Dodaj do ulubionych

nieznane legendy o Ursynowie

11.09.05, 00:46
Dawno, dawno temu, w miejscu, gdzie dziś znajduje się Kopa Cwila, stał mały,
skromny domek, w którym mieszkała samotna wdowa z córką. Pewnego dnia pod dom
zajechał powóz, a w nim młody, lecz nieprzyjemnie wyglądający mężczyzna.
- Słyszałem, że macie ładną córkę, wdowo - wyłuszczył od razu sprawę przybysz
- dajcie mi ją za żonę, będzie ze mną szczęśliwa...
Wdowa, niewiele myśląc, zgodziła się. Wbrew woli córki, postanowiła wyswatać
ją z przybyszem, choć niczego o nim nie wiedziała.
Zrozpaczona córka, w noc poślubną poszła do komódki i wzięła maczetę. Jednym
sprawnym ruchem odcięła głowę swojej niegodnej matce. To samo stało się ze
świeżo poślubionym małżonkiem. Ich ciała dziewczynie udało się zawlec na
pobliskie poletko i tam ich pogrzebała. Bóg jednak rozgniewał się na nią i,
gdy myślała, ze już wszystko będzie w porządku, usłyszała głos:
- Za karę, za to że zabiłaś własną matkę i męża, zamienię cię we wzgórze!
Będziesz stać na grobie tych, których zabiłaś, i nigdy stąd nie odejdziesz!
Córka wdowy przelękła się i chciała uciekać, ale nogi wrosły jej w ziemię. Nie
mogła się ruszyć - gdy spojrzała w dół, zobaczyła, że nie może już odróżnić
swych nóg od podłoża. Chwilę potem zamieniła się cała w sporą hałdę ziemi,
która po dziś dzień stoi na Ursynowie, kryjąc mroczną tajemnicę...
Obserwuj wątek
        • urban_legend legenda o Lesie Kabackim 11.09.05, 16:12
          Dawno, dawno temu cały teren Ursynowa był pustynnym nieużytkiem. Ludzie nie
          uprawiali tu ziemi, gdyż nie chciała rodzić. Słońce wypalało zbiory, a woda
          oddalona była o wiele kilometrów. Zwierzęta chowały się marnie i większość
          mieszkańców klepała biedę. W jednej z takich biednych chat mieszkał Janko z
          rodzicami. Codziennie siadał na łące i pasł owieczkę, jedyną jaką mieli. Pewnego
          dnia zerwała się straszna wichura i, nim Janko zdążył zareagować, uniosła
          owieczkę hen, wysoko nad ziemię. Nagle wiatr przestał wiać i owieczka ze
          straszliwą prędkością zaczęła spadać w dół. Janko zamknął oczy. Po kilku
          sekundach przeraźliwego świstu i beczenia chłopiec usłyszał straszny huk. To
          owieczka spadła na dach jego rodzinnego domu, zabijając na miejscu oboje
          rodziców. Janko tak się zdenerwował, że wziął siekierę i odrąbał głowę owieczce.
          Z jej szyi trysnęła nie krew, a woda, która zaczęła nawilżać teren, na którego
          miejscu wyrósł dzisiejszy Las Kabacki. Janko żył długo i szczęśliwie, a na jego
          podwórku zbudowana została piękna fontanna.
          • jan-w Re: legenda o Lesie Kabackim 11.09.05, 16:29
            Świetne, ale tak naprawdę, woda z owieczki, trysnęła na Moczydle (obok lasu
            kabackiego) i stąd problemy miejscowych developerów, którzy muszą budować bardzo
            solidnie, aby w piwnicy nie pojawiała się woda ;-).
    • neuroup Re: nieznane legendy o Ursynowie 12.09.05, 17:54
      Mi tam sie podoba. Mozna by opowiadac ma rece i nogi. Turysci to kupia. Tak samo
      chodzac po Ursynowie mozna pokazac a tu krecili "Alternatywy4" a tu "Dzien
      Swira" a tu "Nic smiesznego" Legendy i inne turystyczne miejsca przydadza sie
      naszej dzielnicy.
    • urban_legend Aleja Kasztanowa 14.09.05, 20:18
      Sto, a może i dwieście lat temu, na terenach dzisiejszego Ursynowa nie było
      dużych domów, tylko mniejsze i większe, na ogół oddalone od siebie chatki.
      Reszta obszaru porośnięta była lasami, w których grasowali złoczyńcy, dlatego
      mało kto jeździł nimi nocą.

      Pewnego dnia lasem jechał alchemik, który wiózł do swojej siedziby drogocenne
      zioła i mikstury. Byl już niedaleko wyjazdu z lasu, ale konie najechały na głaz,
      pękło koło od powozu i całe popołudnie zeszło na naprawę. Gdy ruszył dalej, było
      już ciemno. Po kilkunastu minutach jazdy drogę zastąpiła mu banda złoczyńców.

      - Dawaj złoto, albo posiekamy cię na kawałki! - Krzyknęli bandyci.
      - Ale ja nie mam złota, możecie mnie przeszukać - powiedział zgodnie z prawdą
      alchemik. Bandyci obszukali i jego, i powóz, ale niczego nie znaleźli.
      - W takim razie będziemy musieli cię zabić. Przynajmniej twój powóz i konie nam
      się przydadzą - bandyci byli nieustępliwi, ale alchemik nie stracił zimnej krwi.
      - Czekajcie! Mam tu specjalne mikstury, z których da się zrobić złoto, ale
      potrzebny mi kocioł, mały kociołek i ogień! Dam wam dużo złota, jeśli mnie puścicie!
      - No dobrze, alchemiku - powiedział herszt bandy - ale pamiętaj, że jeśli coś
      knujesz, koniec z tobą!

      Alchemik przez dłuższy czas stał nad kotłem i mieszał różne składniki. W
      mniejszym kociołku podgrzewał jeszcze inną miksturę. Wykorzystawszy nieuwagę
      pilnujących go zbójów, łyknął mikstury z małego kociołka, gdyż był to napój
      uodparniający na działanie trucizny, grzejącej się w dużym kotle. Chwilę potem
      alchemik zanurzył w dużym kotle chochlę, zaczerpnął płynu i krzyknął:
      - Mam! Mam złoto!
      Gdy tylko chciwi złoczyńcy do niego podbiegli, oblał ich trucizną, która
      powaliła wszystkich bandytów na ziemię. Sam alchemik był bezpieczny dzięki
      miksturze z drugiego kociołka. Następnie poodcinał im głowy i zakopał wszystkie
      w jednym miejscu. Po czym bezpiecznie odjechał do domu.

      Tam, gdzie alchemik zakopał głowy zbójów, wyrósł rząd pięknych kasztanów. Stoją
      tam one jako pamiątka i przestroga dla tych, którzy ośmielili się podnieść rękę
      na czyjeś życie. I rosną tam do dziś...
      • Gość: Realistka Re: Aleja Kasztanowa IP: *.internetdsl.tpnet.pl 26.09.05, 13:58
        Czy może pracujesz w przedszkolu? Te bajeczki nie nadają się jednak dla
        dzieci.
        Tak naprawdę to tzw. aleja kasztanowa to jedyny fragment bardzo starego traktu,
        czyli drogi, którą jeździły dawniej i karety i chłopskie furmanki. Trakt
        rozwidlał się i mniej więcej na północ prowadził do dworku Jana Ursyna-
        Niemcewicza, a na południe wiódł w kierunku Góry Kalwarii.
    • urban_legend Legenda o obłąkanym Sylwku 15.09.05, 16:46
      Księżyc świecił jasno, gdy mały Sylwuś wracał do mieszkania w jednym z
      ursynowskich bloków. Od kiedy koledzy wrzucili go do dołu z wapnem, nie był już
      taki jak kiedyś. Przestał się bawić z kolegami, w szkole miał złe stopnie,
      zmienił się. Jedyną jego obsesją była chęć posiadania władzy i pieniędzy. Ale w
      domu nie przelewało się, a Sylwuś gotów był duszę diabłu zaprzedać za nadzieję
      na trochę grosza i szacunku wśród ludzi.

      Sylwuś maszerował, tuląc do siebie głowę zdechłego ptaka, znalezionego po
      drodze, gdy nagle na przed nim wyrósł tajemniczy jegomość. Był ubrany na ciemno
      i Sylwuś nie zauważył, jak nadszedł z przeciwka.

      - Witaj, Sylwusiu - powiedział nieznajomy - biednyś, prawda?
      - Nie wiem, skąd pan mnie zna, ale owszem, jestem biedny a należy mi się dużo
      władzy i pieniędzy. I nie wiem, skąd je wziąć.
      - A Diabłu byś duszę za władzę oddał? Nie bałbyś się? - zapytał nieznajomy, a
      trzeba wiedzieć, iż był to czart we własnej osobie.
      - Phi, co mi tam diabeł - parsknął Sylwuś - mały śmierdziel z rogami, mogę go
      rozdeptać w parę chwil.
      Diabłowi nie spodobało się to i postanowił ukarać małego nikczemnika.
      - Za karę, że pogardzasz mą siłą, zaczaruję cię. Będziesz do końca życia widział
      złoto tam, gdzie jakikolwiek pies lub kot oznaczy swój teren. Staniesz się
      pośmiewiskiem wszystkich ludzi. - i tak się stało.

      Po dziś dzień Sylwuś, który od tamtego czasu sporo urósł, śledzi psy i koty,
      załatwiające swoje potrzeby na ursynowskich trawnikach, a następnie rzuca się po
      pozostawione przez nie "skarby". Ludzie omijają Sylwusia i pukają się w czoło,
      ale on ich nie widzi. Ma władzę, a zebrane trofea gromadzi w domu. Podobno
      Sylwuś chciał otworzyć sklep na Ursynowie, by olśnić swym bogactwem wszystkich
      sąsiadów, ale nikt go w sklepie nie odwiedza z powodu zapachu. Tak to pycha gubi
      człowieka...
    • urban_legend Bajka o obłąkanym sklepikarzu 17.09.05, 14:12
      Dawno, dawno temu na Ursynowie nie było zbyt wielu sklepów. Ludzie robili zakupy
      w jednym samie osiedlowym, tłocząc się po ograniczone ilości towaru. Potem
      sytuacja zmieniła się i każdemu wolno było otworzyć sklep a ludzie robili
      zajupy, gdzie im było wygodniej. Z czasem mieszkańcy ursynowskich osiedli
      wybierali sobie ulubione sklepiki i tam zaopatrywali się w niezbędne produkty.
      Jednak jeden sklepik nie miał zbyt wielkiej ilości klientów. Prowadził go pan
      S., który jako mały chłopiec przeżył traumę, gdyż wydawało mu się, że z placu
      zabaw porwała go czarownica, a to tylko mama zabrała go do domu na zupę. Pan S.
      był zgorzkniałym człowiekiem, którego cieszyło jedynie uprzykrzanie życia innym.
      Nie miał żony, przyjaciół, nie miał nawet psa. Psów, zresztą, bardzo nie lubił.
      Całymi dniami czekał, aż do jego sklepu wejdzie nowy klient - no bo pan S. miał
      tylko nowych klientów. Kto raz zajrzał do jego sklepu, nigdy więcej tam nie
      wracał...

      - Dzień dobry, czy ma pan świeże jabłka? - spytała przypadkowa klientka, gdy
      weszła do sklepu pana S.
      - Uważa pani, że nie mam? Pomawia mnie pani o to, że mój towar jest nieświeży? W
      swojej głupocie nawet nie zdaje sobie pani sprawy z konsekwencji tego, co pani
      mówi! - krzyknął właściciel sklepu.
      - Nie musi pan od razu krzyczeć, chciałam tylko... - zaczęła kobieta, ale nie
      dane jej było dokończyć.
      - Nie muszę krzyczeć? A co, będzie mi pani mówiła, co mogę a czego nie mogę
      robić w moim własnym sklepie? A może ja pani w ogóle tu nie zapraszałem? Był
      napis "Proszę wejść" przed wejściem? Nie było, wiem dobrze, bo to mój sklep! A
      pani wtargnęła i śmie mnie pani tutaj pouczać! A może pani jest ze służb
      specjalnych! Będzie pani mnie kontrolować, aż zamkniecie sklep i pójdę z torbami!
      - Wie pan, może lekarz się tu przyda... - kobieta wychodząc, usłyszała jeszcze,
      że za znieważenie można dostać karę ciężkiego więzienia i że on, właściciel,
      postara się, żeby nie wpuszczono jej do innych sklepów.

      Tak było za każdym razem, gdy ktoś wszedł do sklepu pana S. Nie wszyscy nawet
      zdążali wejść, bo gdy tylko właściciel zauważał kogoś z psem, wyskakiwał ze
      sklepu jak z procy i zabraniał uwiązywania psa w okolicy stu metrów, twierdząc
      że ma silne uczulenie na psią sierść. Klienci na ogół rezygnowali z zakupów.

      Pewnego deszczowego dnia pan S. siedział w sklepie. Drzwi otworzyły się i
      stanęła w nich postać w ciemnym płaszczu i kapturze. Pan S. drgnął, ale nic nie
      powiedział,tylko czekał, aż klient sam sprowokuje lawinę słów ze strony
      właściciela. Ale postać nie powiedziała nic, tylko zrobiła kilka kroków w
      kierunku lady. Zza kaptura twarz była niewidoczna. Pan S. nie wytrzymał i zaczął
      mówić podniesionym głosem:
      - No i co, nie wiadomo, co powiedzieć? "Dzień dobry" się mówi, jak się do kogoś
      wchodzi!
      Postać nie odpowiedziała i zbliżyła się jeszcze bardziej.
      - No co, no co, mam podziwiać ten twój szmatławy kapturek? Mówić nie umiesz? Co
      to za klient, co języka w gębie zapomina?! - krzyczał pan S., zadowolony, że
      może pomiatać nową osobą. Jednak postać nadal nie reagowała i podeszła do lady,
      za którą siedział pan S. Właściciel nie wytrzymał i sprawnym ruchem zerwał
      kaptur z głowy tajemniczej postaci. Ukazał mu się nie ludzki, ale
      ogromny łeb gigantycznego owczarka niemieckiego. Pana S. oblał zimny pot i
      ostatnią rzeczą, jaką widział w życiu były dwie szczęki, otwierające się tuż nad
      jego głową, wypełnione po brzegi ostrymi zębami. Nie poczuł już, gdy się
      zaciskały...

      Od tej pory miejsce, w którym był sklepik pana S. zaczęto uważać za nawiedzone.
      Ursynowianie, wracający do domu wieczorem, często słyszeli wycie psa,
      przechodząć obok tego domu, a niektórzy twierdzili, że biegł za nimi facet bez
      głowy, ścigany przez jakąś bestię. Omijajcie to miejsce...
    • urban_legend Legenda o Fortepianie 18.09.05, 20:43


      Wiele lat temu, w miejscu, gdzie dziś stoi szkielet konstrukcji budowlanej,
      zwanej jako "Fortepian", stał sobie domek. Mały, zwyczajny. W domku mieszkał
      ojciec z wybitnie utalentowaną muzycznie córką. Dziewczynka czyniła wielkie
      postępy w szkole i z pewnością zaszłaby jeszcze dalej, gdyby nie pewien szkopuł:
      nie stać jej było na instrument muzyczny. Kupno znacznie przekraczało możliwości
      ubogiego ojca, a szło o nie byle co, bo o prawdziwy, czarny, elegancki
      fortepian. W myślach dziewczynka często wyobrażała sobie, jak daje wielki
      koncert w sali filharmonii, a setki ludzi słuchają jej z nabożeństwem. Ale nawet
      nie było jej stać na bilet do filharmonii a co dopiero na cały fortepian! Gdy
      tylko mogła, zostawała w szkole po lekcjach w sali muzycznej, ale przecież nie
      mogła tam siedzieć wiecznie! Ze spuszczoną głową wracała do domu i myślała
      sobie: "Gdybym tylko znalazła jakiś sposób, żeby mieć własny fortepian".
      - Chyba bym samemu diabłu zaprzedała duszę, żeby tylko mieć ten instrument na
      własność... - powiedziała sama do siebie i chwilę potem zderzyła się z
      tajemniczym mężczyzną.
      - Och, przepraszam pana najmocniej, zamyśliłam się... - zaczęła, a mężczyzna
      przerwał jej:
      - No tak, dźwięki fortepianu w twojej głowie, dzieweczko, brzmią tak głośno, że
      nawet ja je usłyszałem. A jest czego słuchać... możesz być sławną pianistką...
      - Kiedy, proszę pana, ja nie mam własnego fortepianu. Nie mam aż tylu pieniędzy,
      by sobie sprawić.
      - Och, to drobnostka. Wystarczy tylko chcieć - ton mężczyzny stał się słodki i
      kuszący - wystarczy tylko chcieć... naprawdę może stać się twój, chociażby ten -
      mężczyzna wskazał palcem na okno wystawowe, w którym piękny, czarny fortepian
      przytłaczał wszystko dokoła.
      - Ojej, jaki piękny! - wykrzyknęła dziewczynka.
      - Będzie twój, jeśli dasz mi... głowę swego ojca - powiedział mężczyzna.
      - No.. jak to? Co pan? Oszalał pan? Proszę mnie zostawić! - Zszokowane dziewczę
      puściło się w bieg do domu. Nawet nie pamiętała, którędy biegła, ale od razu po
      wejściu do domu rzuciła się na łóżko z płaczem. Zmęczona, spłakana, zasnęła.

      W nocy śnił jej się dziwny sen. Wielki, czarny fortepian z wystawy grał
      najpiękniejszą melodię na świecie, taką, jakiej jeszcze nikt nie zagrał. Przez
      dźwięki dobiegał głos tajemniczego nieznajomego z ulicy: "Wystarczy tylko
      chcieć...". Dziewczynka zbudziła się w środku nocy, zlana potem, ale muzyka nie
      ustawała. Stała się coraz głośniejsza. Nie do zniesienia, a jednocześnie coraz
      piękniejsza. Jak w amoku poszła do sypialni ojca. Nie wiedziała, skąd w jej ręku
      wziął się topór...

      A następnego dnia, gdy obudziła się, na środku mieszkania stał czarny, wspaniały
      fortepian. Ubrała się odświętnie i zaczęła grać, a spod jej palców popłynęły
      najwspanialsze dźwięki, jakich nigdy nikt nie słyszał. Siedziała i grała bardzo
      długo, zapomniała o całym świecie, melodia sama rodziła się pod jej palcami.
      Grała, aż z palców zaczęła tryskać krew... spod klawiszy również poczęła
      wydostawać się krwawa maź... i spod wieka... nie mogła ruszyć się, gdy usłyszała
      głos ojca:
      - Niewdzięczna! Poświęciłaś dla zabawki, dla szatana, moje życie! Całą ojcowską
      miłość, którą karmiłem cię latami! Bądź przeklęta! - Klątwa, którą rzucił duch
      jej ojca okazała się bardzo silna. Cały dom, wraz z dziewczynką i z fortepianem,
      zapadł się pod ziemię. Nie zostało absolutnie nic, ale niektórzy mieszkańcy
      Ursynowa twierdzą, że czasem nocą słychać tam dźwięki fortepianu i płacz dziecka.

      Po latach klątwa działa nadal. Bogaci kupcy chcieli otworzyć dom handlowy o
      nazwie "Fortepian" dokładnie w tym miejscu, gdzie stał ów domek. Ale nie udało
      im się to. Przeklęte miejsce nie pozwoliło na to, by ktoś miał się w nim cieszyć
      życiem. Pozostało puste i jałowe...
    • urban_legend Legenda o studni wody oligoceńskiej przy Romera 20.09.05, 15:02

      Dawno, dawno temu, na terenach dzisiejszego Megasamu i okolic, stało kilka
      domostw. Były to skromne, ubogie chatynki, w których mieszkali skromni, prości
      ludzie. Ich życie byłoby całkiem przyjemne, gdyby nie chroniczny brak pieniędzy.
      W jednej z najskromniejszych chatek, na terenie dziejszej ulicy Romera,
      mieszkała młoda Marysia z ojcem Rochem. Roch, wdowiec (żona zmarła na suchoty),
      pragnął wydać córkę dobrze za mąż, ale Marysia upodobała sobie chłopaka z
      sąsiedniego gospodarstwa, z którym spotykała się potajemnie, gdy ojciec nie widział.

      Któregoś dnia Roch przyszedł do domu i powiedział córce wprost:
      - Marysiu, nie możesz spotykać się z synem sąsiadów. Jest nędzarzem, jak my, a
      ja chcę cię wydać bogato za mąż. Musisz to zrozumieć dla swojego dobra.
      - Ale tato, ja... - zaczęła Marysia.
      - Żadne "ale"; mam dla ciebie kandydata na męża z sąsiedniej wioski. Nie jest
      może urodziwy, ale ma własne, duże gospodarstwo, coś w sam raz dla ciebie. To
      postanowione. - Ojciec wyszedł z izby, pozostawiając Marysię we łzach.

      Naturalnie, Marysia nie zamierzała słuchać ojcowskich rad i nadal potajemnie
      spotykała się z chłopcem z sąsiedztwa. Nie wiedziała jednak, że Roch podąża za
      nią każdego wieczora i obserwuje parę. Któregoś dnia, zaraz po potajemnej
      schadzce, Roch postanowił ukrócić te spotkania. Ponieważ córka nie chciała go
      słuchać, postanowił zająć się absztyfikantem. Zaszedł go od tyłu i poderżnął mu
      gardło. Ciało wrzucił do starej, nieużywanej i od dawna wyschniętej studni na
      podwórku.

      Marysia przez kilka wieczorów oczekiwała ukochanego na schadzce, ale ten nigdy
      się nie zjawił. Za to przy studni zaczęły się dziać niezwykłe rzeczy. Okoliczna
      roślinność stała się bujna, do studni zaczęły ściągać zwierzęta, z wnętrza
      wydobywały się dziwne błyski. Ludzie zauważyli te zjawiska, a gdy podeszli do
      studni i zajrzeli do środka, ujrzeli krystalicznie czystą toń wody. Wkrótce
      odkryto, iż woda ta ma niezwykłe właściwości lecznicze. Z czasem postawiono tam
      budynek, a ludzie czerpią po dziś dzień wodę uzdrawiającą ich dusze i ciała...
    • silvio1970 wymyślone legendy o Ursynowie 21.09.05, 14:48
      tym, którzy poważnie traktują te bzury nalezy się ostrzeżenie: nie są znane
      historycznie materiały zawierające podania czy legendy rdzennych mieszkańców
      obecenego Ursynowa. to co serwuje tu urban legend to dobrze znane podania
      najeżdźców: hord Rusinów z Raszyna i plemion włoskich z pobliskich Włoch
      umieszone w swoiskim krajobrazie kopy cwila i lasu kabackiego .

      O rdzennych Ursynowianach dommiemac możemy jedynie z badań archeologicznych,
      które nie pozostawiają watpliwośći co do tego, iż było to plemię kochające
      śpiew, czystość i wolność. Dopiero pózniejsze wpływy wspomnianych wczesniej
      barbardzyńców wprowadziłu na te ziemie dziwne zamiłowanie do czworonogów i
      niechęć do samodzielnego myslenia czego najlepszym dowodem są urban legends
      własnie
    • urban_legend Legenda o Wyścigach 21.09.05, 15:49


      Dawno temu, zanim Fryderyk Jurjewicz zagospodarował teren dzisiejszego toru
      wyścigów konnych, stała sobie nieopodal mała chatka. A tam, gdzie dziś są tory,
      rósł gęsty las. W chatce mieszkał drwal Jan, który zarabiał na życie,
      dostarczając drewno do pobliskiego dworu. Hrabia płacił niewiele i Jan często
      przymierał głodem, ale wiedział, że innego wyjścia nie ma i pracować musi.
      Co dzień dźwigał ciężkie kłody do dworu, gdyż nie było go stać na konia ani
      nawet na wózek i musiał wszystko nosić sam.

      Pewnego dnia, w środku mroźnej zimy, do chaty drwala zapukał wędrowiec. Jan
      wpuścił go i chociaż nie miał wiele strawy, ugościł zmarzniętego wędrowca. Ten,
      w podzięce za dobre serce, zostawił mu parę złotych monet oraz mały flakonik.
      - To bardzo niebezpieczny eliksir, ale możesz go kiedyś potrzebować. Jeśli
      jesteś dobrym człowiekiem, pomoże ci, gdy zło będzie chciało przejąć nad tobą
      władzę. Wówczas otwórz flakonik i pomyśl życzenie, a następnie rzuć go przed
      siebie. Możesz go użyć tylko raz.

      Rzekłszy to, wędrowiec szybko oddalił się, a Jan schował flakonik za pazuchę i
      nosił w razie niebezpieczeństwa. Ale jakie niebezpieczeństwo mogło go czekać?
      Dzikich zwierząt dawno już w lesie nie było, a najgorsze co go mogło dotknąć to
      śmierć z głodu. Nie czekał jednak Jan długo...

      Pewnego dnia wzywa Hrabia do siebie Jana i tak mu rzecze:
      - Nie podoba mi się ten las blisko mojej posiadłości. Grunt się przez niego robi
      podmokły, dziwni ludzie się tam kręcą. Zetnij go, a sowicie cię wynagrodzę.
      - Ale panie Hrabio... las mam ściąć cały? Ja jeden? - zdziwił się Jan.
      - Nie sądzisz chyba, że dam ci parobka do pomocy - syknął zniecierpliwiony
      Hrabia - masz go ściąć albo ja każę ściąć ciebie. Możesz zacząć już dziś. Do
      niedzieli ma być gotowe.

      Zadumał się Jan, bo dziwniejszego polecenia nigdy w życiu nie dostał, a Hrabia
      był tyleż upartym co złym człowiekiem i jakikolwiek sprzeciw mógł pozbawić Jana
      jedynego źródła dochodu. Poszedł więc do lasu... ściął jedno drzewo... drugie...
      do niedzieli ściął trzydzieści. Ale to tyle co nic, zrobił jedynie małą polankę,
      a sił już nie miał. Przyjeżdża doń Hrabia i zaczyna od razu wrzeszczeć:
      - Niegodziwcze, tu miało być wszystko ścięte! Łąka tu miała być, a las nadal
      stoi! Zobaczysz, jak cię zaraz urządzę! - mówiąc to Hrabia wyciągnął bat i
      chciał smagnąć nim Jana po twarzy, ale ten przypomniał sobie o małej flaszeczce
      i bez namysłu rzucił w Hrabiego. Flaszeczka trafiła Hrabiego w głowę i płyn
      rozlał się po jego twarzy. Hrabia upadł, podniósł ręce do góry i próbował się
      podnieść, ale w międzyczasie ziemia zakołysała się pod nim, drzewa zaczęły
      lecieć w dół. Jan uciekł szybko i obserwował, jak wszystkie drzewa pokotem kładą
      się na ziemi. Widział też, jak Hrabia wstał i chciał wybiec z lasu, ale
      spadająca sosna wręcz wbiła go pod ziemię. Po paru chwilach było widać już tylko
      kurz i słychać było przerażający huk...

      Gdy wszystko ustało, nie było już lasu, nie było drzew, nie było też Hrabiego.
      Wszystko spoczęło pod ziemią, którą porosła szybko trawa i mech. I nic więcej na
      tej ziemi nie wyrosło. Taką ją zastał Jurjewicz, gdy szukał gruntów pod tory
      wyścigów konnych.
      - Idealnie równa ziemia! Jakby na zamówienie wygładzona! - Cieszył się. Nie
      wiedział jednak, że owo wygładzenie było zasługą skromnego drwala, który rzucił
      swą pracę i został koniuszym dworskim...
          • Gość: . Re: Poczucie humoru IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 23.09.05, 11:37
            jan-w napisał:

            > Tak to już jest. Jedni zachowują poczucie humoru, całe życie, a inni w wieku
            15
            > lat, są już zgorzkniałymi staruszkami ;-))

            klikałam kilkakrotnie na ikonkę "skasuj ten post" bo narusza natykietę:
            forum.gazeta.pl/forum/1904849,62605,1617503.html
            gdzie narusza?... w punkcie jak niżej:

            > Nie obrażaj i nie atakuj personalnie swoich rozmówców.

            janw zamias odnieść się do tematu odniósł się do mnie, chamstwo i naruszenie
            netykiety, nawet odszczeknąć się nie dali....

            WZYWAM ADMINISTRATORÓW DO USUNIĘCIA JEGO POSTU !!!!
            • silvio1970 Legenda o Głupim Jasiu spod Kopy Cwila 23.09.05, 11:47
              nasz drogi legendotwórco, uprzejmie cię proszę o wygrzebanie z twej przepastnej
              pamięci (lub wyobraźni) jakiejs pouczającej przypowieści o Głupawym Jasiu spod
              Kopy Cwila co to mieczem ciał jak popadnie.

              Mam nadzieję że mimo wsztsko dobrze się skończy, bo na chwile obecną to horror
              godny średniowiecznych jatek czy inkwizycji
            • lewe_oko Re: Poczucie humoru 23.09.05, 12:22
              Ależ panie kropko, na tej zasadzie powinnismy rownież wyciąc Twój post. Myslę,
              że żaden z nich nie łamie regulaminu - oba są zgryźliwe i tyle. Może nie bądzmy
              juz tak przesadni w ocenach.
                • silvio1970 Re: kto bez grzechu, niech rzuci psimi odchodami 23.09.05, 14:45
                  urban_legend napisał:

                  > O Kopie Cwila już była legenda, Sylwuniu, znów nie uważałeś...

                  mnie nie chodzi o kopę cwila jeno o głupiego jasia i żeby z jakimś morałem
                  było, cos w stylu kto mieczem wojuje czy cuś takiego.

                  A że nie uważałem to fakt bezsporny ale wybacz twoje bajania jawią mi się jako
                  nieskładne opowieści, z kiepsko zarysowanymi postaciami bohaterów, do bólu
                  linearną fabułą i całkowitym brakiem dramatycznych zwrotów akcji. Bez bicia
                  przyznam że wole już bajki o Kubusiu Puchatku, bo Pomysłowego Dobromira pzrez
                  szacunek dla czasu jakiś zmitrężył przywoływał nie będę.

                  Ale o głupim jasiu obiecuje przeczytac
              • Gość: . Re: Poczucie humoru IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 23.09.05, 14:46
                lewe_oko napisała:

                > Ależ panie kropko, na tej zasadzie powinnismy rownież wyciąc Twój post. Myslę,
                > że żaden z nich nie łamie regulaminu - oba są zgryźliwe i tyle. Może nie
                bądzmy
                > juz tak przesadni w ocenach.

                moje dwa posty zostały juz wycięte, jeden został wykropkiwany, drugi wogóle
                przepadł, a zgryźliwy post niejakiego janaw pozostał - czy to nie jest aby
                sprawiedliwośc Kalego?, droga leweoko wywal tamten post, bo dziadek się mnie
                czepia
                • silvio1970 Re: Poczucie humoru 23.09.05, 14:49
                  Gość portalu: . napisał(a):

                  > lewe_oko napisała:
                  >
                  > > Ależ panie kropko, na tej zasadzie powinnismy rownież wyciąc Twój post. M
                  > yslę,
                  > > że żaden z nich nie łamie regulaminu - oba są zgryźliwe i tyle. Może nie
                  > bądzmy
                  > > juz tak przesadni w ocenach.
                  >
                  > moje dwa posty zostały juz wycięte, jeden został wykropkiwany, drugi wogóle
                  > przepadł, a zgryźliwy post niejakiego janaw pozostał - czy to nie jest aby
                  > sprawiedliwośc Kalego?,

                  ciesz się że nie skomentował tego co wywałił. Bo mógł przeciez napisać żeś
                  pedofil i dekarz a ty bys nie mógł dowieść swej niewinności
                • lewe_oko Re: Poczucie humoru 23.09.05, 14:50
                  Twój post o małolatach jest w podobnym stylu i to jego mialam na mysli. Napisz
                  do administracji. Jesli uznają post Jana-W za obrażliwy uznam oczywiście Twoja
                  rację.
                  • Gość: . Re: Poczucie humoru IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 26.09.05, 13:42
                    lewe_oko napisała:

                    > Twój post o małolatach jest w podobnym stylu i to jego mialam na mysli. Napisz
                    > do administracji. Jesli uznają post Jana-W za obrażliwy uznam oczywiście Twoja
                    > rację.

                    No cóż nasz dialog nie zakończy się porozumieniem jeśli będziesz zwracała na
                    uwagę selektywnie tylko na te fragmenty, które wygodniej, nawet jeśli one nie
                    mają nic wspólnego z omawianym sporem.

                    W poprzednim poście oburzyłam się na złośliwy post janaw skierowany do mnie:
                    cyt. janaw:
                    "inni w wieku 15 lat, są już zgorzkniałymi staruszkami"
                    zacytowałam ustęp Waszej netykiety:
                    "Nie obrażaj i nie atakuj personalnie swoich rozmówców." (- To jest Wasz tekst,
                    nie mój, "nie obrażaj" jest tylko fragmentem Waszego zdania),
                    następnie napisałam, że post janaw jest atakiem na mnie a nie polemiką z
                    meritum mojego postu, Wyrażnie napisałam że jego post jest atakiem personalnym,
                    nie pisałam o obrażaniu, to słowo jest tylko fragmentem pełnego zdania z Waszej
                    netykiety

                    chyba jest to oczywiste, że zamiast odnieść się do treści mojego postu na
                    temat „opowieści z krypty...." janw zaatakował mnie personalnie i tylko tyle
                    miał do powiedzenia. Kogo obchodzi złośliwość janaw na temat mojej osoby,
                    powinnam zignorować trola i chyba tak się tu robi a niepotrzebnie wdałam się w
                    wymianę postów. Teraz tracę czas żeby udowodnić, że nie jestem wielbłądem i że
                    zostałam zaatakowana przez trola. Trol pozostał nietknięty a moje posty
                    wyrzucasz. Może tu panują takie zwyczaje ale po to powołuje się moderatorów
                    żeby bronili swobody wypowiedzi merytorycznych i usuwali tych którzy łamią
                    etykietę. Lewe-oko oczekuję od Ciebie logicznego stanowiska potępiającego
                    trolaa nie wypaczania moich wypowiedzi.
                    Do administracji nie chce mi się pisać bo szkoda mojego czasu a satysfakcja
                    żadna.

                    Wracając do meritum nie jestem zwolenniczką ciągłego oglądania (czytania)
                    makabresek w stylu „opowieści z krypty”, są one ciekawe ale tylko jako
                    przyprawa a nie jako danie główne, pamiętajmy, że czytają to również
                    dzieci..
                    • urban_legend hahahahaha 26.09.05, 19:01
                      >
                      > Wracając do meritum nie jestem zwolenniczką ciągłego oglądania (czytania)
                      > makabresek w stylu „opowieści z krypty”, są one ciekawe ale tylko j
                      > ako
                      > przyprawa a nie jako danie główne, pamiętajmy, że czytają to również
                      > dzieci..

                      Dzieci, moja droga, to nie czytają forum "Ursynów", tylko wchodzą na strony
                      erotyczne lub na portale z brutalnymi grami komputerowymi. A rodzic jest od
                      tego, żeby monitorować zainteresowania swojej pociechy.
                      • Gość: . Re: hahahahaha IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 27.09.05, 13:05
                        urban_legend napisał:

                        > >
                        > Dzieci, moja droga, to nie czytają forum "Ursynów", tylko wchodzą na strony
                        > erotyczne lub na portale z brutalnymi grami komputerowymi. A rodzic jest od
                        > tego, żeby monitorować zainteresowania swojej pociechy.

                        Trochę kumasz ale nie do końca.
                        1. Nadmiar poucinanych głów w Twoich bajkach jest monotonny tak jak rozmowy
                        pijaczków poprzetykanych "panienkami"
                        2. Dzieci poza monitorowaniem zainteresowań powinny być również chronione przed
                        brutalizacją życia
                        3. Mój post jest jednym z licznych kroków w tym kierunku (epatowanie się
                        poucinanymi głowami jest łagodnie mówiąc niezdrowym objawem)
                        • silvio1970 Re: hahahahaha 27.09.05, 13:21
                          Gość portalu: . napisał(a):

                          > urban_legend napisał:
                          >
                          > > >
                          > > Dzieci, moja droga, to nie czytają forum "Ursynów", tylko wchodzą na stro
                          > ny
                          > > erotyczne lub na portale z brutalnymi grami komputerowymi. A rodzic jest
                          > od
                          > > tego, żeby monitorować zainteresowania swojej pociechy.
                          >
                          > Trochę kumasz ale nie do końca.
                          > 1. Nadmiar poucinanych głów w Twoich bajkach jest monotonny tak jak rozmowy
                          > pijaczków poprzetykanych "panienkami"
                          > 2. Dzieci poza monitorowaniem zainteresowań powinny być również chronione
                          przed
                          >
                          > brutalizacją życia
                          > 3. Mój post jest jednym z licznych kroków w tym kierunku (epatowanie się
                          > poucinanymi głowami jest łagodnie mówiąc niezdrowym objawem)

                          Przyznając ci generalnie rację (choć nazywanie tych bzdur monotonnymi jest
                          eufemizmem) nie obawiałbym się ich złego wpływu na dzieci czy młodzież. Na
                          pewno tego nie czytają, z tych własnie powodów o których piszesz. Tego się nie
                          da czytać.
    • urban_legend Dąb Mieszko 27.09.05, 17:09

      Dawno, dawno temu na obecnych terenach ulicy Nowoursynowskiej mieszkał sobie we
      dworku okrutny możnowładca. Pieniędzy miał jak lodu, ale serce miał kamienne.
      Obce mu były ludzkie uczucia, gdyż dla niego liczyło się tylko to, co brzęczało
      i ładnie świeciło. Wykupił już wszystkie okoliczne tereny i zamierzał ożenić
      się, gdyż tak naprawdę nie posiadał jeszcze żony. Przejeżdżając przez swe
      włości, ujrzał przy jednej z chat dziewczę cudnej urody, karmiące gęsi. Niewiele
      myśląc, bogacz chwycił pannę i siłą zmusił do ożenku. Panna, nieszczęśliwa z
      mężem-tyranem, postanowiła opuścić go. Gdy pewnej nocy postanowiła uciec od
      małżonka, ten pojmał ją i za karę żywcem zakopał w ziemi. Z miejsca, w którym ją
      zakopał, wyrosło piękne drzewo na pamiątkę niezłomności i uporu dziewczyny.
      Rośnie tam po dziś dzień, podczas gdy o złym bogaczu nikt już nie pamięta...
    • urban_legend Kościół Św. Katarzyny 28.09.05, 15:57
      Dawno, dawno temu, jeszcze w jedenastym czy w dwunastym stuleciu, mieszkała
      sobie w małej chatce panna Katarzyna. Niedobre miała serce, za to urodę
      wyjątkową. Tuziny chłopców starało się o jej względy, ale że panna była próżna,
      odsyłała kolejnych kawalerów z kwitkiem. Każdy miał jakąś wadę - jeden za wielki
      nos, drugi nie taki kolor włosów, i tak dalej... matka i ojciec panny Katarzyny
      dawno pomarli ze zgryzoty, a ona w najlepsze drwiła z kolejnych kandydatów na
      oblubieńca.
      - Mości panie, ależ macie wielkie stopy! Toć wy ledwo z nimi do przedsionka
      wejdziecie, a co dopiero do izby! - Kpiła z jednego kandydata, a do drugiego
      mówiła zaraz:
      - Ależ waść tęgi, musiałabym powymieniać wrota w całej chacie, żeby was wpuścić!
      Pewnego dnia panna Katarzyna zbierała jagody w lesie nieopodal, gdy rozpętała
      się burza. Piorun trafił w drzewo, koło którego się schroniła, i osmalił jej
      twarz. Znikła cała uroda i czar, prysło marzenie o dziesiątkach kandydatów na
      męża. Słaba, oszpecona panna Katarzyna sama stała się pośmiewiskiem całej
      okolicy; układano o niej drwiące piosenki i wierszyki:
      "Panna Kasieńka chłopca nie chciała,
      Burzy i piorunom urodę swą dała"
      Przez całą resztę życia Katarzyna pokutowała za zło, wyrządzone innym. Pod
      koniec życia zapisała wszystkie oszczędności na budowę kościoła w miejscu, gdzie
      stała kiedyś jej chatka. Na pamiątkę patronki nieszczęsnej bohaterki tej
      historii, kościół nosi imię świętej Katarzyny.
    • urban_legend Koński Jar 29.09.05, 21:35
      Dawno, dawno temu, mieszkał sobie na Ursynowie straszliwy zbój. Miał on swą
      bandę i zajmował się łupieniem przejeżdżających przez te tereny podróżnych.
      Ludzie bali się wychodzić po zmroku, bo bandyta nie znał litości i zabijał
      każdego, kto wpadł w jego łapska. Jeśli kogoś nie zabił, zabierał mu
      przynajmniej powóz i konie, których miał z rozbojów całe mnóstwo. Trzymał je w
      swojej stajni i napawał się widokiem ukradzionych zwierząt.
      - Wszystko to jest moje! - Mówił do siebie, pękając z dumy - Nikt nie śmie mi
      tego odebrać, a już wkrótce będę miał jeszcze więcej!
      Dumny i ufny w swą siłę nie bał się ani rycerzy królewskich, ani bożej kary za
      złe uczynki.

      Pewnego razu przez las przejeżdżał powóz, kierowany tylko przez jedną osobę.
      Bandyci zaczaili się za leśnym zakrętem i napadli na woźnicę, zrzucając go na
      ziemię, a następnie zatrzymali powóz. Sporym zdziwieniem było, gdy podnieśli z
      drogi poturbowanego woźnicę i odsłonili mu kaptur. Okazała się nim być młoda,
      bardzo ładna niewiasta, co rozochociło tylko bandytów, którzy dawno nie widzieli
      żadnej kobiety. Oczywiście, przodował herszt bandy, krzycząc:
      - Ta dziewka jest moja! Dostanie to, na co najlepszego zasłużyła, zanim ją
      ukatrupimy! - Herszt pociągnął dziewczynę za sobą, nie wiedząc, że jest ona
      czarownicą.
      - Słyszałam, panie, że wielka u was stadnina - powiedziała do bandziora
      dziewczyna, gdy zbliżali się do stajni.
      - Zamilcz, co ty tam wiesz! A zresztą... przecież i tak już nikomu nie powiesz -
      zbój otworzył drzwi stajni i z dumą uderzając się w pierś, powiedział:
      - Sam je wszystkie złapałem! Są moje! I ty też jesteś moja!
      Nie zdążył powiedzieć nic więcej, gdy dziewczyna wyszeptała magiczne zaklęcie i
      konie, nagle uwolnione, ruszyły w jego kierunku. Gdy się obejrzał, dziewczyny
      już przy nim nie było, a całe stado koni wpadło na niego i jego kamratów,
      gruchocząc im kości i tratując na śmierć. Uwolnione konie pomknęły w las, a od
      tej pory wąwóz, którym dochodziło się do obozowiska złoczyńców, a przez który
      uciekły konie, nazywał się Końskim Jarem. Dziś na jego miejscu jest ursynowska
      ulica.
      • fuzzy7 Re: Koński Jar 30.09.05, 00:48
        A może opowiesz nam coś weselszego o Ursynowie, bo informacje nt. złodziejstw,
        morderstw i gwałtów mamy niemal codziennie we współczesnych dziennkach
        telewizyjnych i radiowych, niestety! :o(

        Pzdr,
        Fuzzy
    • silvio1970 Legenda która trwa 30.09.05, 14:15
      Było to w czasach gdy knieje ursynowskie opanowały hordy Rusinów z Raszyna
      kończąc tym samym wielowiekowe rządy dynastii mężnych Ursynów. Rusini nie
      potrafili docenić uroków lasu i sumienności rodowitych mieszkańców tych ziem.
      Jednym z pierwszych ukazów nowego władcy Jebuta było wycięcie wszystkich drzew
      i wzniesienie wielkiego kopca na swoją czesć. Ursynowianie bedać ludźmi
      pokornymi wzięli się chyżo do roboty ufając że zjednają sobie tym nowych
      władców. I jedynie pośród szczęku szpadli i siekier słychać było głosy
      zwątpienia i ironii. A że plemię to było tyleż sumienne co nierozważne, do
      władcy szybko dotarły informacje, że wśród miejscowych usypisko nosi nazwę Kopy
      Cw..a. Zwołał tedy na największe karczowisko wszystkich mieszkańców i odczytał
      edykt, w którym nałozył karę śmierci dla każdego, kto osmieli uzyć się tej
      pogardliwej nazwy. A że w tym czasie znakomicie już funkcjonowała sieć szpicli
      organizowana przez byłego dojczego Iwana zwanego Walnietym, nikt od tej pory
      nie osmielił sie tak nazwać wzniesienia. W miejsce tego zaczeto uzywać nazwy
      Kopy Cwila, której edykt nie sankcjonował i która po śmierci Jebuta I-ego
      zaczęła funkjonowac oficjalnie, jako że nikt z Rusinów nie osmielił się
      wyjaśnić młodemu następcy- Jebutowi II jej pochodzenia. Zresztą Jebut II zwany
      sobacznym, z racji swego zamiłowania do psów nie miał głowy do historii, prawdę
      mówiać nie miał głowy do niczego poza piciem i psami własnie. To za jego
      czasów na Ursynowie, bo i ta nazwa wiecznie pijanemu Jebutowi w niczym nie
      przeszkadzała, rozpowszechnił się zwyczaj hodowli czworonogów i dziwnych,
      całkowiecie obcych rodowitym mieszkańcom tych ziem obuczajów. Wszyscy niemal
      Rusini wzorem swego władcy poczeli pomieszkiwac z psem lub większą ich liczbą,
      bo liczba posiadancych psów w wkrótce poczęła wyznaczać status człowieka.
      Miejscowi mówili, że Rusini z psami jadają, a co poniektórzy przysięgali że
      śpią w jednych łóżkach. Ale nie to przeszkadzało tolerancyjnym Ursynowianom,
      jako że mieli zasadę wolnoć baranie w swoim kurchanie, ale to że Rusini poczęli
      wychodzić ze swoimi psami na włości miejscowych by tam zwierzęta załatwiały
      swoje potzrzeby. I to by jakoś zmilczeli ale arogancja Rusinów rosła, podobnie
      jak ich psy, bo modne stało się w tym czasie posiadanie psów wielkosci tura. A
      ze zwierzeta porywcze były to coraz czestsze były przypadki ataków na dzieciaki
      i niewiasty. Chodzili Ursynowianie w posły do Jebuta II ale ten wiecznie
      zamroczony samogonem wysyłał do nich swego drucha Iwana Walniętego, który imię
      zawdzięczał inwencji swego ojca, który zmarł nie potrafiąc nazwać swego
      pierworodnego. A że ten był kropka w kropkę, głupi i szkaradny jak rodzic,
      tedy poddani uznali że imię ojca będzie mu pasowało, a że Iwan Walnięty nie
      miał w tek kwestii zdania tak już zostało. A ze i w innych kwestiach Iwan W
      nie miał zdania , więc słał poselstwa w diabły. Rosło wiec rozgoryczenie i
      frustracja Ursynowian. Słyszała o tym szefowa bezpieki niejaka Kaprawe Oko -
      jedyna trzeźwa w państwie Rusinów i próbowała łagodzić nastroje obeicując
      rychłe wprowadzenie łańcuchów oraz służby sprzatającej psie odchody. Na
      obietnicach się jednak kończyło, więc koniec końców wybuchł bunt. Na czele
      Ursynowian stanął potomek pierwszej linii Pyrów niejaki Sylwiusz. Został
      głównym ideologiem i strategiem konfliktu z Rusinami. Początkowo odnosił
      wielkie sukcesy, lud go miłował i słuchał co ma do powiedzenia. A walka z nim
      była trudna bowiem lepeiej znał kabackie knieje niźli Rusini którzy wkrótce
      potracili dziesiąta część swoich zwierząt. Tedy też Kaprawe Oko doszła do
      wniosku, że najwazniejsze jest wygranie wojny na słowa. Wysłała do ludu
      odezwe, w której kolejny raz obiecała że systuacja wróci do normy oraz wezwała
      Sylwiusza na wielką debatę na megapolanie. Przedtem jednak zadabała o to, by
      nie mogli się na jej miejscu znaleźć zwolennicy Sylwiusza. Nadto kazała
      Jasiowi Walniętemu krzyczenie i tupanie w czasie gdy mówic będzie Sylwiusz a
      gdy to przesztanie być skuteczne czasowe usunięcie go z mównicy pod pretekstem
      czyszczenia podłogi. Mówił tedy Sylwiusz o porządku i przyzwoitosci, nie tylko
      w kontekście psich odchodów,ale nikt go nie słyszał a nawet jesli słyszał to
      nie rozumiał. Na Jana Walnietego nikt uwagi nie zwracał, bowiem do
      ekscentrycznych zachowań jego ojca i jego samego wszyscy już dawno nawykli.
      Tedy pletła Kaprawe Oko swą opowieść o normalności i słuchali jej Rusini
      siedząc pośród kup swych zwierząt, zupełnie nie przejmując się protestami
      Ursynowian. I tak plecie się ta historia po dziś dzień, kup i sloganów
      przybywa, mądrych propozycji nie.
    • urban_legend Dlaczego ulica KEN jest taka długa 30.09.05, 14:38

      Żył sobie raz na Ursynowie chłopiec, który koniecznie chciał wszystkim zrobić na
      złość. Niczym się nie interesował, nic też specjalnie nie umiał robić. Jedyną
      jego myślą każdego dnia było to, jak można uprzykrzyć życie innym.

      Od rana chłopczyk ów, zamiast iść do szkoły i się uczyć (do dziś nie umie
      poprawnie się wysłowić), prześladował sąsiadów, sprawdzając, czy wycierają buty
      przed wejściem na klatkę schodową. Liczył szurnięcia o wycieraczkę i potem
      wieszał koło windy kartkę z nazwiskami osób, które, jego zdaniem, nóg nie
      wytarły. Śledził też właścicieli psów, którzy wyprowadzali je na trawnik. Gdy
      pies załatwił swoją potrzebę, chłopczyk wskakiwał w nią, tarzał się, a potem
      głośno krzyczał na całe osiedle, że wszędzie leżą psie odchody. Pilnował też, w
      jakich godzinach sąsiedzi trzepią dywany oraz starał się sprawdzić, czy
      lokatorzy jego bloku nie używają przypadkiem niedozwolonych środków
      antykoncepcyjnych.

      Pewnego dnia na osiedlu zjawiła się dobra wróżka w stroju jednej z typowych
      mieszkanek Ursynowa. Niosła w ręku siatkę z zakupami i prowadziła na smyczy psa.
      Nasz "bohater" od razu wyczuł, że oto zbliża się ofiara idealna. Podążył w jej
      kierunku i - niby niechcący - potrącił ją tak, że siatka wypadła jej z ręki, a
      pies pobiegł na trawnik i zaczął tam hasać. Na to tylko nasz stróż porządku czekał:
      - Ha! Patrzcie, patrzcie! Nie dość, że chodzić nie umie i zajmuje całą ścieżkę,
      to jeszcze śmieci! Kto to niby pozbiera! Pod MOIM blokiem takie śmieci??? A ja
      sobie nie życzę i w ogóle nie wiem, skąd pani przyjechała! A ten pies! Dlaczego
      on nie jest na smyczy! Przecież może ugryźć! Wie pani jaka jest odpowiedzialność
      za wyprowadzanie psa bez należytego zabezpieczenia! Zaraz pani powiem!... - tu
      chłopczyk zamilkł, bo Wróżka wyjęła czarodziejską różdżkę i zaklęła go tak, by
      milczał.

      - Przebrała się miarka - rzekła Wróżka - już wszyscy mają cię dość. Nie mogą
      ścierpieć twojego jęczenia i narzekania ani twoi sąsiedzi, ani byli znajomi,
      którzy się do ciebie nie przyznają, ani cała twoja rodzina! Obrzydzasz to miasto
      wszystkim, którzy znajdą się w okolicy! Ale mam dla ciebie karę! Zamieszkasz
      przy jednej z najdłuższych ulic, przy której wszyscy będą wyprowadzali swoje
      psy! Wszyscy twoi sąsiedzi będą mieli przynajmniej po jednym psie! Codziennie
      będziesz budził się z koszmaru sennego, w którym psy będą ciskać w ciebie swymi
      odchodami! Na zawsze bądź przeklęty!!! - wykrzyknęła wróżka i zniknęła.

      Chłopiec, choć mógł już mówić, wzruszył ramionami i poszedł do domu. Niedługo
      potem okazało się, że zmienia adres i przeprowadza się na ulicę KEN do bloku
      pełnego psiarzy... od tej pory co rano budzi się z krzykiem, bo śni mu się, że
      ściga go stado psów, które chcą rzucić w niego odchodami. Chłopiec biegnie do
      drzwi i nie może się zatrzymać, dopóki nie przebiegnie całej długości ulicy w
      jedną i w drugą stronę... a ulica jest baaardzo długa. Za sprawą dobrej wróżki...
      • silvio1970 Re: Dlaczego ulica KEN jest taka długa 30.09.05, 14:44
        urban_legend napisał:


        > Chłopiec, ... od tej pory co rano budzi się z krzykiem, bo śni mu się, że
        > ściga go stado psów, które chcą rzucić w niego odchodami. Chłopiec biegnie do
        > drzwi i nie może się zatrzymać, dopóki nie przebiegnie całej długości ulicy w
        > jedną i w drugą stronę... a ulica jest baaardzo długa.

        jakbym czytał o swoich koszmarach! ostatnio niemal codziennie prześladuje mnie
        sen, w którym jakaś zła wróżka każe mi czytać twoje legendy, od początku aż do
        końca i z powrotem. a sa baaaaaaaardzo długie!

        dobrze że wcześnie wstaję
        • prezes_66 Re: Dlaczego ulica KEN jest taka długa 30.09.05, 15:10
          Dziwię Ci się, drogi Sylwku, że mimo raptem 4-ch lat różnicy wiekiem (ja z 66-
          go), wciąż zamieszczasz tak zgryźliwe, przepełnione w każdym słowie
          zajadłością, komentarze pod adresem "Urban'a_Legend'a".
          Człowiek ów się "dwoi-troi" by choć po części rozbawić nasze szare-
          wielkomiejskie życie, a Ty tak częstymi wypowiedziami zapełniasz ten temat
          forum, treścią, co by tu nie ukrywać, jałową i nie wnoszącą absolutnie nic
          budującego.
          Ps. Pohamuj się Drogi Sylwku, bardzo Cię proszę!
          Mieszkaniec Kabat (Dembego/Zaruby)
          • billy_the_kid Re: Dlaczego ulica KEN jest taka długa 30.09.05, 15:15
            prezes_66 napisał:


            > Ps. Pohamuj się Drogi Sylwku, bardzo Cię proszę!
            > Mieszkaniec Kabat (Dembego/Zaruby)

            Drogi Prezesie, powiedzmy Mieciu,

            Ja się sobie nie dziwię, i tobie też sie nie dziwię. Każdy z nas jest inny.
            jeden woli bajki, drugi woli spacery na twardym gruncie. i wkurza go ze np. co
            krok to kupa. więc wracaj na karty legend naszego rozbawiaciela i nie przejmuj
            się ta druga stroną rzeczywistosci.
    • urban_legend Przy Bażantarni 08.10.05, 21:51
      Za króla Jana III Sobieskiego, w okolicy dzisiejszej ulicy Stryjeńskich, powstał
      osobliwy obiekt: bażantarnia. Hodowano tam owe ptaki, dziś prawie wytrzebione,
      będące ozdobą pańskich stołów. Bażantarnia była okazała i stanowiła dworską dumę
      - każdy chciał obejrzeć ów obiekt i zazdrościł królowi wspaniałej hodowli
      szlachetnego ptactwa. Jednym z pracowników bażantarni był dworak Antoni.
      Nieciekawa to była postać - chciwy, nieprzyjemny, oślizgły typ, który łypał
      tylko okiem w kierunku pańskiego złota. Gdy przybył do pracy na królewskim
      dworze, zaczęły ginąć ze stołów srebrne sztućce, drobna biżuteria dam dworu czy
      wreszcie małe obrazki, zdobiące pałacowe wnętrza. Król nigdy nie udowodnił
      Antoniemu winy, ale na wszelki wypadek wysłał go do pracy w bażantarni, żeby ów
      oddalił się nieco od dworu.

      Antoni nie był dobry dla królewskiego ptactwa. Oszczędzał, jak mógł, na pokarmie
      i wnętrzach, część dochodów kierując do własnej kiesy. Ptaki były głodne i
      stawały się coraz bardziej agresywne, gdyż zamiast kupić im pokarm, Antoni wolał
      nasycić swoje pragnienie posiadania i karmił je tylko raz, a nie trzy razy
      dziennie. Nic dziwnego, że ptaki zdziczały i z łagodnych, ociężałych nawet
      kuraków, stały się czupurne i natarczywe. Coraz częściej wydawały dziwne odgłosy
      i toczyły ze sobą walki.

      Pewnej nocy ptaki podkopały się pod ogrodzenie (było liche, bo i na tym Antoni
      oszczędzał) w poszukiwaniu pokarmu. Cała chmara bażantów przeszła przez rozległy
      teren, dziobiąc wszystko, jak popadnie - trawę, drewno, cokolwiek, byle dało się
      zjeść. W końcu dotarły do domu, w którym Antoni zamieszkiwał podczas pełnienia
      służby. Drzwi zostawił uchylone, gdyż lato było wówczas dość upalne. Ptaki
      wtargnęły do domu i znalazły się wkrótce w sypialni niedobrego dworzanina.
      Antoni nie miał żadnych szans obrony. Bażanty zaatakowały go twardymi dziobami,
      kłując, gdzie popadnie. Wydziobały mu oczy, wydziobały mu serce, którego i tak
      nie umiał im okazać...

      Nazajutrz służba królewska zastała w sypialni Antoniego potworny widok:
      szkielet, leżący na łóżku, w otoczeniu masy ptasich piór. Król kazał pochować
      Antoniego. Podczas przeszukiwania jego domu znaleziono przedmioty, skradzione z
      królewskiego dworu. Po jakimś czasie bażantarnia przestała istnieć, król zmarł,
      a tereny przeszły pod władanie Czartoryskich. A nazwa "Przy Bażantarni"
      przypomina o miejscu, które się tu kiedyś znajdowało, i o strasznej historii
      ludzkiej chciwości, ukaranej z nawiązką.
    • Gość: Orsolya Legenda o ursynowskim forum IP: *.aster.pl 11.10.05, 17:31
      Było sobie dawno temu ursynowskie forum. Miłe, sympatyczne, nikomu nie wadziło
      toteż wszyscy je lubili. Ale jak to w bajce bywa pojawił się tam pewien czarny
      charakter o niewdzięcznym nicu silvio. Można by rzec nieobyczajnie, że nieco
      posrany, jako że jego ulubionym tematem były odchody. Pisał o nich zawzięcie we
      wszystkich wątkach, bulwersował się, zakładał nowe wątki, a kiedy tego mu było
      mało wciskał odchody nawet w niewinne legendy. Doszło w końcu do tego, że pajac
      ten straszliwy i nielubiany przez normalnych, spokojnych forumowiczów pajac
      ZASRAŁ doszczętnie całe forum i użytkownicy przestali je lubić, a forum
      zamknięto. Niepocieszeni forumowicze uczcili to smutne zdarzenie w niecodzienny
      sposób: Udali się wszyscy pod dom silvio i nawalili tam wielką kupę odchodów,
      zalali betonem i oddalili się czym prędzej aby smucić się we własnych domach...
    • urban_legend Legenda o Górze Trzech Szczytów 14.10.05, 16:21

      Dawno, dawno temu, a może i jeszcze dawniej, tereny dzisiejszego Ursynowa
      zamieszkiwało niewiele ludzi. Niektórzy z nich jakoś dawali sobie radę, ale
      jednak większość klepała biedę i starała się w jakiś sposób poradzić sobie z
      brakiem środków do życia.

      Jednym z uboższych mieszkańców był Sylwiusz, który miał skromną chatkę nieopodal
      średnio wysokiej górki. Sylwiusz mieszkał tam z dziećmi (żona uciekła) i
      zastanawiał się, jak to jest, że jego sąsiedzi jakoś dają sobie radę, a on nie
      może. Stał się szybko człowiekiem zawistnym i złym, szukającym przyczyn cudzego
      sukcesu w nieczystych sprawkach.

      - Jak to z wami jest, sąsiadko, że stać was na nowe ubrania? – Wypytywał
      Sylwiusz mieszkającą obok kobietę.
      - Ano tak, panie sąsiedzie – ja pomagam kumie pilnować dzieci, ona mi czasem coś
      uszyje. Przysługa za przysługę – trzeba sobie wzajemnie pomagać.
      - Pomagać! Dobre! – odkrzyknął Sylwiusz – na pewno jakieś nieczyste interesy tam
      prowadzicie! Ja się wszystkiego dowiem! Znajdę! Wyśledzę! Doniosę, gdzie trzeba!
      – krzyczał rozgorączkowany Sylwiusz do miejsca, w którym jeszcze przed chwilą
      stała sąsiadka, która stwierdziła, że szkoda czasu i nie dosłuchała jego
      wypowiedzi do końca.

      Sylwiusz postanowił któregoś dnia, że zaprzeda duszę diabłu, żeby tylko lepiej
      mu się powodziło. Wzywał szatana, przywoływał na różne sposoby, a tu nic.
      Usłyszał jego prośby Bóg i pogniewał się na Sylwiusza, że się do sił ciemnych
      ucieka, zamiast kierować się ku światłu. Wysłał więc doń anioła, przebranego za
      czarta. Pewnego wieczora, gdy dzieci Sylwiusza już spały, przebrany anioł
      zastukał do jego drzwi.
      - Coś ty za jeden? – warknął Sylwiusz – Pewnie chcesz pieniędzy! Nie mam i nie
      dam ci! I nawet gdybym miał, to i tak bym ci nie dał! Wynocha!
      - Spokojnie, człowieku – rzekł anioł – możesz nazywać mnie jak chcesz, ale
      najlepiej zwij mnie Gościem. Gościem, który może pomóc ci osiągnąć to, o czym
      tak marzysz.
      - Oooo, no proszę… nie sądziłem, że mój głos zostanie wysłuchany – zainteresował
      się Sylwiusz – czy ty naprawdę jesteś…. Czy jesteś nim?
      - A jak sądzisz, Sylwiuszu, kim mogę być? Dam ci to, czego pragniesz, ale musisz
      zaprzedać duszę swoją i swoich pociech. Inaczej nic z interesu nie będzie –
      powiedział anioł.
      - Swoją też? Dzieci nie wystarczy? – zawahał się Sylwiusz – No dobrze. Gdzie i
      kiedy mam przyjść?
      - Przyjdź o północy na pagórek koło twej chaty. Tam się spotkamy – rzekł anioł i
      znikł.

      Sylwiusz długo nie mógł zasnąć – chciał zdrzemnąć się nieco, by odpocząć przed
      spotkaniem, ale myśl o brzęku złota nie dawała mu spokoju. W końcu wybiła
      upragniona godzina i Sylwiusz wyruszył truchcikiem na szczyt stojącej obok jego
      domu górki.

      Długo nie musiał czekać, gdy nagle błyskawica przeszyła niebo, zrobiło się
      jasno, jak w dzień, a grzmiący i wcale nie diabelski głos odezwał się tak, że
      słychać było w całej okolicy:
      - Wstydź się, Sylwiuszu! Moja cierpliwość została przez ciebie wystawiona na
      ciężką próbę! Popełniłeś wiele grzechów, ale dzień dzisiejszy przepełnił czarę
      goryczy! Chciałeś wezwać Szatana, by załatwił za ciebie twoje sprawy finansowe i
      to był Szczyt Chciwości! Chciałeś zaprzedać mu dusze swych dzieci! Był to Szczyt
      Okrucieństwa! Nie poznałeś się na aniele, który przybył do twego domu i był to
      Szczyt Głupoty! Za karę zamienię cię w kupę gliny i zostaniesz tu na zawsze, na
      samym szczycie tej góry!

      Tak też się stało – po dziś dzień na szczycie kopca, nazwanego od szczytów,
      które osiągnął Sylwiusz, jest gliniana hałda, po której jeżdżą rowerzyści.
      Czasem spacerują tu ludzie z pieskami…
    • urban_legend Legenda o Megasamie 07.11.05, 21:14
      Legenda o Megasamie

      Dawno, dawno temu, gdy Ursynowa jeszcze nawet Matka Natura nie miała w planach,
      w okolicach dzisiejszej ulicy Surowieckiego leżała spokojna, mała wioska
      barbarzyńców. Byli to leniwi, raczej niezbyt ruchliwi ludzie. Rzadko opuszczali
      swą osadę, a jeśli w ogóle, to tylko po to, by jakimś zbłąkanym przyjezdnym
      obciąć głowy, połamać żebra, wyłupić oczy lub powyłamywać palce. Jedyną
      rozrywką owych barbarzyńców było wydawanie zrabowanych pieniędzy. Paradoksalne
      było to, że na miejscowym targu nie dopuszczali się występków ani kradzieży,
      tylko uczciwie ustawiali się do straganów i czasem nawet targowali się o ceny z
      miejscowymi sprzedawcami, którzy na ogół pozostawali nieugięci.

      Targ rozrastał się, a mieszkańcy osady żyli coraz bardziej dostatnio. Im
      częściej przejeżdżały obok wioski różne wozy, które natychmiast patroszono (i
      ich pasażerów również), tym więcej weseli barbarzyńcy mogli wydać na swym targu.
      Ponieważ na targu obowiązywała kultura a handlarzy przybywało, zaczęli owi
      handlarze konkurować między sobą, by przyciągnąć rzesze klientów.

      - Za dwie kupione porcje mięsa dodam darmo porcję rzepy!
      - Za dwa pierścionki dorzucam amulet z kurzej łapy!
      - Za dwa amulety z kurzej łapy dorzucam darmo porcję mięsa!

      Takie i podobne okrzyki słychać było na targowisku. Jednak przybywało też co
      roku ofiar barbarzyńców, którzy coraz śmielej mordowali wszystkich
      przejeżdżających. Ich ciała zrzucali do przepełniającego się dołu, a dusze
      pomordowanych jęczały po nocach, budząc grozę nawet wśród barbarzyńców.

      Pewnej nocy jęki pomordowanych dusz dotarły do bram nieba. Święty Piotr wysłał
      więc na ziemię Archanioła Michała, zwanego Mega-Aniołem, by dowiedział się,
      czemu tak wiele dusz prosi o pomoc.

      Archanioł Michał zstąpił na ziemię i długo nie musiał czekać, by być świadkiem
      okrutnego mordu na grupie przejeżdżających wozem ludzi. Barbarzyńcy zabrali
      wszystko i poszli do domów a następnego

      dnia rano stali na targu, trwoniąc złupione pieniądze bądź sprzedając zrabowane
      dobra. Archanioł Michał rozzłościł się okrutnie, wziął wielki głaz, większy od
      całego targowiska, i cisnął na ziemię. Zahuczało, w górę uniósł się kurz, który
      bardzo długo opadał... wyginęli wszyscy barbarzyńcy, zajęci wydawaniem
      splamionych krwią pieniędzy. Z głazu, który Archanioł Michał rzucił na targ,
      późniejsi przyjezdni wykuli halę targową, na pamiątkę Mega-Anioła nazwaną
      MegaSamem. Stoi tam ona po dziś dzień...
    • urban_legend Legenda o Jeziorku Imielińskim 02.12.05, 15:41
      Było to niedawno...

      U pana S. w domu rodzinnym wszystko było, jak w zegarku. W każdym pomieszczeniu
      obowiązywał regulamin, którego złamanie powodowało, iż pan S. pisał donosy do
      siebie samego, by potem móc ukarać winowajcę. Karą (dodatkowo, poza przebywaniem
      w towarzystwie pana S.) było zazwyczaj sprzątanie trawnika przed domem lub
      liczenie płyt chodnikowych w obrębie najbliższych ulic.

      - Mario, nakruszyłaś herbatnikiem z sezamem w przedpokoju – zwracał się do córki
      pan S. – przecież dobrze wiesz, że osiemset sześćdziesiąty punkt Regulaminu
      Przedpokoju wyraźnie mówi o tym, że nie wolno do przedpokoju wnosić rzeczy,
      posypanych makiem lub sezamem. Będę musiał napisać zawiadomienie do głównego
      użytkownika przedpokoju, który na pewno ukarze cię za to przewinienie.
      - Zofio – mówił pan S. do żony – zostawiłaś niedopitą herbatę w kuchni po 18.00.
      Dobrze wiesz, że tysiąc pięćset dziewięćdziesiąty szósty punkt Regulaminu Kuchni
      wyraźnie tego zabrania.

      Pan S. dość często piętnował w domu rodzinnym naruszanie prawa, gdyż wierzył, że
      jego upór i konsekwencja sprawią, że świat stanie się lepszy, ludzie
      wyszlachetnieją a on sam pójdzie do nieba i będzie po wsze czasy zażywać
      rajskich radości. Niestety, jak to w życiu bywa, pan S. był osamotniony w swoich
      działaniach. Rodzina miała już powoli dość jego dziwactw i zaczęła na boku
      spiskować przeciwko niemu.
      - Musimy , dzieci, coś poradzić. Tak dłużej być nie może – mówiła żona pana S.
      do syna i córki, gdy pana S. nie było w domu – przecież to wstyd przed
      sąsiadami. Ostatnio musiałam liczyć stopnie we wszystkich klatkach schodowych
      tylko dlatego, że zapomniałam zamknąć gazetę, która leżała na stole.
      - A mi tata zabronił jeść przez dwa dni tylko dlatego, że zapomniałem nakleić
      znaczka pocztowego na zawiadomienie, które tata sam sobie wysyłał przeciwko
      Marysi – dodał syn.
      - Tak, tak! – Odezwała się córka – To było wtedy, gdy tata zauważył, że pętelki
      przy sznurówkach moich butów nie są równej wielkości i napisał donos! Pamiętam!
      - No więc, dzieci, musimy coś wymyślić…

      ……
      Pan S. jak zwykle wrócił do domu o siedemnastej szesnaście. Zdjął płaszcz i
      chciał go powiesić na swoim, specjalnie przeznaczonym dla siebie wieszaku, ale…
      wisiała tam kolorowa parasolka córki! „Niedoczekanie”, pomyślał i zaczął z
      pamięci recytować:

      - Zajęcie cudzego wieszaka jest złamaniem dziewięćset piętnastego punktu
      Regulaminu Przedpokoju. Sprawca owego zdarzenia winien… - głos pana S. zamarł w
      gardle, bo zobaczył coś, czego w tym domu nigdy wcześniej nie było: gumę do
      żucia, przyklejoną do łyżeczki po herbacie, pozostawionej na stole! Taki
      skandal! Twarz pana S. zrobiła się purpurowa i zmienił temat na bardziej drastyczny:
      - Złamanie dwóch przepisów naraz! Pozostawienie łyżeczki na stole oraz
      zostawienie produktu żywnościowego po spożyciu na widoku publicznym! Za to
      grozi… - głos uwiązł panu S. w gardle, gdy zorientował się, że to nie wszystko.
      Zauważył, że w sypialni łóżko nie tylko nie było pościelone, ale na podłodze
      walała się masa gazet i książek. Pan S. chciał wygłosić kolejne przemówienie,
      ale dotarło do niego, że nikogo nie ma w domu. Nie zdejmując płaszcza (nie miał
      go gdzie powiesić) usiadł na krześle i zaczął obmyślać okrutną karę dla
      winowajców. Po godzinie usłyszał hałas na klatce schodowej. Nie ruszał się.
      „Niech zobaczą mą marsową minę”, pomyślał, „niech obleci ich strach i niech
      powali ich na kolana skrucha”.

      Do mieszkania weszła córka pana S. Nie przywitała się z nim, tylko włączyła
      głośną muzykę, a następnie zaczęła skakać po mieszkaniu, chrupiąc przy tym słone
      paluszki. Za chwilę pojawił się syn z piłką, kopiąc ją po całym mieszkaniu. Pan
      S. wstał i już miał odebrać synowi piłkę, gdy w mieszkaniu zjawiła się żona.

      - Co to za dywersja?! To bunt! – krzyczał wściekły pan S. – to pogwałcenie
      wszelkich zasad! Żądam procesu! Co za nieodpowiedzialność! Kto będzie sprzątać,
      prać i gotować, gdy wy będziecie odbywać kary! Zaraz napiszę…
      - Nic nie napiszesz, kochanie – odparła żona, nie czekając na ciąg dalszy –
      widzisz, podczas twojej nieobecności uległy drobnej zmianie wszelkie przepisy
      domowe. Tu masz nowy zestaw zasad i swoje obowiązki. Aha, i jeszcze jedno.
      Kupiliśmy psa, będziesz wyprowadzać go cztery razy dziennie i sprzątać po nim.
      Wabi się Azor. Możesz go pogłaskać, czeka na ciebie w przedpokoju.

      Pan S., nie wierząc własnym uszom, wybiegł z mieszkania. Biegł na oślep, nie
      wiedział sam dokąd ani po co, aż wreszcie wykopyrtnął się o jakiś korzeń i padł,
      łkając okropnie. Płakał jak bóbr i nie mógł przestać, przez kilka dni i nocy pod
      rząd. Z jego wypłakanych łez powstało jeziorko, zwane dziś Jeziorkiem
      Imielińskim. Ludzie chętnie spacerują tu z psami i nawet nie wiedzą, w jakich
      dramatycznych okolicznościach powstało…
        • urban_legend Legenda o trollach ursynowskich 16.01.06, 22:16
          W jednym z ursynowskich mieszkań...

          - Mamo! Mamo! Widziałam dziwnego ludzika! Przebiegł przez przedpokój!
          - Sylwia, uspokój się, bo cię zaczaruję i zamienię w chłopca! Jak możesz
          wymyślać takie bzdury? Rozumiem, że wolałaś nasz poprzedni dom, ale tu, na
          Ursynowie, jest tak cudownie... metro, sklepy, nowa architektura, strażnik,
          parking... czego jeszcze chcieć?
          - Mamo, ale ja naprawdę go widziałam! Miał lewe oko większe od prawego! A
          wczoraj to Krysia mówiła mi, że widziała podobnego, jak wynosił paczkę z poczty
          na Ekologicznej!
          - Kochanie, co za bzdury opowiadasz. Jak chcesz, zadzwonimy do mamy Krysi i
          wszystko się wyjaśni.

          Minęło pięć minut...

          - Dzień dobry, tu mama Sylwii. Podobno pani córka widziała na poczcie tr... ach,
          tak? I pani w to wierzy? Że niby ukradł paczkę? Dziwi mnie pani postawa. Dziecko
          - rozumiem, fantazje, głupoty. Ale dorosła kobieta? Zrywam znajomość z panią. To
          żenujące wierzyć w takie bajki.
          - A nie mówiłam, mamo?
          - Cicho bądź, Sylwia, bo cię zaczaruję i zamienię w chłopaka! Jak można
          wygadywać takie rzeczy!
          - Ale mamo, tata Wojtka też jednego widział!
          - No wiesz, mieszasz do tego tatę Wojtka! I co, może kradł filmy z Multikina?
          - Nie, kolędował i wyprowadzał psy przed blokami na KEN.
          - Sylwia, czy ty coś dzisiaj w szkole jadłaś niedobrego? A może do taty Wojtka
          też powinnam zadzwonić?

          Po dwóch minutach...

          - Dzień dobry, tu mama Sylwii. Podobno pana syn widział, jak ktoś kolędował i
          wyprowadzał psy przed blok... tak? Niemożliwe... ale jak się panu wydaje, oni
          się umówili i razem fantazjują, prawda? Jak to... to pan też widział?
          Niesamowite... jak te dzieciary potrafią człowieka ogłupić. Jak panu nie wstyd?
          Może pan się pożegnać ze znajomością z naszą rodziną, to wstyd i hańba!!!
          - Mamo, nie mówiłam? I co, tacie Wojtka też nie wierzysz?
          - Nie wierzę!
          - Ale on jest...
          - Wiem, dziecko, kim jest tata Wojtka i to kolejny dowód, że te stanowiska
          zajmują nieodpowiedni ludzie. A teraz nie zawracaj mi już głowy i skończ z tymi
          durnymi opowieściami.
          - Ale mamo, nie wierzysz nawet w tego, który pluje do potraw w Sphinksie?
          - Dziecko, co ty bredzisz?
          - No, mama Joasi mówiła, że jak poszły do Sphinksa po kinie, to taki jeden
          podskoczył zza stołu i napluł im do talerza!
          - Słuchaj, Sylwia, kto jak kto, ale jeśli mieszasz w to mamę Joasi, to już
          przesada! Zaraz zamienię cię w chłopaka!
          - Ale mamo, zadzwoń do mamy Joasi!
          - Chyba żartujesz! Mama Joasi to poważna osoba! Co ona o mnie pomyśli?
          - Mamo, proszę!

          Po minucie...

          - Dzień dobry, tu mama Sylwii. Chciałam zapytytać, jak ocenia pani Sphinksa w
          Mutikinie; miałam ochotę się tam wybrać z Sylwunią... nie jest pani zadowolona?
          A to dlaczego? Przepraszam, wydaje mi się, że źle usłyszałam?... wie pani, to
          zabawne, ale usłyszałam, że złośliwy krasnoludek napluł pani do talerza... aha,
          pani rzeczywiście tak powiedziała. No cóż, nie pozostaje mi nic innego, jak
          życzyć pani miłego dnia... Sylwia, gdzie jesteś? Wstrętne dziewuszysko! Za karę
          zamieniam cię w chłiopaka! Za to, że wygłupiasz się i wciągasz w swoje historie
          porządnych ludzi! A masz! Od dzisiaj jesteś Sylwiuszem!!!

          Trzask-prask, minęło pół sekundy.

          - O Boże, co ja głupia narobiłam. Syl... nie, nie zbliżaj się do mnie! Jesteś
          jednym z nich! Pomocy, niech mi ktoś pomoże! Ratuuunkuuuuu!!!
              • urban_legend Legenda o ursynowskiej autostradzie. 26.03.06, 08:45
                Legenda o ursynowskiej autostradzie.

                Dawno, dawno temu, gdy jeszcze nikt nie spodziewał się, jak wspaniale rozkwitnie
                Ursynów, była sobie na tym terenie spokojna osada. Ludzie żyli powolutku, niczym
                się nie martwili a jedynym problemem, który utrudniał im komunikację, był brak
                dróg. Latem aż tak bardzo im on nie doskwierał, ale zimą trudno było przedostać
                się z jednego końca osady na drugi, ciężko było gdy musiał przyjść lekarz, nie
                mówiąc już o dotarciu do kościoła.

                W jednym ze skromnych domków mieszkał sobie Staloniusz, prosty człowiek, którego
                gospodarstwo graniczyło z terenem, planowanym pod wybrukowanie. Że był nie w
                ciemię bity, postanowił na tym nieco skorzystać.

                - Maryśka! Chono tu z kłonicom! - krzyknął do żony.
                - Łojeza! Co ja znowu zrobiłam?
                - Ty nic, ale patrzaj! Jak jakiś kundel albo jakiś bachor wybiegnie tu przed
                furtkie, naparzaj ile wlezie!
                - Aleć to nie nasze! Nasze tylko do płota! - oponowała małżonka.
                - Nasze nie nasze, pod oknem mi dokazywać nie byndom! - rzekł rozzłoszczony
                Staloniusz i dla przykładu kopnął wróbelka, który akurat przysiadł na progu domu.
                - Ale Staloniuszu, przeca to nie nasz teren i tu droga ma być! - cały czas nie
                dawała spokoju żona.
                - To nie byndzie! Nie byndom mie tu budowali drogi, ja pod mojom chałupom
                żadnego furkotu nie zniese! A i ty tyle nie gadaj, bo ci język kołkiem stanie! -
                to powiedziawszy, Staloniusz począł robić obchód gospodarstwa, żeby sprawdzić,
                czy nie zagrażają mu bezpańskie ślimaki i rzekotki.

                Tymczasem większość mieszkańców osady zdecydowała, że droga jest bardzo
                potrzebna i starszyzna poparła projekt, by droga została przeprowadzona wokół
                osady, tak by każdy miał do niej równy dostęp i żeby nie robiła zamieszania
                wewnątrz. Rozpoczęły się prace brukowania, zwieziono kamienie i zaczęto wytyczać
                częściowo ubity szlak. Niestety, jednym z pierwszych gospodarstw, które droga
                miała mijać, było gospodarstwo Staloniusza. Wybiegł on przed dom i zaczął palić
                gałęzie, liście i stare szmaty - robotnicy nic nie mogli dostrzec, więc,
                zniechęceni, zawrócili.

                - Ale spryciorz ze mnie, nie, Mańka? Z takom hołotom to ja se poradze!!! -ryknął
                zadowolony z siebie Staloniusz, dał dla przykładu po parę klapsów każdemu z
                dzieci, trzasnął żonę w twarz pokrywką od garnka i poszedł spać.

                Następnego dnia sytuacja powtórzyła się. Staloniusz znów rozpalił ogniska,
                zasmrodził całą okolicę i robotnicy odeszli z niczym. Po jakimś czasie nauczył
                tego swoje dzieci a one - swoje.

                Po dziś dzień na Ursynowie nie ma autostrady, a potomkowie Staloniusza nadal
                zasmradzają okolicę, by tylko utrudnić życie sąsiadom i sobie samym. I żyją
                długo i szczęśliwie (?).
    • urban_legend Zgorzała nad jeziorem 12.07.06, 12:55
      Było to dawno... słońce pięknie świeciło a czerwcowe niebo przyozdabiały leniwie
      płynące, białe obłoczki. Owieczki pasły się na trawie a pastuszek Zygmuś
      odganiał muchy od owieczek oraz od swego tatka, który pijany leżał w polu kapusty.

      - Zygmuś, Zygmuś - usłyszał wołanie chłopczyna - obiad ci przyniesłam! A i dla
      tatka nieco gorzałki, bo widzę, że słaby, wzmocnić go trzeba!

      Zygmuś głodny był już okrutnie, więc w te pędy poleciał do matuli po dwojaki ze
      strawą. Skromną, ale sytą. Owieczki jadły pół dnia, więc i Zygmusiowi się coś
      należało. Zygmuś dość głośno mlaskał, jedząc, toteż ojciec, drzemiący w połowie
      zagonu kapuścianego, obudził się.

      - Matka coś przyniesła? - spytał nieprzytomnie rodziciel.
      - Ano tak, gorzałkę, o tu jest - Zygmuś podał flaszkę ojcu, ale ten, po
      przyłożeniu ust, skrzywił się okropnie.
      - Dziecko, co to jest? Wrzątek, ukrop! Gorzałka zimna musi być! Jak sam
      zaczniesz pić, to zobaczysz! Idźże tam wedle drogi, do jeziora dojdziesz. Wkop
      flaszkę w piach przy brzegu, żeby była w wodzie zanurzona, ostudzi się, wtedy ja
      sobie wypiję.

      Zygmuś, posłuszne dziecię, zostawił tatkę w polu i pobiegł co sił, by mu ulżyć.
      Tatko od rana zajęty był leżeniem w zagonie i nie miał sił sam sobie usłużyć.
      Zygmuś jednak niewprawny był jeszcze i - gdy tylko odszedł, a czego już nie
      widział - butelka, siłą wody, wypchnięta została z powrotem na brzeg. Tam,
      upadłszy na piach, zaczęła się nagrzewać. Słońce świeciło coraz mocniej...

      Tatko Zygmusia przez ten czas zmęczył się okropnie, czekając na syna, i zapadł w
      sen. Zbudził się dopiero, gdy słońce zaczynało już zachodzić. Przez parę chwil
      siedział bezmyślnie, otoczony główkami kapuścianymi, dłubiąc w nosie, aż w końcu
      przypomniał sobie o butelce. Zygmuś już dawno z owcami z pola poszedł i tatko
      sam musiał sobie przynieść swój zasłużony napitek.

      Tymczasem upał rozsadził butelkę, która pełna była mocnej gorzałki. Alkohol
      zaczął parować i zapalił się - gdy tatko Zygmusia przybył nad jezioro, zastał
      płonącą pochodnię, która była jego niedoszłym ukojeniem za całodzienną harówkę.
      Wpadł w rozpacz, zaczął tarzać się po ziemi, uderzać głową o kamienie i wyć
      strasznie, słychać go było daleko aż we wsi.

      - Zgorzała!!! Moja gorzała zgorzała!!! Nad jeziorem!!! - krzyczał. Ponieważ nie
      chciał się uspokoić przez kilka następnych dni, miejscowy felczer zalecił
      upuszczenie krwi, które przeprowadzono zanadto skrupulatnie, w wyniku czego
      tatko Zygmusia wykrwawił się na śmierć. Jego krew, pełna alkoholu, również się
      zapaliła. Po tych wszystkich wydarzeniach miejscowi ludzie nazwali okolicę,
      która mieści się niedaleko obecnej stacji Jeziorki, "Zgorzała nad jeziorem".
Inne wątki na temat:

Nie pamiętasz hasła

lub ?

 

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się

Nakarm Pajacyka