Gość: r IP: *.poleczki.dialup.inetia.pl 30.06.12, 12:29 urzędasy debilasy wszystko pozamykają. Odpowiedz Link Zgłoś czytaj wygodnie posty
Gość: as Re: Koniec "jedynki"przy pl. Daszyńskiego IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 30.06.12, 13:14 Zamknąć szkołę z taką historią, totalne debile siedzą przy opolskich stołkach. Odpowiedz Link Zgłoś
Gość: były uczeń PSP 23 Re: Koniec "jedynki"przy pl. Daszyńskiego IP: *.unknown.vectranet.pl 30.06.12, 18:24 Ciekawe, że artykuł jest o dramatycznych przenosinach PSP1, ale nie ma mowy o tym, do jakiego budynku. Likwidowana jest PSP23. Odpowiedz Link Zgłoś
Gość: ałek Koniec "jedynki"przy pl. Daszyńskiego IP: *.play-internet.pl 30.06.12, 17:28 Jedynko ma, patrz w oku mym łza… Ale, jest to ciepła łza wzruszenia. Nie wiem czemu budynek przy Reymonta miałby być lepszy niż ten z pl. Daszyńskiego – ale nie zamierzam niczego oprotestowywać. Ukończyłem tę szkołę 54 lata temu… Wówczas wydawała mi się (jako budynek) wspaniała. Wady były dwie: brak własnej sali gimnastycznej, choć sąsiednia czwórka (babska – jak mówiliśmy, bo chyba ostatnia w mieście szkoła żeńska) halę sportową miała (my musieliśmy chodzić na wf do piątki – dziś specjalna - na Konopnickiej-Książąt). Drugą wadą były smrodliwe podłogi w klasach - deski sosnowe zapuszczane naftą (dziś niewyobrażalne!). Ale pokażcie mi drugą taką szkołę, w której można było zjechać po poręczy z trzeciego piętra na parter, nie raniąc klejnotów na szykanach chytrze ustawianych przez dyrekcje! Albo gdzie jest taka aleja zakochanych (bezokienny ciemny korytarz łączący dwie części szkoły – niegdyś męską z niegdyś żeńską), w której , choć mieściła się tam dyrekcja i sekretariat, …jakże słodko było, zabłądziwszy z koleżanką, odgadywać jakiej pasty do zębów używa lub jak gładki jest sztuczny jedwab jej szkolnego chałatu… Oczywiście - najpierw trzeba się było sporo nazjeżdżać po poręczach zanim się dojrzało do owej alei zakochanych, raczej dla szóstaków i siódmaków. Któraż ci też to szkoła obmurowana jest takimi cegłami licówkami, od których doskonale i precyzyjnie odbijały się fenigi? To dostępne wonczas monety poniemieckie, którymi – odbiwszy je rantem o cegłę – trzeba było trafić jak najbliżej dołka z cenną niekiedy zawartością fenigów słabeuszy… Naprawdę nie wiem co robili chłopcy na przerwach w szkołach otynkowanych, czyli zupełnie niefenigowych... Specyfiką rzadką była też zlokalizowana na prawym parterze stolarnia pana Janika – znanego obywatela Czarnowąs. Wykonywał on w tej stolarni (mając kilku pracowników) m.in. meble dla innych szkół, a przy okazji uczył nas prac ręcznych w doskonale wyposażonej w narzędzia pracowni. Gdzie dzisiaj uczeń na zajęciach z prac ręcznych (czy jak to się dziś nazywa) ma do dyspozycji własną strugnicę z pełnym oprzyrządowaniem? Choć do dzisiaj lubię stolarstwo - najbardziej jednak pana Janika pamiętam jak nas w 1953 zawiadamiał o śmierci Bieruta. Potężne chłopisko któremu strach było podać rękę, bo lubił się popisywać swoimi bicepsami, łkał ci był jak szkolak. Nie on jeden zresztą… Pamiętną częścią jedynki była oczywiście aula z pięknie wymalowanymi na ścianach wizerunkami par polskich tańców ludowych. Tamże liczne akademie ku czci wiodącego ustroju, ale też i sporo artystycznych popisów najzdolniejszej młodzieży; sporo koncertów symfonicznych p. Malinowskiego – pioniera opolskiej filharmonii… Ale był też występ Kaczmarka i Lichtonia - idoli radiowej audycji (Kaczmarek mo gowa, a w tej gowie trowa; a w tej trowie kwiotki dla pani Kokotki…) . Jakiż wtedy byłem dumny, że w mojej szkole goszczą takie gwiazdy, co to ich angażowała nawet słynna „Zgaduj-Zgadula” z Przybylskim i Rokitą! Królem tej auli (a i całej szkoły chyba) był jednak p. profesor Podgórski. Wolę napisać profesor, bo nie pamiętam już czy Wojciech mu było czy Stanisław. Wstyd mi, bo pisząc o nim dawno temu na łamach „TO” napisałem, że był tak szanowany, że ludzkość uczniowska nie śmiała go obdarować żadnym przezwiskiem. Tymczasem - oczywiście! – miał swoje zacne pseudo: profesor Filutek!!! Tyleż trafne co sympatyczne. Nic nie miał z przekrojowego Filutka, poza ciepłą życzliwością. Raczej oschły, zupełnie nieromantyczny – jak przystało na fizyko-chemika. Żadnej kokieterii - ale dla dobrych uczniów był więcej niż przyjacielem; był partnerem. Zorganizowany do nieprzytomności – do domu trafiał tylko na sen i posiłki; bez przerwy był w szkole, a to szykował sprzęt do następnej lekcji (a tu każda para uczniów musiała mieć swój stół z palnikiem gazowym, doprowadzonym prądem stałym i zmiennym!) a to myszkował po złomowiskach i demobilach żeby wygrzebać jakieś pomoce naukowe typu chociażby silniczków od wycieraczek, magnesów, chemikaliów… W czasach gdy nie było niczego nigdzie – u niego było wszystko. A jak nie było - to pojechał np. do kędzierzyńskich Azotów i przywiózł ciekły azot w termosie, żeby nas potem całą szkołą w trybie pilnym zwołać w auli na demonstrację: co też ten ciekły azot potrafi zrobić np. z róży kwiatem albo gumką raderką… Najwięcej jednak ciepła dostawaliśmy w tej auli - i od tegoż Filutka - dzięki jego pasji kinooperatora. W niedziele wyświetlał nam poranki filmowe za darmo! Może to nie były arcydzieła kinematografii (poza genialnym „Świat się śmieje”), ale sala zawsze była nabita. Aha, był też prof. Filutek szkolnym foto-kronikarzem – wielokrotnie nas fascynował zdjęciami robionymi zza czarnej zasłony przy oświetleniu wybuchającej magnezji… Pamiętam jeszcze akademię, na której gawiedzi szkolnej zaprezentował co będą u niego robić najzdolniejsi fizyko-chemicy (poprzebierani w białe fartuchy). Pokazano na scenie jakieś błysko-wybuchy, doświadczenia chemiczne i inne cuda szokujące takich pierwszaków jak ja. Choć potem nigdy z tymi starszakami nie miałem okazji zamienić słowa – do dziś pamiętam ich nazwiska: Kalita, Zirnik , Pogrzeba, Szafarczyk, może któryś mi umknął… Pierwszym zapamiętanym przeze mnie dyrektorem szkoły był Otto Wencel – wybitnie lubiany, przystojny i elegancki mężczyzna; przedstawiciel dużego rodu komprachcicko-ochódzkich Wenclów. Po nim przyszła pani o bardziej germańskim nazwisku, ale zapamiętałem ją – może niesłusznie - jako amatorkę radzieckiej pieśni masowej; bo cała szkoła musiała np. przerwać zajęcia i pójść do auli na zbiorową naukę „Jarzębiny czerwonej”, co to ją właśnie byli skomponowali towarzysze z zaprzyjaźnionego kraju, już nie pamiętam którego, ale chyba raczej gdzieś tak jakby ze wschodu. Politycznych przegięć trochę było. Jakaś Grenada maja recytowana na akademiach przez starszą koleżankę, jakieś płuca wyplute w twierdzy Schlieselburga… Ale więcej indoktrynacji ideowej spotykałem na koloniach w wakacje niż w szkole. Może dlatego że nie było to łatwe w klasie, w której przynajmniej jedna trzecia miała na imię Dieter, Manfred, Horst, Ernest; nazwiska zdarzały im się tak anachroniczne jak Prinzwald, Aksman, Hipsz, Kampa, Uhlig, Roehrl, Kallus, Angelus, Achtelik. Pod koniec mojej nauki okazało się, że idol dziewczyn Kiczma i jeszcze paru kolegów wybrało Izrael na ojczyznę. W podobnym czasie doszli do naszej klasy nowi repatrianci z Sojuza. Słowem trudno było nie zdurnieć, albo też nie zachować dystansu – przynajmniej w kwestii polsko-autochtonicznej. Pamiętam wielu członków niższego personelu szkoły; m.in. woźnego, co go z nazwiska nie wspomnę, tylko z wyjątkowo ograniczonej liczby palców u lewej bodaj ręki (mógł zamówić najwyżej dwa lub trzy piwa), co mu nie przeszkadzało w łopatowaniu koksu do szkolnej piwnicy; a ponadto w trzymaniu szczeniaków na dystans bez potrzeby nadmiernego oganiania się od tychże. Pamiętam i sprzątaczkę, co na mój widok zaśpiewywała była milutko „O, du liebe Augustin…” Takoż pomnę tokarza w stolarni, co mnie straszył , że „jak cie drzistna, to się obalisz”… A jak już jesteśmy bliżej podwórka, to wspomnę , że graliśmy tam nie tylko w fenigi, ale też i w dwa ognie. Szkoła miała tylko jedną piłkę siatkową, więc dyscyplina była w sam raz (kto pamięta – ten wie, kto nie pamięta, to i dobrze). Ale po południu - jak całe szkolne klepisko przejmowała nasza świetlicowa wiara – tośmy mogli grać wreszcie w nogę ; piłki były sznurowane i poprzecierane na szwach; albo trzeba było mieć szydło i pompkę, albo grać w palanta; wspaniałą grę, do której wystarczyła jedna piłka tenisowa. Palanty robiło się z przekładek między deski schnące w szkolnej stolarni p. Janika, albo każdy przynosił wł Odpowiedz Link Zgłoś