druga japonia ha,ha,ha

IP: 64.114.128.* 17.11.02, 05:27
Usmolony górnik z biedaszybu zaniósł się długim kaszlem. Trochę od pylicy,
trochę od dymu z papierosa. Widać, że przemawia przez niego wielkie
rozgoryczenie, bo nie żałuje ostrych słów: – Za komuny rządziły w mieście
trzy kopalnie: Thorez, Wałbrzych i Victoria. Pełną parą pracowały
elektrociepłownia, koksownia, liczne warsztaty; silna była odzieżówka. Do
czasu, jak, k...a mać, na własnych garbach wynieśliśmy do władzy takiego
jednego sk...a z Matką Boską w klapie. Miał mądrych pomagierów, to i naród
zbajerował, wywiódł na manowce. Tak z dnia na dzień dziadami nas zrobił, a
sam żyje jak król Na Polance! A my mamy drugą Japonię...
na „kopalince”!...
    • Gość: theedge Re: druga japonia ha,ha,ha IP: *.tvk.tpsa.pl 17.11.02, 08:19
      Alez ty deklu jestes uparty... ;-)
      • Gość: pioter Re: druga japonia ha,ha,ha IP: *.osd.vectranet.pl / 10.8.1.* 17.11.02, 08:51
        Jednak fajna ta Kanada, bo jak widzę, nawet w szpitalach psychiatrycznych macie
        dostęp do Internetu. Skończ przyjmować różowe, zacznij niebieskie.
        • toja77 Re: druga japonia ha,ha,ha 17.11.02, 12:11
          Hihihihihihi..., ale on juz nawet niebieskie dawno skończył
        • Gość: ak Re: druga japonia ha,ha,ha IP: *.hb.dial.de.ignite.net 17.11.02, 20:52
          Tam to chyba nawet losie i jelenie maja dostep do internetu, bo on mi cos na
          rogacza wyglada
          • Gość: stan Re: druga japonia ha,ha,ha IP: 64.114.128.* 18.11.02, 05:40
            Poszli po węgiel. Uciekali przed ochroniarzami, którzy ich gonili - mówił po
            pogrzebie jeden z ich kolegów.

            - Piszecie o nich, że kradli węgiel. A my nie możemy uwierzyć, że czterech
            chłopaków z naszej dzielnicy straciło życie w tak głupiej sytuacji - krzyczała
            na mnie starsza kobieta wpatrująca się w cztery klepsydry na przykościelnym
            murze.

            W czasie mszy żałobnej ksiądz prosił w kazaniu, żeby nie spieszyć się z
            odpowiedzią na pytanie o winę.

            - Czy winien maszynista, który profesjonalnie prowadził pociąg? Czy
            ochroniarze, którzy wypełniali swój obowiązek? - stawiał pytania ksiądz. -
            Jeżeli ktoś ma dobrze uformowane sumienie, odpowiedź w końcu przyjdzie - mówił.

            - W tym momencie wyszłyśmy z kościoła - mówią Ewa i Karolina. - Nie chcemy
            słuchać, jak nad trumnami wytyka się im złodziejstwo - dodały.

            - Ochroniarzy trzeba zniszczyć - łkającym głosem mówiły Ela, Aneta i Asia.
            Najlepiej znały Damiana. - On miał wszystko, nic nie kradł - dodały zalane
            łzami.

            - Nad tymi trumnami trzeba się zastanowić. Wiem, że oni chodzili kraść węgiel.
            Nie wiem, czy akurat tego wieczora kradli. Damian chodził z nimi, bo na Załężu
            trzeba trzymać się razem. Mam pretensję do dziennikarzy, że piszą i mówią o
            zbieraniu węgla. Nazwijcie rzecz po imieniu. Niech słowa i te trumny w końcu
            wstrząsną ludźmi - mówił jeden z księży.

            - Młodzież goni za powierzchownymi objawami dobrobytu. Przyznaję szczerze, że
            bardzo rzadko udaje mi się do nich dotrzeć. Hiob cierpiący to dla nich frajer,
            Magdalena im imponuje na początku swojej drogi życiowej, gdy była
            nierządnicą... Załęże jest dzielnicą ludzi pokrzywdzonych przez współczesne
            czasy. Bardzo biedną - mówił ksiądz Dariusz Nowakowski, katecheta chłopców.

            Przez ponad pół godziny rozchodził się tłum ludzi po zakończeniu uroczystości
            pogrzebowych. W tym czasie koło kościoła św. Józefa przy ul. Gliwickiej
            przejechało osiem wózków wypełnionych złomem. Pchali je brudni, zmęczeni
            mężczyźni.

            - Złom i węgiel to nasze źródło utrzymania. Nawet miałem przyjść na pogrzeb,
            ale robota się trafiła - usprawiedliwiającym tonem mówi brudny mężczyzna.

            - Ale słyszałem, że pogrzeby były bogate, z białymi trumnami - dodał i pchnął
            wózek załadowany przerdzewiałymi rynnami.
            • Gość: ak I co (sie) teraz Stanie ? IP: *.mcbone.net / *.pppool.de 18.11.02, 19:02
              Urywki felietonow polonijnych made in Canada
              czyli Świadectwo matołectwa (patrz nizej)

              ***
              Ja będę miał pracę, a wy?
              Premier Chretien pochwalił się w środę "w klubie", że ma oferty pracy od
              siedmiu kancelarii adwokackich. Szef rządu był wzburzony i chciał zasugerować
              kolegom i koleżankom "z ław", że on sobie poradzi, a martwi się jedynie o nich.
              Dalczego? Bo mogą przegrać kolejne wybory rozdarci wokół polityki rządu.
              Chretienowi jego własna partia dała bowiem po nosie, głosując we wtorek za
              rezolucją opozyzji. Jednym słowem, era buldoga z Shawinigan dobiega końca i
              wiadomo już, że to nie on będzie rozdawał nominacje po wyborach (a nawet
              jeszcze przed nimi). Rośnie więc śmiałość w liberalnych szeregach, niepokorni
              podnoszą głowy, a konkurencyjne koterie bawią się w podchody. Jak wiadomo,
              tanie bohaterstwo zawsze jest w modzie.
              ***
              Plastuś
              Czerwony Ernie, premier Ontario (z dawien dawna plasował się na lewo od
              czerwonych torysów), nakazał ponoć głównemu ontaryjskiemu postmonopoliście
              energetycznemu - Ontario Power Generation - by tej zimy nie odcinać prądu
              ludziom, którzy nie płacą rachunków. Co ciekawe, o dyrektywie swego szefa nie
              miał pojęcia minister energetyki, Baird...
              Eves to "wspaniały" polityk, za każdym razem wybija opozycji argument za
              argumentem przejmując jej idee. Co NDP powie, Eves realizuje, ku coraz
              mniejszemu zdumieniu partyjnych kolegów. Nie tak dawno lider NDP Hampton
              zaapelował do władz, by w związku z "tragiczną sytuacją" wielu rodzin, którym
              wzrost cen energii zmiata masło z chleba, nie odcinać prądu nikomu, kogo nie
              stać na rachunki. Wówczas to pewien minister tłumaczył, że nie można
              doprowadzić do takiej sytuacji, kiedy "każdy bądzie wiedział, iż tego rachunku
              nie musi płacić". Działo się to kilka dni temu, a tu buch, bomba, Eves
              realizuje politykę Hamptona. Jak tak dalej pójdzie, to w niedalekiej
              przyszłości ontaryjscy konserwatyści przemianują się na ontaryjskich
              konformistów. Skoro ich lider okazuje się człowiekiem giętkim jak plastelina...
              A że przy okazji za tę giętkość zapłacimy wszyscy z podatków... Cóż, z
              Plastusiami tak bywa.
              Przy okazji jedna rada: prąd jest tani nocą. Jako nocny Marek wiem o tym z
              własnego doświadczenia.
              ***
              Analiza spasienia
              Minister zdrowia przekazała kilkanaście milionów dolarów na badania nad
              grubymi. Po raz kolejny sfinansujemy więc za własne pieniądze raport, który
              będzie zawierał rzeczy trywialne i powszechnie znane.
              Dlaczego dzieci nam na gwałt tyją?
              * Bo spędzają czas na grach komputerowych, przed telewizorem i w Internecie.
              * Bo rzadziej kopią piłkę, grają w bejsbol, hokej itp.
              * Bo są podatne na reklamę świńskiej żywności - tłustej, naładowanej
              chemikaliami i środkami konserwującymi.
              * Bo mleko, sery, mięso i właściwie cała masowa produkcja żywnościowa zawiera
              rzeczy, których jeszcze dwadzieścia lat temu nie zawierała.
              * Bo w rolnictwie masowo stosuje się preparaty hormonalne i antybiotyki.
              Założę się, że instytut który otrzymał te dwanaście milionów od Ministerstwa
              Zdrowia na analizowanie otłuszczonych dojdzie do podobnych wniosków. Są to
              rzeczy, które widać gołym okiem i wokół których nie trzeba robić tyle
              zamieszania. Można je bardzo łatwo "przeskoczyć".
              Oczywiście do tego potrzebni są rodzice. Bez nich będzie trudno. Dziecko
              wychowywane w domu, w którym studwudziestokilowy tata zalega całymi wieczorami
              na otomanie, a falująca otłuszczonymi biodrami mama nie jest w stanie o
              własnych siłach usiąść na siodełku rowerowym, zanim samo dojdzie do wniosku, że
              spasienie przeszkadza, będzie już miało ze sto kilo...
              ***
              Prosty człowiek
              Premier Chretien to człowiek prostolinijny. Próżno w nim szukać finezji
              polityków złotego okresu Wenecji czy intryg carskiego dworu. Rzec by można, że
              nasz Chretien jest politykiem "behawioralnym" czy też "odruchowym". Akcja -
              reakcja. Ty mi "łup", to ja ci "bęc".
              W ten sposób zinterpretować można reakcję szefa rządu na prośbę prowincji o
              zwołanie konferencji premierów w sprawie Kioto. W tym samym dniu, w którym
              ministrowie ochrony środowiska naturalnego i energetyki wystosowali swój apel
              podczas konferencji w Halifaksie, główny kontestator Kioto i ekologiczny
              dysydent, premier Alberty Ralph Klein, wyśmiał Chretiena podczas lunchu z Izbą
              Handlową w swojej prowincji. Klein żalił się, że z szefem rządu federalnego nie
              można prowadzić inteligentnej dyskusji na temat Kioto. Twierdził, że Chretien
              nie zdaje sobie sprawy, o co w Kioto chodzi i jakie będą rzeczywiste skutki
              tego traktatu dla kanadyjskiej gospodarki. Z relacji Kleina wynikało, że
              Chretien po prostu bełkoce bez sensu, tak więc sala zareagowała gromkim
              śmiechem.
              Na reakcję nie trzeba było długo czekać. Kilkanaście godzin później Chretien
              oświadczył w Izbie Gmin, że Kioto zostanie ratyfikowane przed Bożym
              Narodzeniem. "I basta", i "możecie mi naskoczyć" - wydawał się mówić premier.
              Konferencja może się odbyć, ale po ratyfikowaniu. Po prostu, najpierw
              podpiszemy, a potem będziemy się zastanawiali co z tym fantem zrobić i jak to
              przełożyć "na życie".
              I jak tu nie wierzyć Kleinowi?! Czy chodzi o Kioto? Skądże! Chodzi o to, kto
              rozdaje karty.
              ***
              Odpiął smycz
              Premier Chretien spuścił ministrów z postronków i zezwolił na kampanijne
              podchody. Doprowadziło to do dziwnych sytuacji, w których np. federalna
              minister Sheila Copps wespół z opozycją krytykuje byłego kolegę z gabinetu,
              Paula Martina. Pani Coppsowa, która walczy brzydko i głośno (krzyczy, kopie,
              płacze, wykrzywia buzię), plasuje się po lewej stronie Liberalnej menażerii
              zarzucając Martinowi budżetowo-oszczędnościowy fetysz - podobnie jak to od 1993
              roku czynili socjaliści z NDP.
              Martin ogłosił tymczasem plan reformy parlamentarnej i zapowiedział
              zwiększenie uprawnień szeregowych posłów. Jak mu jednak słusznie wytknęła
              opozycja, on sam, w czasach, gdy równoważył budżet i ciął po wydatkach,
              zachowywał się jak drogowy walec, w nosie mając obiekcje tylnych rzędów własnej
              partii. Do dziś poczytuje to sobie za sukces. Oczywiście, w kampanii o stołek
              premiera Martin potrzebuje głosów tylnych ławek, więc inaczej śpiewa.
              Jak wiadomo, punkt widzenia zależy od punktu siedzenia.
              Nie inaczej jest z głównym aktorem, premierem Jeanem Chretienem. Ten
              stwierdził, że afera związana z byłym ministrem spraw wewnętrznych MacAulayem
              to wiele hałasu o nic, bo przecież MacAulay (z którym Chretien "miał honor
              pracować w rządzie") zabiegał tylko o interes swej "małej prowincji" (Wyspa
              Księcia Edwarda). Wychodzi na to, że Chretien zdymisjonował ministra za nic!
              No bo, gdyby premier przyznał, że jednak coś szemranego przydarzyło się
              MacAulayowi, wówczas okazało by się, że on sam i liczna grupa innych ministrów
              też mają swoje za uszami - afera z polem golfowym nadal straszy.
              Nawet gdyby przyjąć, że rzeczywiście Chretien, MacAulay, Thibault i inni
              zabiegali wyłącznie o interes swych okręgów, prowincji i po prostu wykonywali
              obowiązki posła, to wypada zapytać, dlaczego owe interesy utożsamiły się w ich
              przypadku z interesem własnej kieszeni, przyjaciela czy rodziny? Zabieganie o
              interes okręgu nie powinno oznaczać grantu dla brata czy państwowej inwestycji
              w firmie szwagra. Bo jeśli oznacza, to coś tu nie gra. I tego tematu Chretien
              jakoś dziwnie nie rusza...
              ***
              Ekoszajba, czyli:
              Pierwsze - nie oddychaj...
              Klein ma rację. I to nie tylko dlatego, że w jego prowincji śmierdzi ropą i
              gazem. Ma rację, ponieważ ekonomiczny koszt ratyfikacji Kioto będziemy mierzyli
              grubością własnych portfeli. Dziś większość Ontaryjczyków wspaniałomyślnie
              popiera ratyfikację, ale poparcie to jest wynikiem ignorancji. Gdyby zapytać
              wprost: "czy zgadzasz się, żeby benzyna kosztowała 1,50 dol.?" albo: "czy w
              ramach Kioto jesteś gotów pozbyć się swego dżipa cherokee lub lincolna
              navigatora" - wówczas otrzymujemy nieco inny zakres odpowiedzi.
              Klei
              • Gość: ak ciag dalszy, jako ze urwalo... IP: *.mcbone.net / *.pppool.de 18.11.02, 19:10
                Ekoszajba, czyli:
                Pierwsze - nie oddychaj...
                Klein ma rację. I to nie tylko dlatego, że w jego prowincji śmierdzi ropą i
                gazem. Ma rację, ponieważ ekonomiczny koszt ratyfikacji Kioto będziemy mierzyli
                grubością własnych portfeli. Dziś większość Ontaryjczyków wspaniałomyślnie
                popiera ratyfikację, ale poparcie to jest wynikiem ignorancji. Gdyby zapytać
                wprost: "czy zgadzasz się, żeby benzyna kosztowała 1,50 dol.?" albo: "czy w
                ramach Kioto jesteś gotów pozbyć się swego dżipa cherokee lub lincolna
                navigatora" - wówczas otrzymujemy nieco inny zakres odpowiedzi.
                Klein chce, abyśmy nie ograniczali emisji dwutlenku węgla (główny gaz
                cieplarniany) jakimś sztywnym pułapem, lecz abyśmy zmierzali do stałej redukcji
                emisji tego gazu przypadającej na jednostkę produkcji. Brzmi to sensownie. W
                końcu ludzi (czyli "producentów" dwutlenku węgla) jest coraz więcej i
                ograniczenie pułapu całej emisji do poziomów z 1999 roku przypomina wymysł
                ekoszajbusa.
                Z ratyfikacją Kioto wiąże się też jedna rzecz pozostająca w cieniu komentarzy
                prasowych. Otóż, licząc koszty wprowadzenia traktatu, Ottawa ma tendencję do
                zaliczania sobie na poczet ograniczania emisji eksportu "czystego" gazu
                ziemnego do USA. Problem w tym, że na takie zaliczenie nie zgadzają się inne
                kraje-sygnatariusze, zwłaszcza zaś Unia Europejska. Tak czy owak, po wycofaniu
                się z Kioto Stanów Zjednoczonych - głównego partnera handlowego Kanady i
                odbiorcy kanadyjskiej produkcji, w zasadzie traktat przestał istnieć. Pora
                więc, by na bazie idei Kioto opracować lokalne, własne
                rozwiązania "oczyszczające". W końcu oszczędzanie energii i poszukiwanie nowych
                jej źródeł to sprawa jak najbardziej zbożna i droga sercu każdego myślącego
                człowieka. Chodzi tylko o to, byśmy tego nie robili pod dyktando ekooszołomów,
                którzy w każdym człowieku wydychającym dwutlenek węgla chcą wzbudzić poczucie
                winy. I tu znów rację ma Klein, gdy ostrzega przed ekologicznymi pięknoduchami-
                teoretykami. W naszym ogłupionym, mało oczytanym i niezbyt wykształconym
                społeczeństwie każdy szarlatan może liczyć na wielbicieli.
                ***
                Kraj jeleni
                Dowiedzieliśmy się po raz kolejny, że generalnie rzecz biorąc jesteśmy krajem
                jeleni. Administrację kanadyjską może nabić w butelkę średniej inteligencji
                człowiek. Z pokontrolnych ustaleń wyszło na jaw, że mamy o 5 milonów aktywnych
                numerów SIN więcej, niż wynikałoby ze spisu ludności. Ile z tych numerków służy
                do dojenia kanadyjskiej krowy? Można się jedynie domyślać. Ile z nich posłużyło
                do konstrukcji papierowych martwych dusz? - można oszacować po wielkości
                oszustw i defraudacji dokonywanych w ten właśnie sposób - na fałszywego
                figuranta.
                W końcu dysponując kilkoma numerkami, wyrobionymi na podstawie kserokopii
                dokumentów, możemy pobierać "welfare" w trzech prowincjach, a na lewą kartę
                ubezpieczenia medycznego zaprosić na skomplikowaną operację schorowaną mamusię
                z Polski, Ukrainy czy Pendżabu.
                I powtarzam, takie numery na numerki może przeprowadzać już średnio
                inteligentny przestępca. O tym, co może ten z wyższym IQ, boję się pomyśleć...
                ***
                Świadectwo matołectwa
                Ontaryjska minister szkolnictwa rozważa możliwość wprowadzenia dwóch świadectw
                ukończenia szkoły średniej: jednego "normalnego" i drugiego dla "wykształconych
                inaczej", czyli mówiąc wprost, analfabetów.
                Kilka lat temu reagując na dramatyczny stan ontaryjskiej oświaty były
                konserwatywny rząd Mike'a Harrisa postanowił zreformować szkolnictwo.
                Wprowadzono ujednolicone programy nauczania, ujednolicone metody oceny pracy
                ucznia i ujednolicone testy.
                Sprawdziany te miały zidentyfikować uczniów-matołów, którzy nie opanowali
                podstawowych wiadomości. Jednym z głównych testów jest przeprowadzany w X
                klasie sprawdzian na analfabetyzm. Zawiera on zadania z czytania i pisania,
                które mają wykazać, że dany delikwent czyta ze zrozumieniem np. notatkę prasową
                i jest w stanie sklecić "odsiębierną" wypowiedź na piśmie, posługując się
                poprawną angielszczyzną. Zaliczenie testu konieczne jest do otrzymania
                świadectwa szkoły średniej. Według szumnych deklaracji byłego premiera Mike'a
                Harrisa, nie może być tak, że szkoła średnia wypuszcza w życie ludzi, którzy
                nie umieją czytać i pisać...
                Ontaryjska reforma wprowadzana była w bardzo trudnych warunkach - krzywiły się
                na nią związki zawodowe nauczycieli, obrażone za ograniczenie środków
                kuratoriów, przeciwni jej byli sami nauczyciele, którzy tłumaczyli, że często
                przychodzi im pracować w środowiskach imigracyjnych, gdzie dzieci słabo znają
                angielski.
                Wprowadzenie dwóch świadectw oznaczałoby przyznanie się do fiaska.
                Zwolennicy cenzurkowego dualizmu przekonują, że obecny system, w którym
                poważna liczba uczniów nie jest w stanie przeskoczyć poprzeczki analfabetyzmu,
                uniemożliwia części młodzieży kontynuowanie kariery "szkolnej" na kursach
                konkretnych zawodów, w rodzaju fryzjerstwa. Organizatorzy takich kursów
                wymagają świadectw ze szkół średnich.
                Kształcenie dzieci to sprawa "społeczna" - bez odpowiedniego systemu wartości
                wpajanego w domu, bez przykładu, jaki dają rodzice, bez troski rodziny nie da
                się młodego człowieka nakierować na naukę (oczywiście i od tej reguły są
                wyjątki). Kryzys dzisiejszej szkoły to przede wszystkim kryzys rodziny.
                Pomysł wypuszczania ze szkoły półdorosłych ludzi, którzy nie potrafią
                zrozumieć notatki prasowej to czysta zgroza. Wychodzi na to, że już na poziomie
                szkoły średniej dokonywał się będzie podział, na ludzi "alfa", "beta" i "gamma"
                (nie zdradzę tym razem z jakiej to książeczki) - "alfa" - elita polityczna i
                gospodarcza, "beta" - elita techniczna, inżynierowie, programiści i "gamma" -
                proleci; masa roboli, u których myślenie zostało celowo zastąpione reagowaniem
                na instynkty i popędy.
                Wydawałoby się, że takiej fryzjerce rozumienie tekstu prasowego na niewiele
                może się zdać. Z drugiej jednak strony, bez umiejętności sprawnego czytania i
                analizy porównawczej tekstu, skazani jesteśmy na stereotypy: rasowe, etniczne,
                politycznie poprawne i jakie tam jeszcze. Dziś coraz więcej i więcej
                naszych "fryzjerek" myśli wyłącznie telewizją.
                Podstawowym założeniem demokracji parlamentarnej jest powszechne wyedukowanie
                społeczeństwa. Król-idiota był słabym ogniwem monarchii, słabym ogniwem
                demokracji jest wyborca-idiota - analfabeta, który nie zauważa, że z własnej
                kieszeni płaci za "darmową" kiełbasę wyborczą.
                Mike Harris był idealistą. Wierzył, że w sytuacji, kiedy rozsypały się
                tradycyjne wartości, państwo będzie w stanie tak zreformować szkolnictwo, by
                wpoić w młodego człowieka szacunek dla wiedzy i podziw dla rozumu.
                Konserwatyści chcieli, aby szkoła uczyła, a nie tylko zajmowała dziecku czas.
                Dziś wygląda na to, że był to zbyt ambitny plan.
                No bo co zrobić przerośniętemu dziecku, które nie chce się uczyć? Najłatwiej
                pozbyć się go z systemu szkolnego przy pomocy alternatywnego świadectwa dla
                matołów.
                ***
                Na hasło: "Bodek pokaż niebo na mapie!" Bodek ociężale unosił wskaźnik na
                wysokość Morza Bałtyckiego...".
                W ontaryjskiej szkole z mojego Bodka nie można się nawet pośmiać - to
                niepoprawne. Należy mu pogratulować i wręczyć alternatywne świadectwo
                ukończenia placówki...
                ***
                Rząd Erniego Evesa cierpi na typowe choroby drugiej kadencji. Pewien minister
                pijał za nasze pieniądze w barach, inny tysiące dolarów wydał na steki, a za
                samo oglądanie filmów w hotelowych pokojach obciążył podatnika kwotą kilku
                tysięcy dolarów. Ciekaw jestem, co oglądał i dlaczego m.in. ja miałbym mu za tę
                rozrywkę płacić?
                ***
                Idziemy na Irak czy nie idziemy? Oczywiście, że pójdziemy, tylko najpierw
                musimy sobie poszczekać na Amerykanów i popuszyć się, udając niezależność i
                suwerenność. Jest to taki kanadyjski rytuał godowy. Chodzi o to, aby świat
                zewnętrzny nie mylił nas z amerykańskim sąsiadem. A więc, poszczekamy,
                poszczekamy i na koniec damy... te resztki żołnierza, których na
                • Gość: Luk Re: ciag dalszy, jako ze urwalo... IP: *.olsztyn.cvx.ppp.tpnet.pl 18.11.02, 22:10
                  Ekologia nie jest glupia, tylko niektorym sie od niej pomieszalo w glowie...
                  • Gość: stan Re: ciag dalszy, jako ze urwalo... IP: vance* / 142.30.229.* 18.11.02, 22:47
                    interesujace ale ja to wszytko wiem z lokalnych wiadomosci telewizyjnych w cbc
                    i ctv, no to o co chodzi ?
                    • Gość: ak Re: ciag dalszy, jako ze urwalo... IP: *.dialo.tiscali.de 19.11.02, 18:43
                      O co ? - CUDZE GANICIE (czytaj polskie) SWEGO NIE WIDZICIE (czytaj
                      kanadyjskiego). Swoja droga benzyna powinna u was kosztowac co najmniej 1,5$
                      (za litr, nie za galon). Wtedy inaczej patrzylibyscie wraz ze swoimi sasiadami
                      na zasmrodzony swiat. No coz towarzyszu stanie - bo tylko tak mozna was ujac,
                      patrzac na nostalgiczne wspomnienia dawnych "dobrych" czasow. Wam towarzyszu
                      najwyrazniej sola w oku, ze Polska moze zrobic krok w kierunku Europy. Was boli
                      ze towarzysz w razie odwiedzin w starym kraju (lepiej nie, bo strach was zje
                      razem z butami i z nich wystajaca sloma) bedzie musial codziennie wydac tyle,
                      ile kiedys wystarczalo na miesiac albo i dluzej, ze nie bedzie mogl zgrywac
                      wielkiego wujka z Ameryki. Wam towarzyszu pasowaloby najwyrazniej, by nad Wisla
                      lezal ciemnogrod, by przepasc jaka istniala pomiedzy zindustrializowana Ameryka
                      a tym krajem w epoce pseudokomuny powiekszyla sie jeszcze bardziej.
                      Im gorzej tym lepiej ? Wy towarzyszu chwalicie byle chore stosunki - "do 1
                      szego secretarza zawsze sie mozna bylo dostac i chlop wszystko zalatwil..." -
                      nie wiem pod czerwona latarnie nie chodzilem, nigdy nie mialem serca do burdelu;
                      "co roku jezdzilem na kolonie a potem jak doroslem to mialem wakacje" - widac
                      towarzyszu, intelektualne trwaja nadal; "wszyscy mieli dostep do wysrszych
                      studii ale to nie bylo doceniane poniewarz robotnik zarabial tyle samo co
                      doktor" - zrozumiale ze to wam sie podoba - ortografia sie klania. Tak mozna
                      by cytowac i cytowac, tylko po co?
                      Buraku, biedny, bardzo biedny buraku ...
Pełna wersja