babsy
04.05.08, 16:45
Drodzy Rodzice,
wielu z Was martwi się (co zrozumiałe) przed pierwszym, "samodzielnym" dniem
dziecka w żłobku/klubiku. Żeby choć trochę podnieść Was na duchu i pomóc Wam
wyobrazić sobie, jak to może być, postanowiłam opisać historię adaptacji ok.
15 miesięcznego chłopca, który niedawno zapisał się do nas. Nazwijmy go
Mateusz- prawdziwe imię nie jest istotne

.
-sobota: Mateusz przyszedł do klubu z rodzicami w sobotę. Byłam z nimi tylko
ja, najpierw pokazałam całą placówkę, później odpowiadałam na pytania
rodziców, jednocześnie bawiąc się z chłopcem.Najpierw był bardzo nieśmiały,ale
w końcu skusiły go kolorowe zabawki.Po kilku minutach udało mi się go wciągnąć
w zabawę. Na rodziców się raczej nie oglądał, uśmiechał się, był wyraźnie
zadowolony. Po godzinie takiej zabawy i rozmowy, rodzice i Mateusz poszli do
domu. Po kilku dniach rodzice zapowiedzieli, że Mateusz zacznie do nas chodzić
od poniedziałku. Odpowiednio wcześniej uprzedziłam opiekunkę grupy Mateusza,
że przyjdzie do niej nowy chłopiec, nieco introwertyczny i nieśmiały, nie lubi
zabawek muzycznych i nigdy nie zostawał pod opieką nikogo innego, oprócz
swojego taty. Pokazałam niani dokumenty, w których rodzice zaznaczyli, że
chłopiec lubi spać na spacerze i chętnie je przetwory mleczne. Przygotowałyśmy
się na przyjęcie nowego gościa.
- poniedziałek: Mateusz przybył do nas z tatą o 8.30. Tata wprowadził go do
bawialni, pół godziny bawił się z synem, później powiedział mu "Papa, tata
wychodzi" i poszedł. Mateusz, gdy tylko zrozumiał, o co chodzi, zaczął płakać.
Podeszłam więc do niego i zaczęłam uspokajać, wzięłam na kolana i przytuliłam.
Udało mi się go uspokoić, ale cały pobyt w klubie przesiedział u mnie na
kolanach lub w bezpośredniej bliskości.
- wtorek: podobna sytuacja jak pierwszego dnia. Mateusz nie bardzo chce jeść
drugie śniadanie, za to obiad wcina, aż miło.
- środa: sugeruję tacie, żeby nie odprowadzał Mateusza do bawialni, tylko
pożegnał się z nim w szatni. Obiecuję, że osobiście zajmę się smykiem. Tata
zdejmuje Mateusza z kolan, ja biorę go na ręce, tata żegna się z synem i
wychodzi. Mateusz zaczyna płakać- po raz pierwszy został sam od razu.
Przytulam go więc mocno i zapewniam spokojnym głosem, że nic złego się nie
dzieje, że tata poszedł, ale wróci. Mateusz wtula się mocno we mnie, nie chce
zainteresować się zabawkami ani gniazdem srok za oknem, więc zabieram go z
bawialni do materacowni, siedzę tam z nim 15 minut, kołysząc go i utulając. W
końcu przestaje płakać, ale nie chce zejść z rąk. Kiedy się uspokaja, zabieram
go zatem ze sobą do odgrodzonej kuchni, sadzam w zapinanym foteliku i
przygotowuję drobną przekąskę i napój. Mateusz uspokaja się zupełnie i patrzy,
co robię (robił to z tatą w domu, więc czuje się w tej sytuacji bezpiecznie i
"swojsko"). Nalewam mu sok do kubka, pokazuję, gdzie stoją jego naczynia i tak
dalej. Po jakimś czasie decyduję się wyjść z nim do dzieci. Chętnie idzie za
rękę do bawialni, ale nie chce odstąpić mnie na krok. Za to już nie płacze. Po
II śniadaniu zabieram go na spacer, na którym maluch usypia. Po przebudzeniu
dostaje obiad, który zjada ze smakiem, potem przychodzą rodzice.
- czwartek: Mateusz przychodzi, żegna się z tatą, biorę go na ręce i idę do
bawialni. NIE PŁACZE! Robię mu zatem napój i razem idziemy do dzieci. Siada
obok mnie i przygląda się zabawie innych z nianią. Z radia lecą wesołe
piosenki, niania z jego grupy próbuje go wciągnąć do kółeczka. Mateusz jednak
woli zostać na kolanach, jest nieśmiały, więc pozwalam mu siedzieć koło
siebie. Po 10 minutach wstaje i sam zaczyna odchodzić kilka kroków, interesują
go zabawki i to, co robią inne dzieci. Uśmiecha się. To prawdziwy przełom! Do
końca dnia nie chce już siadać na kolanach.
- piątek: Mateusz przychodzi rano z uśmiechem na buzi. Pożegnanie z tatą
przebiega bezboleśnie. Dostaje pić, a do ręki ulubioną zabawkę- plastikowy
telefon komórkowy. Siedzi sobie wygodnie i ogląda go ze wszystkich stron.
Zjada ze smakiem II śniadanie, potem idziemy na spacer, maluch śpi. Po
przebudzeniu dostaje obiad, zajada z zadowoloną miną. Później chętnie
uczestniczy w zabawie, którą organizuje niania Kasia z jego grupy- czołganie
się w niebieskim, szeleszczącym tunelu i robienie "a kuku". Tańczy do "Jedzie
pociąg z daleka", w ogóle nie myśli o siadaniu na kolanach. O płaczu nie ma
nawet mowy. Kiedy rodzice przychodzą, chłopiec jest roześmiany i zadowolony. A
ja jestem z niego naprawdę dumna.
Od tego czasu minęło już kilka tygodni. Dziś Mateusz jest wesołym, słodkim
chłopcem, który spędza w moim klubie blisko 10 godzin dziennie. Na początku
było trochę ciężko, jednak uwaga i troska, którą mu poświęciłyśmy, opłaciły się!
Drodzy rodzice, większość dzieci właśnie w ten sposób się u nas adaptuje. A
mieliśmy nawet kilku szkrabów, którzy zostawieni 1 raz w klubie nie uronili
ani łezki, tylko OD RAZU rzucili się do zabawy. Może to brzmi jak utopia, ale
jest to możliwe! Wystarczy dać dziecku szansę w miejscu, które zapewni mu
troskliwą i profesjonalną opiekę. Dlatego nie taki diabeł straszny, pod
warunkiem, że wybierzemy klubik/ żłobek dobrze, z głową, oglądając każdy kąt i
zadając mnóstwo pytań

. Pozdrawiam!