'ita tego
                                                    gospodarza, co panu potrzeba. A gospodarz mówi: "Okulary dla mojego wołu". I
                                                    kupsiec przegrał, bo móził, że takich rzeczy n'i ma, i musiał mu dwadzieścia
                                                    marek dać.
                                                    I kupcu było za to złosno, i telefonował do swojego kolegi na drugo strone
                                                    miasta, ze: "Tu taki gospodarz przised i mi dwadzieścia marek wymanił". I
                                                    poziedywał swojemu kolegowi przez telefon te sprawe. Mówi do swojego
                                                    kolegi: "Zrób to dla tego woła okulary". Bo ten kupsiec to myśliwoł, ze
                                                    naprawde ten gospodarz te okulary dla woła potrzebuje. "To ja tego gospodarza
                                                    do ciebie przyśle i załóż ty sie z nim o piędziesiąt marek, to mi te
                                                    dwadzieścia marek oddasz, a trzydzieści zarobjisz".
                                                    cdn
                                                    Jak myślisz Tralala - napewno te kupce to byli Żydzi, bo nikt by tego czegoś
                                                    nie wymyślił, ale bądź spokojna, gospodarz okazał się lepszy i sprytniejsi , a
                                                    jak to zrobił w następnej części sie dowiesz ;))
                                                    cdn
                                                  • rita100 Re:Jak chłop kupca oszukał 08.11.05, 20:27
                                                    dc
                                                    Jek ten kupsiec z tym kolego odgadali, tak przysed nazad do składu i
                                                    gospodarzoziu móził: "Jo tych specjalnych rzecy ni mom, ale tamten ten drugi
                                                    kupsiec na tej drugiej stronie niasta ma szpecjalne rzecy, to będzie miał i
                                                    okulary dla woła".
                                                    I ten gospodarz poszed do tego składu, gdzie go ten kupsiec posłał. Jek ten
                                                    gospodarz wlaz, wstąpsił do tego składu, to sie ten drugi kupsiec p'itał: "Co
                                                    panu potrzeba ?". A ten gospodarz mózi: "Co mnie potrzeba, to pan tego ni ma".
                                                    A kupsiec mózi: "Ja wszistko mam, co panu ino potrzeba". Bo pewny był, ze
                                                    gospodarz będzie okulary dla woła żądał. Ale gospodarz mózi: "Tego, co mnie
                                                    potrzeba, pan ni ma". Kupiec mówzi: "O co zakład ? O piędziesiąt marek, ja
                                                    wszistko mam, co panu potrzeba."
                                                    I gospodarz sie założył z kupcem i kupiec sie dalej pyta: "Co panu potrzeba ?"
                                                    A gospodarz mówził: "Kamaszki dla mojego kanarka". I przegrał kupsiec, bo
                                                    mówi: "Takich rzecy nie mam" i musiał dać gospodarzowi psiędziesią marek.
                                                    Ale to, pani, nie je zadna bajka, to je cysta prawda. I kupce - kolegi sie oba
                                                    powadzili o swoje psieniądze, a gospodzarz sie śmiał, bo siedemdziesią marek
                                                    wygrał.

                                                    Opowiedział Zalk, wieś Gardyny, pow. Nidzica.
                                                    Przyznasz Tralala, ze świetna anegdotka.
                                                  • Gość: tralala Re:Jak chłop kupca oszukał IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 08.11.05, 20:52
                                                    1 sierpnia 1894 roku Gazeta Olsztyńska doniosła: 'Szewc Rippert z Lidzperka
                                                    skoczył z niewytłumaczonych powodów przy moście w ulicy prostej do rzeki.
                                                    Mistrz garncarski Fischer skoczył za nim, wyciagnął go z wody i odstawił na
                                                    odwach policyjny.'
                                                    Z niewytłumaczonych powodów? Zapewne bezskutecznie usiłował uszyć kamaszki dla
                                                    kanarka :)
                                                  • rita100 Re:Rozmowa głuchych 10.11.05, 20:18
                                                    To u nas kiedyjści rogac (grządziel od pługa) buł. Oracoju (temu oraczowi) szie
                                                    ten rogac złamał i on poszed - tam niedaleko las był - w'isukać tego rogaca 'i
                                                    w'ikopać, w'isukać takie jeglaskie (świerkowe). To jak on tam w leszie kopchie,
                                                    przised lesz'nik do niego i powieda: " Scynść Boze, chłopie". A on mówi: "Ja tu
                                                    rogac kopchie". A lesznik teraz mówji: "A chto ci tu kazał ?", juz szimpuje
                                                    (wymyśla) na niego. A ten gospodarz pojedział: "Chocz koszlawy, obcziesawszy
                                                    bedzie dobry rogacz". A teraz ten leśnik: "Cyś ti głuch, cy on nie słyszy?...,
                                                    bo on mu źle odpozieduwał. A tyn mówi: " Co to, to nas było dwóch: owten posed
                                                    drugiego rogaca sukać". No i jek ten posed drugiego chłopa sukać, to tyn
                                                    wykopał tygo rogaca i posed, zginoł.

                                                    Opowiedział J.Pukrop, Olecko.

                                                    Nic , kompletnie nic z tej anegdoty nie rozumię , jest za trudne i za
                                                    skomplikowane :)
                                                  • rita100 Re:Kłamstwo nad kłamstwami 11.11.05, 20:47
                                                    Kłamstwo nad kłamstwami
                                                    1. Jak się dwóch machlarzy (oszustów) założyło.
                                                    Jeden machlorz buł nawiększim machlorziem i prosił większiego machlorza do sie
                                                    jek 'on. Tak znalaz sie jeden machlorz' i zrobili umowe, żeb'i ten, kto móg
                                                    lepsi machlować, 'otrzima dwadzieścia psięć talarów, a gdi nie będzie
                                                    móg, 'otrzima dwadzieścia psięć karbacziów (batów). "Ale ty musisz mózić zawdi:
                                                    prawda" - powiedzioł do tego piersziego - a jek nieprawda to prziegra.
                                                    "W godim buł w kościele, to buło świętego Sztefana, co święcó owies. Ksiądz
                                                    święcił owies i 'on jeno ziarno wzioł do kieszeni. Prziszietem do dom, zasiałem
                                                    go do 'ogroda. Na trzeci dzień poszietem patrzieć, jek ten 'ozies 'uros.
                                                    Ten 'ozies juz' 'uros az' do niebios. Ab'i zobaczić, czi 'on jest już
                                                    dorzeniali wszietem po słome az' do góri i siegnołem ręko do nieba. Wstąpił do
                                                    nieba i po'oglundał wszistkie niebieskie dobra. Tedi wrócił nazad do do ti
                                                    duri. A, coż takiego ! Owies buł ścięti, w'imłócon'i i pod tu juro leżiała kupa
                                                    plew. Tak brałem te plew'i i kręcił prowóz i spusz'czioł sie po tam prowozie i
                                                    przikruncoł do dołu. Gdi sie plew'i skończili, spadłem do ziemi i 'utchnuł w
                                                    błoto, aż' do brzucha, i nie mókem sie w'idobić. Poszietem po łopate, im
                                                    sie 'odkopał, im szied do domu, pode drogo spotkoł me wielki desz'cz. Uchronić
                                                    sie 'od desz'cziu poszetem po kapelusz' jenego pastucha, któri pas św'inie. I w
                                                    tem za'uważułem, żie ten pastorz', któri św'inie pas, buł pana "ojciec".
                                                    Tu 'uderził go ten machlorz' w twarz' i powiedzioł, żie to nie prawda. Tak
                                                    zebroł ten machlorz' dwadzieścia pjęć talarów nadgrodi i schował do kieszeni.

                                                    Opowiedział Trepman, wieś Bredynek, pow. Reszel
                                                  • rita100 Re:Ksiądz i machlarz(oszust) 12.11.05, 20:59
                                                    Ksiądz i machlarz(oszust)
                                                    Ksiundz był w jenej wsi i tamuj b'ił machlarz.
                                                    Co stumpsił, to zelgał(skłamał).
                                                    Mózi ten ksiundz: "Moze byście mi co zelgali". Móżi: "Ja nie mam casu, bo na
                                                    owtem (tamtym) brzegu to przyjechał jeden z węgorzani, daje na ziertelek
                                                    (ćwiartkę) gryki ziertelek węgorzu." I chizo (szybko) do domu posed i swojej
                                                    gospodyni dał ziertelek gryki i mniała tych węgorzów przynieść. Ta gospodyni
                                                    posła, z to griku na owten brzyg i suka tych wyngozów, nie moze naleść ich.
                                                    Posła sie ludzi pytać, cy tu buł taki z wyngorzani. Te ludzie poziedzieli, ze
                                                    tego tu handlarza nie było, i tu pospodyni i tego księdza wyśnieli do
                                                    zmachlowania.

                                                    Opowiedział Rohn, wieś Jagodne, pow. Pisz 1949r
                                                  • rita100 Re:Podróż z nieba na ziemię 13.11.05, 20:52
                                                    Podróż z nieba na ziemię
                                                    Zułem tu na tym szwieczie aż do ty pory i nie udało mi szie dali na tym
                                                    szwieczie tu. Rozmajiczie-m probował, poszetem do wojska i znowu dalej do
                                                    fabryków, i tak inne niejsce, ale wszyndzie jedno i to samo. Takiem prziesziad
                                                    w drugo klase i pojechał do Ps'iotra. Pszioter me zaraz przyjuł, bo on lubziuł
                                                    starych oficerów i wojaków, i oprowadzał mnie w niebzie, i pokaziwał swoje
                                                    bogactwa, budinki i zaale (sale). Mnie to szie wszisko mocno udało i jakis cas
                                                    tis-em witrzimał. Ale, jak to taki stary żołnirz lubzi co jakiś czas zmniane,
                                                    tak i ze mnu.
                                                    Poset-em nazad do Psziotra i-m go prosił, cob'i mnie nazad na zienie spuszciuł,
                                                    bo ni szie tu w niebzie prszikrzi. Mózi un do mnie: "Cłozieku, jak cziebzie tu
                                                    tera zwale, połaniesz człunki, zabzijesz sie i nazad do mnie przidzies". Ale ja
                                                    nie prszestał, ino-m go serdecnie peosził, cob'i on jakoś skombinował mnie na
                                                    zienie spiszczić. Jedno raz uwazuł un mnie za pająka zrobzić i mózi: "Rób
                                                    sobzie pajęc'ine i spuscaj szie coraz nizy, az na żienie. Jeżieli na dobro
                                                    żienie traszisz, to będziesz znowu cłożiekiem". Tak ja zaro moje złazenie
                                                    rozpocuł i radosznie coraz bliżej na zienie. Jedno raz może jakieś
                                                    psziędzieziąt metrów do żini, bo ja mam zięcy pajęc'iny w brzuchu i nie moge do
                                                    żieni szięgnuńć. Takiem jesce ostatniu mocu dłabżiuł, co b'i to reszte z
                                                    brzucha wydłabzić, coby szięgnąć do zieni. I w tym razie odecknuł (odetchłem),
                                                    bo mnie szie ino szniło toto.

                                                    Opowiedział G.Kipar, wieś Jabłonka, pow.Nidzica 1950
                                                  • rita100 Re:Wilk na pokucie 14.11.05, 20:32
                                                    Wilk na pokucie
                                                    Dziane cepy zidłami, a groch młocili w gaju, zjad zając kobyła siedzący na
                                                    dunaju. To trzista Turków 'utunuło, jak bez ta krew jechali, wylęgło sie słunie
                                                    pod ławą. W kundzieli kotka masło szenkuje, a ćwyrć muchi 'ogana. U
                                                    jednego 'ojca pod 'oknam 'okociła sia sikora, mnała tys'inc sietymdziesiunt i
                                                    sietym młodych; z tych jedan był ksiandzem i słuchał spoziedzi pod lipowem
                                                    mostam.
                                                    Prziszło zilczysko, sia spoziedało, że w poście sto piandziesiąt sw'ini
                                                    pozierlo, a ksiundz móził: "Tak wiele ?" "A i ciele !" Za pokuta wsadz'ił mu
                                                    ksiundz 'obręc na dupa. Z'ilcysko skauczi i jęczi, ma dupa w obręczy.

                                                    Zapisano we wsi Brąswald, pow.Olsztyn 1948r
                                                  • rita100 Re:Podróż z nieba na ziemię 16.11.05, 21:42
                                                    Podróż z nieba na ziemię
                                                    Zułem tu na tym szwieczie aż do ty pory i nie udało mi szie dali na tym
                                                    szwieczie tu. Rozmajiczie-m probował, poszetem do wojska i znowu dalej do
                                                    fabryków, i tak inne niejsce, ale wszyndzie jedno i to samo. Takiem prziesziad
                                                    w drugo klase i pojechał do Ps'iotra. Pszioter me zaraz przyjuł, bo on lubziuł
                                                    starych oficerów i wojaków, i oprowadzał mnie w niebzie, i pokaziwał swoje
                                                    bogactwa, budinki i zaale (sale). Mnie to szie wszisko mocno udało i jakis cas
                                                    tis-em witrzimał. Ale, jak to taki stary żołnirz lubzi co jakiś czas zmniane,
                                                    tak i ze mnu.
                                                    Poset-em nazad do Psziotra i-m go prosił, cob'i mnie nazad na zienie spuszciuł,
                                                    bo ni szie tu w niebzie prszikrzi. Mózi un do mnie: "Cłozieku, jak cziebzie tu
                                                    tera zwale, połaniesz człunki, zabzijesz sie i nazad do mnie przidzies". Ale ja
                                                    nie prszestał, ino-m go serdecnie peosził, cob'i on jakoś skombinował mnie na
                                                    zienie spiszczić. Jedno raz uwazuł un mnie za pająka zrobzić i mózi: "Rób
                                                    sobzie pajęc'ine i spuscaj szie coraz nizy, az na żienie. Jeżieli na dobro
                                                    żienie traszisz, to będziesz znowu cłożiekiem". Tak ja zaro moje złazenie
                                                    rozpocuł i radosznie coraz bliżej na zienie. Jedno raz może jakieś
                                                    psziędzieziąt metrów do żini, bo ja mam zięcy pajęc'iny w brzuchu i nie moge do
                                                    żieni szięgnuńć. Takiem jesce ostatniu mocu dłabżiuł, co b'i to reszte z
                                                    brzucha wydłabzić, coby szięgnąć do zieni. I w tym razie odecknuł (odetchłem),
                                                    bo mnie szie ino szniło toto.

                                                    Opowiedział G.Kipar, wieś Jabłonka, pow.Nidzica 1950
                                                  • rita100 Re:Wilk na pokucie 17.11.05, 21:14
                                                    Wilk na pokucie
                                                    Dziane cepy zidłami, a groch młocili w gaju, zjad zając kobyła siedzący na
                                                    dunaju. To trzista Turków 'utunuło, jak bez ta krew jechali, wylęgło sie słunie
                                                    pod ławą. W kundzieli kotka masło szenkuje, a ćwyrć muchi 'ogana.
                                                    U jednego 'ojca pod 'oknam 'okociła sia sikora, mnała tys'inc sietymdziesiunt i
                                                    sietym młodych; z tych jedan był ksiandzem i słuchał spoziedzi pod lipowem
                                                    mostam.
                                                    Prziszło zilczysko, sia spoziedało, że w poście sto piandziesiąt sw'ini
                                                    pozierlo, a ksiundz móził: "Tak wiele ?" "A i ciele !" Za pokuta wsadz'ił mu
                                                    ksiundz 'obręc na dupa. Z'ilcysko skauczi i jęczi, ma dupa w obręczy.

                                                    Zapisano we wsi Brąswald, pow.Olsztyn 1948r

                                                    Ale fantastyczne kłamstwa ;))))
                                                  • rita100 Re:O Panu Bogu i diable 18.11.05, 20:28
                                                    O Panu Bogu i diable
                                                    Sie spotkał Pan Bóg z diabłem, z ciartem - jak to sie mowi przyjemnie.
                                                    "Dzień dobry, Panie Boże", mowhi. "Dzień dobry, diable ciarcie". Ciart
                                                    mowzi: "Prosie Pana Boga, jak to przydzie, to tobzie mowie - Panie - a ty mnie
                                                    ino prosto, tylko - ty ciarcie". Pan Bóg mu odpowhiedział: "Przecież jo Pan,
                                                    ludziom dał nauke dobro, a ty, ciorcie, zawszie zle broisz, to nawet na ciebhie
                                                    nie mogo ludzie patrzyć". Tak szli dalej i sobje rozmowjali.
                                                    Kele porowy (tak kele szluchty)(wąwozu) chodziła krowa i jadła. I ciort
                                                    mowhi: "Obaczym, jak te stworzenia sie na nas stawhi, nie ?" Pan Bóg
                                                    mowhi, "Ciorcie, idź do ty krowy - obac'imy, co ona z tobo zrobji".
                                                    Jak ciort sie krowie przybliżuł, krowa rogi nastawhiła, go chciała bóść.
                                                    No Pan Bóg mowhi: "Widzisz, cziorcie - razu krowa cie nie lubhi".
                                                    Ciort na to odpowiedział: "Panie Boże - idź no ty do krowy, jo ciekawy, co ona
                                                    z tobo zrobhi".
                                                    Jak sie Pan Bóg przybliżuł, krowie sie rozjaśniło, zlękła sie i skoczyła w
                                                    porowe (wąwóz) w dół. W dole wpadła we wode, nawet w torfniok i ni mogła wyleźć.
                                                    Ciort mowi na to : "Widzisz, Panie Bożie, coś ty porobjuł".
                                                    Pastuch od ty krowy widział, poleciał do domu powjedać. Gospodarz przyszed,
                                                    patrzuł, patrzuł i mowhi: "Jaki czort jo tutaj wnios ?"
                                                    Cziort mowhi: "Wiedzisz, Panie Boże - tyś to zbrojuł, a na mnie krzico".
                                                    Gospodarz od krowy polecioł po pomoc, bo sam nie doł rady, żeby ono krowe
                                                    wyzwoleć. Siusiedy przyśli pomagając mu krowe wyciógać, nie mogli ale równak
                                                    redzić..(jednak radzą)
                                                    Tak mowi ciort: "Toć to sie mowi - ciort mocny", poszed i'em pomok i siusiedzi
                                                    na to dziękowali, mówili: "Dzięka Bogu, co nam pomóg".
                                                    Tak on ciort mówhiuł: "Panie Bożie, ja pomogoł, tobie dziękujo, ale odpuść tu
                                                    tym ludziam, bo one nie wiedzo, co czynio".

                                                    Opowiedział Wajnert, wieś Ornowo, pow. Ostróda 1950
                                                  • rita100 Re:Pustelnik i niewiasta 20.11.05, 18:15
                                                    Pustelnik i niewiasta
                                                    Jedyn pustelnik chcioł iść do miasta. Prosziuł Boga całą noc, coby niewiasty
                                                    nie spotkał. Ale jek szie w'iszed z lasa, uż widzi, mu kobieta idzie mu
                                                    naprzeczko. "Ali" mózi, jek doszli do siebie i 'sie zeszli. Ten pustelniczysko
                                                    mniał długie włosy i brode tako długo. I ta niewiasta, jak sie spotkali, to
                                                    patrzyła na niego, a 'un mózouł: "Co tak patrzysz na mnie ?" A 'una
                                                    odpoziadała: "Ja moge na ciebie patrzyć, bo ja pochodze z ciebzie, a ti
                                                    pochodzisz z ziemn'i, to patrz w ziemnie".

                                                    Opowiedział Tyziak, wieś Rasząg, pow. Reszel, 1950
                                                  • rita100 Re:Kobieca próżność 22.11.05, 21:09
                                                    Kobieca próżność
                                                    Jena kobieta.. to sobie dała żark (trumne) uszykować i już obleczenie mniała do
                                                    tego. I ony tak prziszło do miśli, żeby ten żark zdjąć, i postawiła go prosto
                                                    szpigla (lustra). Ubrała szia w tan ubiór i położuła szia w tan żark i w
                                                    szpigel patrzy, jek ji to wszystko pasuje, i szia sznieje. Jeno raz dźwierze
                                                    szie roztwarzajo, idzie wędrowni. Miał reizetarze (torbę podróżną) w ręku,
                                                    postawił ich na izba i dźwierze zamykać chce. Jeno raz mu sie spojrzyć, co
                                                    umarła siedzi w żarku, zatrza dźwirze i ucieka do drugiego gospodarza.
                                                    Powiada: "Pódźcie, pódźcie, bo umarła wstała !" On'i mówio: "Toć nikt nie umer
                                                    tu". "Ja mój towar wszystk-em tam ostawił". Przyjdu tam do ni, szedzi i sza
                                                    szmnieje: "Ja tlo chcziałam przimnierzyć, jek ja banda w'iglądać po śnierci". I
                                                    szie stało.

                                                    Opowiedział Jędrzejewski, wieś Nowe Butryny, pow.Olsztyn 1949
                                                  • rita100 Re:Jak chłop listonosza wystraszył 23.11.05, 20:44
                                                    Jak chłop listonosza wystraszył
                                                    Po trumne jechoł gospodarz': jeden drugiego wyrasziuł (przestrzegał).
                                                    Jeden gospodarz' jechał. Pode drogo padał desz'cz', spotkał go młodzieniec -
                                                    gospodarzia - i prosił z sobo jechać, tak go wziuł i kazoł mu do trumny wliźć
                                                    podług desz'cziu. Tak jechał kawał dali i trafiuł go listonosz' i go wołoł,
                                                    wołoł gospodarzia, aby go ze sobo wziuł. Wziuł go ze sobo i kazoł mu sie usiąść
                                                    na trumnie, i jado dali. Temu drugiemu, co w trumnie leżioł buł, zdawało mu sie
                                                    długo dos'ić jado, trumne do góry podnosił, chciał 'uchylić - podług desz'cziu
                                                    padania. Tak dopiero ten listonosz' sie bar'zo przielunk, na ty trumnie co
                                                    siedziuł. Skocził z woza z ty trun'i, bar'zo sie potłuk i m'iślał, zie ten
                                                    zmarli za niem leci. Pogubził swój psiejądz ludzki - trzi tigodnie pozostał
                                                    chori 'od przieraszienia.

                                                    Opowiedział Jabłonowski 1950
                                                  • Gość: tralala Re:Wilk na pokucie IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 23.11.05, 21:22
                                                    hehe, czytam tę bajkę po raz drugi i z podziwu wyjść nie mogę. Pure nonsense:
                                                    groch młocili, zając zjadł kobyłę, trzystu Turków się utopiło, słonie pod ławą
                                                    się wylęgły. A co kotka z masłem robi - szenkuje? sikorka się okociła i miała
                                                    77 młodych, a jedno z nich zostało księdzem! Biedne zilczysko, tylko czemu ta
                                                    obręcz na dupa dostał, a nie na gęba, żeby cieląt nie pożerał.
                                                  • rita100 Re:Drzewo krzyża 24.11.05, 19:57
                                                    Bajki podaniowe
                                                    Drzewo krzyża
                                                    Adam stworzuny buł na pocuntku śwata i zuł dziewięcet trzydzieści lat i nigdy
                                                    nie chorował. A jek zachorzał, to posłał swego syna do rajskiego ogroda, coby
                                                    dostał oleju zywota, bo jego ociec jest chory. I ten syn sed i tego anioła
                                                    prosiuł, az płakał, coby dostał. "Poprzestań płakać, tego nie dostąpis, ale ja
                                                    ci dam trzy ziarna i obsadzis na mogile ojcowo i jek urosno te rózgi na tej
                                                    mogile, to jena pójdzie w liwo, a druga w prawo, a trzecia do góry w'irośnie.
                                                    To na tym drzewie urośnie taki 'owoc, co "olejkiem pomaze swego ojca i
                                                    wszystkich wierzuncych".
                                                    To jek Salamon budował kościół w Jerozolimie, to to drzewo było ścinte. Ale
                                                    rzemieśniki nie mogli tego drzewa do nicego brukować (potrzebować) i ostało
                                                    lezeć. To jek Salamon pobudował kościół, to buło połozono popod cedru do
                                                    przechodu. I jak królowa Sab'i przyjechała mądrość oglądać Salomonowo, to
                                                    mówziła: "Przeniesłeś tą sławe", i szli. Krol przesed przez te kładź, a ta
                                                    królowa Sab'i nogie chciała postawić na to kładź, to sie zaruchniło (poruszyło)
                                                    to drzewo. Teraz mówi: "To drzywo jest święte, to przyjdzie ten cas, swojego
                                                    Mesyjosa ukrzyzują na niem". I wrzucił i była ta kładź utopiona w Betsedzie.
                                                    Tam anioł chodził i porusył tu wode. Kto piersy stąpił po tem aniele...Ale
                                                    przysła ta godzina, co ta sadzowka zarosła. i wyc'iścili ju i to drzewo
                                                    naleźli. Jek Pan Jezus był ukrzyżowany, to do większej hańby to szpetne drzewo
                                                    było dano Panu Jezusoziu.

                                                    Opowiedział A. Rohn, wieś Jagodno, pow. Pisz 1950
                                                  • rita100 Re:Jak diabeł kozę stworzył 25.11.05, 20:10
                                                    Jak diabeł kozę stworzył
                                                    Pon Bóg nastwarzał 'owoców, a Abel pasoł. A diabeł zidział, chodził na
                                                    przyględy, sie mu prziględał, jek zawraca (owce), tak on chciał go podkusić,
                                                    ale nie podkusił Abla, tlo Kajna. Udały mu sie jego ablowe oziecki, tak sie
                                                    zwrócił z duzym pędem i z duzo prośbo do Pana Boga, aby Pan Bóg mu pozwolił
                                                    tiakżeż 'owieczke stworzyć. Pon Bóg zezwolił mu na te stworzonko, coby jego
                                                    utworzeć, ale nie owieczke, tlo chudo koze. Jek diabeł uformował koze, to z
                                                    długiem ogonem i z rogoma. Jek stworzył , tak sie jej naprziglądał i jo prosił,
                                                    coby wstała i żerła i chodziła. A jek jo stworzył, tak sie połoz'iła i leżała,
                                                    wstać nie chciała. Tak sie zwrócił znowu z prośbo do Pona Boga i oskarżał koze,
                                                    że mu nie chce posłuszeństwa wypełnić. Tak Pan Bóg sie użalił i lekarstwa
                                                    użicził: "Tilko, mówi, na mój rozkaz ma wstać, to będzie żerła i chodziła".
                                                    Diabeł chciał nasiać przed koze żiwności, cob'i koze w'iżiwieć, to wiki i
                                                    kąkolu. Jak to w'ipowiedział Panu Bogu, to Pon Bóg mówi: "Za szkoda je". Jak
                                                    leciał i chciał mówić: "Na mój rozkaz wstań, już masz żercie, to będziesz
                                                    żerła". Jak lecioł z pędem, to pod'i wtem zabac'ił. Sie cofnoł i Pon Bóg
                                                    mu 'odwróc'ił nie wike, ale oset i kąkol. Tak diabeł koze wzioł, a ma wstać i
                                                    zreć, bo jej nasiał futru (pożywienia), i krziczi: "Na mój rozkaz wstań". Tak
                                                    Pon Bóg go posłał i rozkazał mu, co ma mówić: na Bozi rozkaz ma wstać. Koza
                                                    usłuchała: "Na Bozi rozkaz" to z dużem pędem wstała i derła do pożiwienia, do
                                                    ostu. A diabeł chciał jo zatrzimać i sie przijrzić jeszcze. To jó złapsił,
                                                    schwyc'ił za ogón, az ji zerwał ogón. Ji koza ma udręcenie, bo nie może przed
                                                    owatoma (owadami) , muchoma ognać, bo jej dużo szkode w'itworził.

                                                    Zapisano w Szczytnie 1948
                                                  • rita100 Re:Jak diabeł kozę stworzył 26.11.05, 20:48
                                                    Dlaczego koń jest zawsze głodny
                                                    Pan Bóg sed i buł wół i k'oń. I Pan Bóg prszised do konia i mu mówił, co ma z
                                                    nim prszez wode peszepłinąć, i koń móhił: "Az ja szie nie nazer". To Pan Bók
                                                    móhił: "Cob'isz szie nigdy nie nazer".
                                                    Prszised do wołu. Móhi wołohiu.... Tak ten wół ukląk prszed nim i peszepłinoł z
                                                    niem. To mózio, co kóń szie nigdy nie nazrze.

                                                    Opowiedział Dyckti, wieś Sondry, pow. Mrągowo 1948
                                                  • rita100 Re:Wic o Adamie i Ewie 27.11.05, 21:44
                                                    Wic o Adamie i Ewie
                                                    Psierse ludzie na sz'wieczie byli Adam i Ewa. Mieli siedem synów i jedno córke.
                                                    Jak te syny porosły duze, chciały sie żenić. Z kiem sie pożenili ?
                                                    Tedy wszystkie chciały sie żenić z tó swojó sziostró. No to ne sło (niemożliwe
                                                    jest).
                                                    Tedy dał Adam upleść sziedem kosów (koszów); jeden uplót mały i scupły, drugi
                                                    duzy i seroki, gruby. I tedy dał te kose postawić na podwórek. Pod ten psiersy
                                                    kos posadził kokos, pod ten drugi giensz' (gęś), pod ten trzeci kos kacke, pod
                                                    ten cwarty kos owcu, pod ten piąty niedźwiedzia, pod ten szósty źmijó, a pod
                                                    ten sziódmy wsadził swojo własnó córkie. Tedy zawołał swoich synów z pola. Bez
                                                    ten cas zmieniły sie te zwierzęta na bziółki, i kózdy uniósł kos i mniał swojo
                                                    kobziete.
                                                    Ale te charaktery pozostały w tych kobzietach od tych zwierzętów. Tak i teraz
                                                    te kobziety so rozmaitej duzości, i małe i duze, i grube i cienkie, jak te kose
                                                    były.
                                                    Tak dzisiaj ta panna, co sie ozeni, ma ten charakter od tej kokosy, ma zielki
                                                    majentek, to porozgrzebuje jak ta kokos.
                                                    Ta druga ma ten charakter od tej kacki, to kackie kiej sie puści do kupki
                                                    jenemienia, to zawdy z dołu podsufluje kupkie wyzej.
                                                    Ta od tej giensi, gienga jak gienś.
                                                    Ta cwarta ma charakter od tej owiecki, spokojna jak owiecka.
                                                    A ta piąta od tego niedźwiedzia, jak sie pyto kto, to tak odbąknie jak ten
                                                    niedźwiedź.
                                                    A ta szósta od tej żniji, jak ta żnija fałsywa i tego by zagryźć, pokłócić, i
                                                    tego pokłócić - fałsywo jest.
                                                    A ta siódma ma bycz ta prawdziwa, ma ten charakter od tej Ewie, ale nie ma tej
                                                    prawdziwej (Ewy), bo Adam i Ewa zyli prziesło trzista lat. W ten cas tyz sie
                                                    pod sobą pokłóczili i Ewa ostawiła Adama i posła na dłusse casy. Tak i dzisiaj
                                                    te prawdziwe ostazio swoich męzow i ido za innymi męzoma.

                                                    Opowiedział J.Kuk, wieś Miluki, pow. Szczytno 1952
                                                  • rita100 Re:Wybawienie zaklętej rodziny cz.I 28.11.05, 19:56
                                                    Wybawienie zaklętej rodziny
                                                    To buł jeden chłop i móził zawdy pocierz na szybzie. Jenego żieczora to wołało
                                                    do niego: "Bracie, retuj mnie !" 'Un wzioł poszed szukać na ten głos. Szed i
                                                    szed drogami, a zawdy wołało. Tak przyszed do jenego lasu i w tym lasku ognisko
                                                    sie paliło. I przyszed do tego ogniska, to kiele niego kila chłopów siedziało,
                                                    i w tym ognisku leżała żnija, i ta żnija wołała: "Bracie, retuj !". A te chłopy
                                                    mnieli łopatki i te żnije w ten ogień ciskali. 'Una zawdy wyłaziła, a 'uni jo w
                                                    ten ogień wtykali. 'Un sie chcioł przysiąść do ty gromodki i żnija skokoła, i
                                                    jemu na szyje sie przyżiązała, i móziła, teroz mu sie nie odkręci, aż jo 'un
                                                    wybazi.
                                                    I poszed dalej drogo z to żnijo. Przyszed kiele lasu, to stojała taka stara
                                                    chatka. Prziszli kiele tej chatki i skokoła ta żnija, i wleciała pod to chatke.
                                                    Jak 'un od tego ogniska odszed, to po drodze żidział staro kobyłe leżeć koło
                                                    drogi. A jak do tej chatki dochodził, to młody kotek leciał. Tedy wlaz 'un do
                                                    tej chaty, a ta chatka buła próżna, nie buło nic. Tedy sobzie przemóził:
                                                    "Kieby tak buł stołek, to by rad by se usiad". A zo sile (chwile) sie znoloz.
                                                    "Kiedy by tak stół buł" - znoloz sie tyż.
                                                    "Kiedy by tak na niem co jeść buło" - za sile sie znalazło.
                                                    Jak sie najad, to rad by buł sie układ. Móżił:
                                                    "Kieby łóżko buło" - i za sile sie znalazło.
                                                    Wzioł sie układ i spał. Nad zieczorem znalazła sie panna do niego.
                                                    cdn
                                                    Co ta panna bedzie wyprawiać, to jutro sie dowiecie moi kochani ;) Dziś w nocy
                                                    możecie sobie pofantazjować ;)))
                                                  • rita100 Re:Wybawienie zaklętej rodziny cz.II 30.11.05, 19:56
                                                    Nad zieczorem znalazła sie panna do niego. "Mój kochany bracie" móziła ta panna
                                                    do niego. To mu pożiedziała, co " ta żnija to buła moja matka, a ta kobyła
                                                    siostra, a ten kotek to jestem jo". Teroz co noc to będo przychodzić z muzyko i
                                                    będo skokać, i tańcować w tej izbzie, i będo go wołać i drzeć, i wywalo go z
                                                    łóżka, i będo go kamlować (szarpać) i go nareszcie potno. A 'un nie móził nic ,
                                                    tlo słuchał.
                                                    Jak oni przyjechali, to 'un udawał, że spsi. I tedy przyszli, i natańczyli sie,
                                                    i pocieli go na kawałki, tak, jak ta panna poziadała. I tedy przyszła ta matka
                                                    i te dwa córki, i zaczeli te kawałki składać. Poskładali w łoże nazad i
                                                    psierzyno przykryli. I na zrenku (o ranku) przyszła panna sie p'itać, jek 'un
                                                    spał, 'un odpożiedział, co słodko spał, co nic nie zi (nie wie).
                                                    A jeść to zawdy dostał; co 'un nikogo nie zidział, a jad, ile chciał. A na
                                                    zieczór przyszła druga panna i móżiła: "Jeno noc toś wybaziuł noju, ale nie
                                                    wiem, czy to drugo noc przeżyjesz". To mu pożiedała, że teraz jeszcze żiancej
                                                    ich przyjdo z muzyko i jeszcze głośniej będo grali, "a ty spsij i sie nie
                                                    odzywaj". "Uni bedo tańcowali, burgotali (hałasowali) i stukali, nareszcie z
                                                    łoża go wyrzuco i bedo kamlować, co ma sie odezwać - "a ty spsij" - i odeszła.
                                                    Za sile to muzyka grała jeszcze głośniej niż psierszy raz i skokoli, i
                                                    burgotali, nareszcie wrzeszczeli, co sie ma odezwać, a 'un spał. Nareszcie go z
                                                    łoża wyrucili i go pocieli jeszcze na mniejsze kawałki jak psierszy raz, a 'un
                                                    nie czuł. Jak to zrobzili, to za sile znowu przyszli te dwa córki i matka i
                                                    znów te kawałki zkładali w łoże, i jek wszystko pokładali, psierzyno przykryli
                                                    i odeszli. Jek z rana przyszła ta panna, to mu podziękowała i pożiedziała,
                                                    co "już noju dwa wybaził" - i odeszła. W tem przyszła matka do niego, coby go
                                                    prosiła, coby " un jeszcze trzecio noc został, coby i 'uno wybaził.

                                                    Jak będzie wyglądała ta trzecia ? - najgorsza noc, to poczekajcie na następną
                                                    częśc - naprawdę warto przeczytać do czego mogą doprowadzić kobiety ;)))))
                                                  • rita100 Re:Wybawienie zaklętej rodziny cz.III 01.12.05, 20:32
                                                    W tem przyszła matka do niego, coby go prosiła, coby " un jeszcze trzecio noc
                                                    został, coby i 'uno wybaził. "Kochany synu, jeś dwa nocki wycierzpsioł
                                                    (wytrzymał), teroz ta trzecia będzie gorsza, ale prosze cie, śpsij i sie nie
                                                    odzywaj. Teroz gwołt buło, ale teroz sto razy żięcej będzie, niż przed tem
                                                    buło".
                                                    Znów przyszed dzień i jeść i psić dostał dobrze i nikogo nie zidział. Jak na
                                                    żieczór poszed spać, to znów muzyka jeszcze głośniejsza buła. To znów
                                                    tańcowali, skokali, burgotali i wołali go, co ma sie odezwać i z łoża wywalali,
                                                    aż go na dwór wyrucili i ryczeli, co sie ma odezwać. I derli go, i bzili, i na
                                                    muze pocieli, i dwunasta wybziła, i musieli uciekać.
                                                    Za sile przyszła matka i te dwa córki, i wzieli go, postykali te kruszynki w
                                                    łoże i płakali, i sztukowali, i łzami oblewali, że braciszka nie mogo zetchnąć
                                                    (złożyć). Jak pokładli wszystko, to psierzyno zakryli i znów poszli precz.
                                                    Nad zrenkiem obudziuł sie som i żidział, że dwa panny i staro matka kręci sie
                                                    kiele kuchni. Uwarzyli frisztik i wszyscy zasiedli go jeść z radości, co 'un
                                                    ich wszystkich wybażił. Nie buła stara chatka, tlo duży zamek. A ta matka i
                                                    córki to buło duże królestwo, tlo było zaklęte. Tedy matka mu móżiła, co ma sie
                                                    z jedno córko ożenić, ale 'un nie chciał, bo wołał dalej w świat wędrować.
                                                    Jek szed w świat to .... hoho co dalej będzie ? hoho
                                                  • rita100 Re:Wybawienie zaklętej rodziny cz.IV 02.12.05, 20:33
                                                    Jek szed w świat, to jena (siostra dała mu) tubakiera, jek wykręci na jeno
                                                    strone, to sto wojska wyjdzie, a w drugo dwasta. Jena - nóż, co móg nim
                                                    wszystko pościnać. A jena - koszule, co jek mniał obleczono na sie, to buł
                                                    namocniejszy. Tedy dali mu konia kulawego, i 'un tym koniu pojechał w świat.
                                                    Jek pojechał, to przyszed do jenego królestwa i przyjechał do karczmy, to
                                                    opożiedali, co król chce córke zażenić. A tyle mnieli przyjś do tej córki w
                                                    rejby (zmówiny) takie feine pany. To przyszed jeden murzyn i 'un też wzioł
                                                    pojechał, to 'una wołała murzyna, a ojciec król jego wołał, to tedy ten król
                                                    wydał znaczone; 'una pójdzie z obuma spać, do którego gębą spała, to z tym sie
                                                    musi ożenić. Tedy na zieczór było fejne jedzenie i pieczonki i sznapsy (wódki).
                                                    Wyprażili dużo uczte i duże ps'ijaństwo. Jek w nocy dobrze spali i 'una
                                                    princesa zasneła. I jak ojciec przyszed, spała gębo kiele tego - i z nim sie
                                                    musiała ożenić. Ślub mnieli wesoły i ożeniła sie. A tego murzyna to do takiego
                                                    domu wsadzili.

                                                    I tak chłop został mężem księżniczki, a murzyna wyrzucili do obory mieszkać :)
                                                    To nie wszystko jednak, trafiliśmy na długie opowiadanie. Ten co opowiadał,
                                                    znany nam już Kensbok z Purdy Wielkiej był nie złym bajarzem. Ciekawe też muszą
                                                    być jego samego dzieje.
                                                  • rita100 Re:Wybawienie zaklętej rodziny cz.IV 03.12.05, 20:45
                                                    To rządz'ił na swoim królestwie. To potem jak dłuzej byli, to ta princesa
                                                    możi: " Na co ty zawdy chodzisz w ty jedny koszuli?" A 'un jej odpożiedział, że
                                                    w tej koszuli nic sie nie stanie. To 'una go sie pytała: "Na co ty zawdy te
                                                    tubakiere przy sobzie nosisz ?" A on opożiedział, że jak wykręci na jeno
                                                    strone, to może mnieć wojska jeden regiment, a jak dwa, to dwa regimenty. A ten
                                                    nóż to wszystkie mury i kamnienie potłucze, bo jest naostrzejszy. A tedy za
                                                    sile to poszła ta żona do murzyna i mu opożiadała. A ten murzyn to opożiedał,
                                                    że ma mu mózić, co ma koszule sewlec, una mu jo wypłucze. "I jak on sewlecze,
                                                    to weź te koszule, nóż i tubakiere i przynieś mnie". I una poszła i tak
                                                    zrobziła. A jak przyszła do swojego męża, to mu opożiadała. I ten król buł
                                                    litościwy i sewlók to koszule, a na noc otłożył te tubakiere i ten nóż, a czsto
                                                    obluk. 'Un sie ukłod spać, a 'una wszystko zaniosła murzynożiu i murzyn obluk
                                                    to koszule. A un był w takiem domie zamurowany, co móg tylko przez tako durke
                                                    patrzeć. Nożem pobził ten mur i wyszed z tego domu. Wykręcił tubakiere i wojsko
                                                    przy nim staneło. I przyszed do tego młodego króla z jego żono i móżi:
                                                    "Teraz musisz ty rumować (usunąć się), bo ja pan". I pyta go: "Co ja mom teraz
                                                    zrobzić ?" A 'on młody król móził: co ma dwa torby ze skóry uszyć i mo go
                                                    pociąć na kawałki. I wszystko krew i ciało w torby włożyć, i przez jego konia
                                                    przewiesić. Konia batogami wyźdźgać i wygnać w świat. Murzyn wzioł skóry kupił
                                                    i kazał duże torby uszyć, i dał tego młodego króla poćwiertować i w te torby
                                                    pokłaść. Potem na konia te dwa torby pożiesić i batogami wyźdźgać w świat.

                                                    I tak będziemy jeszcze dalej bajali, bo co się dalej stanie to dowiecie się w
                                                    następnej części. Nasz bajarz nie kończy na tym, dalej będą przygody naszego
                                                    młodego króla, a jakie ??? Sami przeczytacie. Myślę , że po takiej długiej
                                                    lekturze przyzwyczailiście się już do gwary warmińskiej.
                                                  • rita100 Re:Wybawienie zaklętej rodziny cz.VI 04.12.05, 21:39
                                                    A koń sie nie oper, aż przy tym zamku w lesie. Jek te pryncesy i ta stara
                                                    królowa ujrzała tego konia, to redzi byli, że ich brat do domu powrócił. Jek
                                                    ten koń na obore przyszed, to płakali, że już po niem je. Stjeli te torby i te
                                                    kawałki łzami oblewali, i w łoże układali, i składali te kruszynki. Aż wszystko
                                                    buło, jek mnieli wszystko poskładane, to psierzyno zakryli i poszli sie modlić
                                                    aż do zrenku. To oni już nie byli czaroje, poszli sie modlić do Pana Boga. Tedy
                                                    jek on przyszed do sie, to 'un wtedy wstał, otrzojsnoł sie, wej ich poznał i
                                                    móżił, że tak dobrze spał. 'Uni go proszili, co mo tu ostać. Ale 'un móżił,
                                                    co 'un nie może tu ostać. Ale 'un móżił, co 'un nie może tu 'ostać, bo jest
                                                    ożeniony.
                                                    Tedy jek odjeżdzał, opożiedział, jek mu sie stało. Matka mu dała moc, co jek
                                                    przyjdzie, to przed samym dumem, pod dumem stanie sie jabłonko. A córka dała mu
                                                    moc, co 'un trzeci dzień ma sie w fejnego kaczora zmienić.
                                                    'Un na to królestwo na tym samym koniu przyjechał i konia oddał służącemu. Reno
                                                    stanoł przed oknem zamku i zamnienił sie w jebłonke, co ładne czerwone jebka
                                                    mniała.

                                                    I co się dalej stało, to znów musicie wytrwale poczekać, bo jak w każdej
                                                    legendzie dobro pokona zło.