mafik
30.12.05, 13:29
Poniżej to co w wolnych chwilach, udało mi się wymyślić. Zachęcam do dyskusji
i do działania!
Cieszę się, że coraz głośniej mówi się o problemie zatrudniania dziennikarzy w
Polsce. Dyskusje na tym forum mogą stać się początkiem narodowej dyskusji na
temat kondycji polskiego dziennikarstwa, etyki wykonywania zawodu oraz
motywacji dziennikarzy. Jest to poważny problem, który należy zanalizować, w
co najmniej w kilku aspektach.
Wiele osób cieszyło się z upadku największego koncernu wydawniczego w Europie
– jakim był RSW „Prasa Książka Ruch”. Gigant upadł, a dzisiaj wielu z byłych
pracowników RSW marzyłoby, aby te czasy wróciły. Zaś młodzi dziennikarze i
ludzie mediów mogą o czasach takich jak RSW tylko pomarzyć. Nim zostanie mi to
zarzucone, nie był to dobry czas dla mediów z uwagi na interwencje cenzorów,
etc. Więc bynajmniej się z nim nie utożsamiam. Ze wspomnień starych uznanych
dziennikarzy. – „Dziennikarz to był Pan!” Niemal zaraz po rozpoczęciu pracy
otrzymywał przydział na mieszkanie – w końcu musiał w spokoju przygotowywać
się do pracy zawodowej! Miał też dużo łatwiej przy uzyskaniu talonu na
samochód – dziennikarz musiał się przemieszczać, o wiele częściej niż inni!” –
to tylko krótki wycinek. Przypomnę, że w „dawnych czasach” redakcje
zatrudniały np. tytularzy, dziś instytucję zupełnie zapomnianą. Chociaż
dominowała „Trybuna Ludu”, to jak bliżej się przyjrzymy rynek tytułów wcale
nie był taki mały, wystarczający spojrzeć na rynek dzienników lokalnych. Weźmy
pod uwagę takie województwo śląskie – „Dziennik Zachodni”, Trybuna Robotnicza”
„Wieczór”, albo dolnośląski „Słowo Polskie”, „Wieczór Wrocławia”, „Gazeta
Wrocławska”, a w Krakowie „Dziennik Polski”, „Echo Krakowa”, Gazeta
Krakowska”. A dzisiaj? W śląskim jedna gazeta, w dolnośląskim jedna, w
małopolskim – dwie. Rynek mediów, chociaż mamy zarejestrowanych około pięciu
tysięcy tytułów, nie daje gwarancji dobrej płacy dla dziennikarzy.
Niedawno na forum dyskutowaliśmy który z tytułów płaci najgorzej. Nie znam
sytuacji pracowników Orkli, chociaż znajomi z tejże grupy wydawniczej
opowiadali mi o tym, że zarobki nie są zbyt zachwycające. Cieszą się jednak,
że nie są tak złe jak w grupie „Polskapresse”. Media lokalne to zupełna
tragedia. Są one najczęściej redagowane przez ludzi, nie mających o
dziennikarstwie bladego pojęcia – emerytowanych nauczycieli, stażystów z
bezrobocia, lokalnych polityków. Media lokalne mające naprawdę wysoki poziom,
wskazałbym na palcach jednej ręki. Ale i tu dochodzi do paradoksów. Chłopakowi
z jednej z lokalnych gazet, zaoferowano współpracę z „Polskapresse”. Odmówił,
bo przy większym nakładzie sił i środków, zarabiałby o połowę mniej niż
obecnie (1200 zł). Odpływ polskiego kapitału z mediów spowodował, iż zachodni
wydawcy traktują tytuł tylko i wyłącznie, jako produkt marketingowy. Podnosi
się ceny reklam, zwiększa zyski, polepsza efektywność, a czasem nawet podnosi
poziom czytelnictwa, przy jednoczesnym zaniżaniu wycen dziennikarzy.
Paradoksalnie coś czym kusi się czytelnika – czyli np. zmiana layoutu poprzez
dodanie większej ilości światła, odbija się… na dziennikarzu. Więcej światła
oznacza mniej miejsca na tekst. Mniej miejsca na tekst jest jednoznaczne z
koniecznością wypłacania mniejszej wierszówki. Wspomniałem o Orkli,
wspomniałem o Polskapresse, pora wspomnieć również o Agorze. Dziennikarze
skarżą się, że podwyżek płac nie mieli od niepamiętnych czasów, tak ładnie to
to nazywa się „zamrożenie płac”. Nie mam niestety danych na temat płatności w
Axel Springer Polska i wydawnictwie Bauer. Dziennikarzy stamtąd proszę o
zamieszczenie swoich uwag.
Rola pracownika – dziennikarza. Kiedyś na tym forum wymyśliłem pojęcie
„biedronkyzacja dziennikarstwa”. Piszemy o niewolniczej pracy pracowników
Biedronki, tymczasem dziennikarz pracuje 7 dni w tygodniu (czy któryś z
dziennikarzy newsowych, próbował powiedzieć swemu szefostwu, że chce mieć
wolny dzień za niedzielę?). Pracuje zdecydowanie więcej niż 8 godzin (ładnie
nazywa się to nielimitowany czas pracy). Chociaż pracuje w terenie, nie może
liczyć na coś co w normalnych firmach nazywa się posiłek regeneracyjny. W
coraz większej liczbie redakcji nie może liczyć nawet na herbatę z kasy
redakcji. Jeżeli otrzymuje zatrudnienie – etat, to na ogół jest to któraś jego
część, po kilku latach starań. Zmorą polskiego dziennikarstwa jest możliwość
zatrudniania tzw. współpracowników, oznacza to tyle, że wydawca w majestacie
prawa ma pracownika (któremu płaci tylko za produkty), ale tak naprawdę nie
musi za niego płacić ZUS-u i kilku innych składek. Pracowni pracuje na własne
ryzyko. W razie nieszczęścia, nie może liczyć na jakąkolwiek pomoc. Niedawno w
Grecji odbył się strajk dziennikarzy. Protestowali oni przeciw zbyt niskim
płacom – wynoszącym 4000 euro. W Polsce dziennikarz cieszy się gdy zarabia 500
euro, przy czym gros z nas zarabia w granicach 200 -300 euro. Dla podkreślenia
sytuacji, Grecja uważana jest za jeden z najbiedniejszych krajów Unii.
Dlaczego więc dziennikarze nie protestują? Sytuacja jest paradoksalna. Otóż
wielu boi się odejścia z zawodu, bo np. straci cenne kontakty (ta obawa jest
niepokojąca, może rodzić wiele podejrzeń o nieuczciwość), nie znajdzie nowego
miejsca zatrudnienia („przecież ja umiem tylko pisać”), obawia się o to, że
nie znajdzie pracy w innych mediach, itp., itd. Na domiar złego na to miejsce
w gazecie czekają setki młodych wykształconych dziennikarzy po studiach,
którzy są świetnie przygotowani teoretycznie, a robić gazetę nauczą się „na
żywca”. Zresztą studia dziennikarskie to też pewien rodzaj manipulacji, gdyż
często przed młodymi ludźmi roztacza się wizję dobrze płatnego zawodu i wielu
perspektyw na życie, co w praktyce mija się z rzeczywistością.
Na czym polega nieszczęście polskiego dziennikarstwa? Na istnieniu dwóch
stowarzyszeń dziennikarskich, które nie mają tak naprawdę żadnego znaczenia i
dla dziennikarzy są do niczego nie potrzebne! Już sama nazwa kojarzy się z
towarzystwem, a zatem i dobrą zabawą, a nie pracą. SDP i SDRP mają charakter
towarzystw wzajemnej adoracji, by nie użyć ostrzejszego zwrotu. Czy to
normalne, by chcąc należeć do organizacji zawodowej, należy przedłożyć
rekomendację dwóch osób wprowadzających? Takie praktyki stosuje się w sektach!
Mam wykształcenie dziennikarskie, mam spore doświadczenie zawodowe, do żadnej
z organizacji nie należę, gdyż nie chciało mi się szukać dwóch osób, „które
mnie wprowadzą”. Oba stowarzyszenia dla dobra polskiego dziennikarstwa powinny
wreszcie ulec samorozwiązaniu, a w ich miejsce powinna powstać Krajowa Izba
Dziennikarska, podobnie jak jest to zorganizowane u: adwokatów, radców
prawnych, sędziów, notariuszy, ba a nawet u rzemieślników! Krajowa Izba
Dziennikarska zrzeszała by autentycznych dziennikarzy, a nie „osoby
wprowadzone”, dbała o lobbing zawodu dziennikarskie. Brała aktywny udział w
tworzeniu ustaw medialnych. Co to oznacza? Tylko tyle, że dziennikarze mieliby
wreszcie okazję do walki o własne prawa, co również wpłynęłoby na kondycję
(jakże słabą!) polskiego dziennikarstwa w dniu dzisiejszym. To mój głos w tej
dyskusji, zachęcam Was do przedstawiania własnych stanowisk. Razem możemy
spróbować coś zmienić…
W razie pytań możecie pisać również na mafik@gazeta.pl