sape5
25.06.11, 09:30
Wczoraj 24.VI, piątek - normalny dzień pracy. Spółdzielnia powinna być czynna w godzinach 8 -14 - łącznie z obsługą mieszkańców ( jedyny dzień bez interesantów to wtorek).
Godzina 10 - 10,10. Biuro spółdzielni otwarte, ale ........
-WSZYSTKIE pokoje zamknięte (lokalowy, księgowość, rozliczenie wody, dział samorządowy a nawet sekretariat)
- Nigdzie nie widać nikogo. Jedyny człowiek, to mężczyzna w kasie (jest to pomieszczenie wynajęte)
- Po sprawdzeniu wszystkich kolejnych pomieszczeń, znalazłam jeden pokój otwarty. Jeden pracownik chyba administrator. Pani poproszona o pomoc, znalazła kogoś z sekretariatu.
- Sprawy z którą przyszłam (zapoznanie się z protokołami Zarządu) nie mogę załatwić, bo nie ma pań z działu samorządowego. Proponuje mi się wizytę w poniedziałek.
- Pani nie chce mi wydać pisemnej odmowy dostępu do protokołów. Składam skargę do Rady.
Mam jeszcze drobną przygodę, bo złożone pismo otrzymuję bez nadania numeru dziennika, dopiero po interwencji zostaje on dopisany
- Mam nadzieję, że Rada nie będzie miała wątpliwości - w tym wymarłym miejscy spotkałam jednego z jej członków.
Wszystko trwa dość długo. W tym czasie pojawiają się kolejni mieszkańcy - tak samo jak ja zdziwieni.
Kończy się to pojawieniem się skromnej reprezentacji pracowników administracji. Sądząc po odgłosach, wcześniej byli oni w sali konferencyjnej.
Pozostaje pytanie: czy to był dzień pracy czy prywatne spotkanie.
Czy udzielając dni wolnych ktoś zadbał o prawidłową pracę administracji (wyznaczając zastępstwo za nieobecnych pracowników), tak aby mieszkańcy którzy zgłosili się tego dnia nie były odsyłane "na poniedziałek"
Rozumiem, że pracownicy których widziałam dostali normalne wynagrodzenie za ten dzień (łącznie z solenizantem). A może się mylę.