pika30
08.07.08, 13:30
Poszukujemy dobrego miejsca (prywatny żłobek) dla naszej 2 letniej
coreczki. Dziś mąż pojechal obejrzec miejsce ktore biorę pod uwagę.
Zapytał m.in. jedną z opiekunek czy ktoraś z pan posiada
przeszkolenie pielęgniarskie lub pierwszej pomocy. Usłyszał że nie.
Po wyjściu na parking przez otwarte okno z parteru żłobka doszedł do
niego śmiech i kpiący tekst tejże "wykwalifikowanej" opiekunki ktora
przyszła opowiedzieć szefowej jakie to niedorzeczne pytanie jej
zadał przed chwilą moj mąż.
Brałam pod uwagę to miejsce ale wobec takiego podejścia ręce mi
opadły. Jak to rokuje dla dziec`ka? c`zy za 1000 zl miesięcznie taka
placówka nie powinna zapewnić by min. jedna z opiekunek wiedziala
jak zatamować krew gdy dziecko rozbije glowe? Za to dzieci mają
francuski i angielski.
Drodzy Rodzice- czy ja jestem nienormalna czy coś tu sie komuś
poprzestawiało?
Czy nie mamy prawa wymagać - także od prywatnych placówek- by
zatrudniały personel z kwalifikacjami? Biorą za to ciężkie
pieniądze! Czy naprawdę rodzicom takich maluszków zależy bardziej na
tym żeby dzieci chodziły na basen i na francuski niż na ich
bezpieczeństwie?? Żerują na braku miejsc w państwowych placówkach
oferując czasem partyzanckie warunki ("klubiki" w małych
mieszkaniach, bez kadry itd.). Wiem, że to pewnie głos wołającego na
puszczy, ale może da komuś do myślenia.
A ja nie wiem czy posyłać tam dziecko, bo czy znajdę lepsze miejsce??