Gość: toska2000
IP: *.broker.com.pl
03.07.08, 15:21
Przykro to czytać (szok, szok!), co na to GW?
szanuję GW za kompetencje, ale trudno nie zauważyć pewnej
stronniczości tegoż pisma i podejścia "dobre jest to, co my uznamy
za dobre".
A jest tak, że źdźbło dostrzegacie w oku bliźniego,
a belki w swoim nie widzicie :E
Tutaj fragm. tekstu z interii.pl:
Miłosierdzie według "Gazety Wyborczej"
Czwartek, 3 lipca (09:26)
Dziesięć lat milczałam o okolicznościach choroby i śmierci Jacka
Kalabińskiego, korespondenta "Gazety Wyborczej" w Waszyngtonie w
latach 1991-1997. Teraz przerywam milczenie - pisze dziś
w "Rzeczpospolitej" żona Jacka, Barbara Kalabińska.
"Uważałam, że nie mam moralnego prawa oceniać postępowania innych.
Zarazem było mi bardzo trudno przez te dziesięć lat zapomnieć obraz
Jacka w cierpieniu i chorobie" - pisze Barbara Kalabińska.
"Przerywam milczenie sprowokowana sprawą Maleszki. W tej historii,
jak w soczewce, skupia się dwuznaczność kryteriów, jakimi kieruje
się kierownictwo "Gazety Wyborczej". Z jednej strony "Gazeta" latami
kryje, chroni i opłaca gangstera moralnego, jakim jest Maleszka,
nazywając to "aktem miłosierdzia chrześcijańskiego" oraz stosowaniem
kryteriów "socjalnych i humanitarnych". Określa ponadto samą siebie
jako "ofiarę", a Maleszkę jako "tragiczną postać".
"Z drugiej strony to samo kierownictwo "Wyborczej" - pisze w "Rz"
Kalabińska - pozbawiło pracy swojego wieloletniego korespondenta
Jacka Kalabińskiego, gdy był śmiertelnie chory i Jego życie zbliżało
się do końca. Wobec Jacka Kalabińskiego "GW" nie zdobyła się ani
na "akt miłosierdzia chrześcijańskiego", ani na zastosowanie
kryteriów "socjalnych i humanitarnych".
Jak przypomina Barbara Kalabińska, Jacek umarł w wieku 59 lat, 24
lipca 1998 r. Chorował półtora roku. Raz odwiedził go bawiący w
Waszyngtonie Adam Michnik. Miał okazję na własne oczy zobaczyć, jak
ciężki jest stan Jacka. Michnik, żegnając się ze mną przy szpitalnej
windzie, powiedział: "Jesteś dzielna. Dasz sobie radę".
Barbara Kalabińska informuje też o telefonie Heleny Łuczywo,
zastępcy Adama Michnika, do Jacka Kalabińskiego. "Rozmowa przebiegła
następująco (co przepisuję z diariusza, bo pamięć jest ułomna):
Helena Łuczywo: Jak się czujesz?
Jacek Kalabiński: Lepiej. Właśnie szykuję się wrócić do pisania.
Helena Łuczywo: Nie musisz. Właśnie dyskutowaliśmy tu w redakcji i
zdecydowaliśmy, że "Gazeta" nie może ponosić ryzyka trzymania
nieubezpieczonego korespondenta.
Jacek Kalabiński: ??
Helena Łuczywo: Zaraz dostaniesz faksem zwolnienie. Widzisz, nie
jesteśmy bezwzględnymi kapitalistami, tylko humanitarnymi
demokratami, dlatego nie dzwoniliśmy do ciebie w lutym, kiedy gorzej
się czułeś.