Nauczycieli jest za dużo

IP: *.ip.netia.com.pl 28.10.10, 14:52
Ciekawe skąd autor bierze takie informacje:

"Co to za szkoła? Wiadomo - taka, za którą się płaci. I to sporo. Jedna z warszawskich szkół z wykładowym językiem obcym. Jej nauczyciele nieźle zarabiają, ale dzień w dzień pracują po osiem godzin.
Wszystko inaczej niż w "normalnej" polskiej szkole, prawda?"

A dokładniej tę o zarobkach. Praca w szkole tzw. płatnej jest najczęściej gorzej opłacana niż w szkolnictwie publicznym. Faktycznie nauczyciele harują naprawdę nieźle, tyle że za całe 2100 brutto.
    • Gość: MAKS Jak się udała "wielka" reforma szkolnictwa? IP: *.vline.pl / 172.16.6.* 28.10.10, 16:52
      1 września 1999, co to za data? Według polityków, jest to dzień wejścia w życie reformy szkolnictwa. Powstanie Gimnazjum i skrócenie Szkoły Podstawowej do klas sześciu. A według mnie? Co oznacza ta data? Nie mniej, nie więcej, jak upadek szkolnictwa i zaniżenie poziomu nauczania!
      Tak się złożyło, że miałam nieszczęście być pierwszym rocznikiem, który zamiast 8 klas szkoły podstawowej skończył tylko 6 i poszedł do gimnazjum. Właśnie gimnazjum to chyba najgorszy pomysł z możliwych, zaraz po nich nowa matura. Kiedy byłam w szóstej klasie nauczyciele kładli nam do głowy, że po jej ukończeniu pójdziemy do nowe szkoły. Z samego ministerstwa oświaty, dostawaliśmy piękne, kolorowe foldery. Teczki z materiałami i inne "bajery". Nie dało się nie cieszyć z gimnazjum. Każdy chciał jak najszybciej skończyć SP i iść dalej, "w świat". Tak właśnie określali to ludzie, którzy szerzyli między nami "wrogą propagandę".
      Jak wyglądał ten lepszy "świat" w praktyce? Dzieciaki, z prawie całej gminy w jednej szkole z ósmymi klasami i jedna siódmą. Skąd siódma? A no z całej gminy i okolic pozbierali wszystkich, którzy nie zaliczyli roku będąc w siódmej klasie i wsadzili do jednej klasy. Niestety, ale ta jedna siódma klasa... jej uczniowie raczej nie należeli do "aniołków", "fala" w szkole była na porządku dziennym. Dołączali do nich również ósmoklasiści, więc życie gimnazjalisty należało raczej do ciężkich.
      Poziom nauczania
      Ten raczej nie należał do wysokich. Zbieranina uczniów z różnych szkół to nie jest raczej dobry pomysł. Fakt, nowe znajomości i przyjaźnie, ale to nie wszystko. To tylko wierzchołek góry lodowej, a ta nie jest niestety zbudowana z takich pozytywów. Pierwsze co wyszło z tej mieszaniny, to to, że w każdej szkole przerabiano inne lektury, mimo jednolitego programu nauczania dla szkół podstawowych, każdy polonista wybierał lektury według własnego uznania. Tak właśnie zdarzało się nam przerabiać lekturę po raz drugi. Nie tylko z językiem polskim były problemy.
      Również z językami obcymi były spore problemy, gdyż na terenie gminy w szkołach podstawowych uczono 4 różnych języków. Tak więc spora grupa osób uczyła się po raz drugi np. podstaw języka niemieckiego. Innym rozwiązaniem było powtarzanie w skrócie wiadomości podstawowych z danego języka dla osób, które się nie uczyły miała być to forma nauki, a dla tych, którzy się uczyli forma przypomnienia. W rezultacie tej "wspaniałomyślności" jedni się nudzili jak mopsy, a drudzy nie umieli dalej nic, co odbijało się w dalszej nauce języka. Takie różnice w poziomie i różnice można by opisywać w nieskończoność.
      Co po Gimnazjum?
      Po opuszczeniu murów "cudownego" gimnazjum, z dumą niesiemy nasze świadectwa do szkół średnich. Każdy według uznania. Tutaj znów powtarza się sytuacja z gimnazjum. Mianowicie, niektórzy przerabiali daną lekturę po raz trzeci! Dlaczego, odpowiedź jest prosta. W gimnazjach panuje pod tym względem taka różnorodność, że każdy uczy się tam czegoś innego, a nauczyciele, każdy robi co uważa za stosowne. Nie winię ich absolutnie, gdyż wierzę, że każdy nauczyciel uczy tak, jak wydaje mu się dobrze. Jeden uważa jedną lekturę za ważniejszą od innej, a drugi odwrotnie. Za to nie można ich winić, jedyna słuszna wina leży po stronie ustawodawcy.
      Języki obce - powtórka z gimnazjum. Po raz trzeci podstawy. I w ten sposób, znamy znakomicie podstawy, ale nie mamy czasu na rozszerzenie treści o informacje do matury. Efekt? Albo uczysz się sam, albo oblewasz maturę! Wracając, to samo dotyczy język polskiego. Nauczyciel, nie jest w stanie przeanalizować dokładnie wszystkich epok wraz z lekturami, nie ma na to czasu. Efekt? Taki sam ja w przypadku języków obcych, trzeba uczyć się samemu!
      Matura
      Matura - chyba najciekawszy element reformy! Zaczyna się niewinnie. Każdy zobowiązany jest złożyć deklarację maturalną. Wypełniamy kolejno pola. Niby zwykły kwestionariusz, ale tylko postaw kropkę nie w tę stronę co trzeba! Kopiowanie deklaracji, bieganie od nauczyciela do nauczyciela, szukanie pomocy, ale niestety coraz ciężej z pomocą... Wszyscy nauczyciele są zajęci wypełnianiem lub pomocą w wypełnianiu deklaracji innym uczniom! Lekcje się nie odbywają, każdy nauczyciel pomaga jak może. Kolejki jak te z czasów PRL. Jedyna różnica, że nie stoi się w celu kupienia czegokolwiek, a w celu uzyskania pomocy. Kiedy po miesiącu paraliżu w szkole deklaracje są złożone, przychodzi czas na rozdanie tematów prac maturalnych z języka polskiego. Czasami kolejki stoją pod szkołą już o 5 rano. Każdy chce mieć jak najlepszy temat, a jeden temat tylko dla 3 uczniów, trzeba się zatem spieszyć.
      Na szczęście ta sytuacja nie pojawia się w każdej szkole. Kiedy mamy tematy, trzeba napisać pracę maturalną. Mamy na to prawie cały rok szkolny, ale tylko w praktyce. Przez połowę tego czasu staramy się oddać poprawnie napisane bibliografie. Sytuacja bardzo podobna do wypełniania deklaracji. Z jedną różnicą, zajęci są tylko poloniści, język polski nie odbywa się, przerw nie mają ani uczniowie ani poloniści. Co za tym idzie, dodatkowe opóźnienia programowe z zakresu języka polskiego. Kiedy to wszystko przejdziemy, zostaje nam napisanie pracy maturalnej i sam egzamin.
      Na egzaminie ustnym z języka polskiego czujemy się prawie jak na obronie pracy dyplomowej. Musimy obronić swoje racje zawarte w pracy i odpowiedzieć na szereg pytań.
      Język obcy. Bez pracy ale za to 100 pytań do z zakresu słownictwa, które tak naprawdę nigdy nam się nie przyda w realnej sytuacji. Wiem co mówię, zdawałam maturę z języka niemieckiego, a teraz mieszkam w Berlinie. To czego nauczyłam się w szkole na potrzeby matury nie przydaje mi się wcale. Egzaminy pisemne idą lepiej. Jedynie na języku obcym nie jest tak miło. Słuchanie nagrań w języku obcym najczęściej odbywa się w sali, gdzie zdecydowana większość zdających słyszy nagranie źle, bądź wcale nie słyszy. Ale regulamin określa dokładnie ilość powtórzeń nagrania. No cóż, pech jest pech.
      Amnestia maturalna
      Kiedy już udało się ujarzmić reformę i ogarnąć cały powstały bałagan, nadszedł czas panowania ministra Romana Giertycha. Pomijając inne jego "rewelacyjne" pomysły, skupię się na amnestii maturalnej.
      Gdy już przeszłam całą edukację w gimnazjum, szkole średniej i zdałam maturę, poszłam na studia. Co mnie bardzo poirytowało, to to, że studiowały ze mną osoby, które nie zdały matury. Jakim cudem? Spytajcie pana Giertycha, bo ja sama tego nie rozumiem. Ja sama uczyłam się sumiennie, aby zdać dobrze maturę. Nie jedna impreza mnie ominęła. Nieprzespane noce i dziesiątki przeczytanych i przerobionych lektur.
      Politycy!
      Zanim coś uchwalicie, przemyślcie wszystko dokładnie po 10 razy. Róbcie wolniej a dokładniej! Trochę wyobraźni! Niczego już chyba nie trzeba dodawać, wszyscy wiemy, jak wyglądają rządy w Polsce. Przykre ale prawdziwe.
    • Gość: Rudzielec Nauczycieli jest za dużo IP: *.szczecin.mm.pl 29.10.10, 08:24
      Czy nauczycieli jest za dużo? A może to klasy są zbyt liczne? Kiedy szłam do podstawówki w 1990 przeciętna klasa liczyła sobie po 18 - 20 osób, dziś to jest minimum trzydzieści. Nauczyciel nie jest w stanie, choćby stanął na rzęsach, zapewnić wszystkim uwagi, więc po prostu odbębnia zajęcia według ustalonego planu, zadaje zadania domowe i idzie do następnej klasy. Przy ponad trzydziestce osób nie da się prowadzić ćwiczeń na lekcji, tak by móc odpuścić pracę w domu. W prywatnych szkołach klasy liczą po kilkanaście osób, więc nauczyciel ma czas zając się wszystkimi niezależnie od poziomu. W szkole publicznej uwagę skupia się na najzdolniejszych, a reszta ma jakoś sobie radzić.
      Bardzo wątpię, żeby zmniejszenie liczby nauczycieli coś dało. Tak naprawdę należałoby znacznie zwiększyć nakłady na oświatę, zmniejszyć liczebność klas i - owszem - wydłużyć pracę nauczyciela może nie do ośmiu, ale do sześciu godzin dziennie. Bo chociaż odpadłyby prace domowe i czas związany z ich przygotowaniem, to jednak pozostaje przygotowanie się do lekcji przez nauczyciela, rozpisanie i sprawdzenie sprawdzianów i prac klasowych - chyba żeby wprowadzić odgórne testy wyboru, które są jednak kiepską metodą sprawdzenia wiedzy.
      Ale oczywiście pieniędzy jak zwykle u nas brak, więc kombinujemy jak koń pod górkę.
    • Gość: nauczycielka Nauczycieli jest za dużo IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 01.11.10, 23:02
      rozpisałam się zanadto i cały mój wywód się skasował...

      chciałabym tylko zwrócić uwagę autorowi, że praca domowa nie jest zadawana po to, żeby odrabiał ją rodzic czy żeby zmniejszać dochód państwa z podatków, lecz po to, żeby jeden delikwent z drugim nauczyli się samodzielności i przypomnieli, oraz ugruntowali sobie wiedzę, którą podczas zajęć nauczyciel im przekazał.
      Jeśli autorowi taki sposób uczenia się nie jest znajomy, to nie wiem co on robi pisząc do gazety. A może uczył się wszystkiego co wie metodą Callana, powtarzając zdania jak mantrę, bez zrozumienia i sensu...

      Na miejscu autora najpierw bym się zastanowiła a później wypisywała takie farmazony o nauczycielach.
Pełna wersja