mamcia46
08.04.08, 14:49
Witam! Jestem mamą 22 miesięcznego synka. Od pewnego czasu mały
chodzi do żłobka i oprócz ciężkiej adaptacji, którą na początku
przechodził myślałam, że wszystko jest ok. Co prawda miał przerwe 2
tygodnie bo zachorował na nieżyt żołądkowo jelitowy, ale nie winię
za to żłobka bo akurat panowała u nas epidemia. Problem pojawił się
po świętach, kiedy przyprowadziłam małego i pani opiekunka poprosiła
o zmierzenie temperatury (codziennie rano jest mierzona). No i
okazało się, że synek ma 37,3. Byłam bardzo zdziwiona bo nie był ani
rozpalony, ani nie miał żadnych innych objawów świadczących o
rozwijaniu się infekcji. Po przyjściu do domu mierzyłam temperaturę
i zawsze ma 36,5-36,7. Taka sytuacja trwa już dwa tygodnie, w domu
normalna temperatura, a w żłobku stan podgorączkowy. Kupiłam nawet
nowy termometr, żeby się upewnić ale oczywiście temperatura
normalna. Poszłam z synkiem do lekarza i opowiadam całe zdarzenie a
pani dr na mnie jak na wariatkę bo widzi, że dziecko okaz zdrowia.
Co w tej sytuacji mam zrobić? Czy miały panie kiedyś taki przypadek?
Bo ja mam już dosyć patrzenia na mnie jak na matkę nie ingerującą w
zdrowie dziecka. Proszę pomóżcie!
Dodam tylko, że pani doktor zasugerowała, że może w żłobku jest za
gorąco (i tu się zgodzę, bo duchota tam niesamowita), albo poprostu
mały z tych emocji dostaje temperatury. Co o tym sądzicie?
Pozdrawiam