Pożaliły się na swój los dziennikarzowi i... st...

03.10.13, 10:27
Bardzo bym chciała wczytać się w treść wypowiedzenia, zwłaszcza w rubrykę "przyczyny". Zbyt wysoki jak na współczesne wymagania poziom szczerości? A może wkład pracy nieadekwatnie wysoki w porównaniu z płacą i innymi warunkami?

A niech to, niedługo nie tylko nie będę miała GDZIE kupować, ale nawet CO kupować. Bo oprócz tych marketów i galerii, które z niewiarygodną bezczelnością podchodzą do naszej przestrzeni publicznej, naszego bezpieczeństwa i wygody w komunikacji, naszej zieleni, naszego spokoju i naszych skrzynek na listy, do zbojkotowania będę miała coraz większą liczbę producentów.

Ale to nie szkodzi. I tak wkrótce nie będę miała ZA CO kupować, bo wśród nielicznych pracodawców, których jeszcze nie bojkotuję z powodów wyżej wymienionych, na moje CV odpowiada maleńki promil firm - i ich ostateczna decyzja brzmi zawsze tak samo: "Pani jest za dobra, żeby móc z nami współpracować".

Ostracyzm społeczny i ekonomiczny - stos dla czarownic XXI wieku.
    • Gość: elo Re: Pożaliły się na swój los dziennikarzowi i... IP: *.adsl.inetia.pl 03.10.13, 16:18
      Pani taka dobra to zalozy pani swoja firme i zatrudnia innych glupoli...
    • olias Pożaliły się na swój los dziennikarzowi i... st... 03.10.13, 16:56
      dziennikarz - ch...j! powinien wiedzieć co i jak napisać, co opuścić, by wieprze nie mogły zidentyfikować ofiar.
      • Gość: erggdfg Re: Pożaliły się na swój los dziennikarzowi i... IP: *.204.111.25.nat.umts.dynamic.t-mobile.pl 03.10.13, 17:37
        olias napisał:

        > dziennikarz - ch...j! powinien wiedzieć co i jak napisać, co opuścić, by wieprz
        > e nie mogły zidentyfikować ofiar.

        To prawda.
        • elzbieta_flisak Re: Pożaliły się na swój los dziennikarzowi i... 03.10.13, 20:38
          I tak, i nie. Dziennikarz mógł bardziej okroić sytuację z kontekstu. Tylko po co? Powinniśmy zacząć domagać się przysługujących nam praw. Pracownicy od pracodawców, obywatele od urzędów, klienci od producentów. Ale dialog musi działać też w dwie strony i nie może się opierać na nieuzasadnionym, wyolbrzymionym strachu i nieufności, w przeciwnym razie nie będzie wcale dziwił widok kamer nad cukierkami zawijanymi w umowy o dzieło. Dialog nie może być anonimowy ani strachliwy, bo nie będzie skuteczny.

          Odwaga cywilna to taki szczególny, bardzo trudny i pewnie nie do końca osiągalny rodzaj odwagi, do której trzeba dążyć na co dzień. Zaczynanie od bezpośrednich rozmów, a w razie braku możliwości albo braku wymiernych efektów prowadzenie sprawy bez ukrywania swojego nazwiska może przynieść korzyści niewspółmiernie większe do możliwych lub faktycznie poniesionych strat. Korzyści dla całej społeczności.

          Może to, co powiem, zabrzmi jak paradoks, ale tak właśnie jest: Bronienie własnej godności to nie tylko PRAWO człowieka, z którego może sobie zrezygnować, jeśli tylko uzna, że są rzeczy "ważniejsze". To także OBOWIĄZEK człowieka. Przecież nie byłoby aż tak źle w zakładach pracy, w urzędach, czy nawet na rynku, gdybyśmy nie oddali małymi porcyjkami godności własnej i... czyjejś. Odpowiadamy nie tylko za warunki naszej własnej egzystencji, ale też za warunki wszystkich tych, którzy dziś są obok nas i przyjdą później. Ten chaos, który nas coraz bardziej przytłacza, żeruje na "odpuszczaniu", na naszym strachu przed małymi osobistymi poświęceniami w imię wspólnego dobra.

          Tych, którzy słowo "solidarność" kojarzą tylko z historycznym terminem, a nie z kategorią moralną, trudno mi będzie przekonać. Ale myślę, że pozwalniane Panie rozpoczęły - trochę bojaźliwie, ale jednak - pewną przemianę w środowisku tej firmy i w środowiskach wszystkich Czytelników. Bywa, że upominanie się o swoje prawa zaczyna się od małego bodźca, a potem wchodzi w nawyk, który wyrabiamy w sobie, uszlachetniamy i pozbawiamy tego, co z nim złe. Myślę, że przełomowym momentem i sukcesem tych Pań będzie moment, kiedy Pracodawca sam z własnej woli zdecyduje się na usunięcie kamer w tym zakładzie pracy.

          Co nie zmieni faktu, że mi krówki-"dzieła" stanęły kością w gardle i już ich nie chcę.
    • Gość: bolek Pożaliły się na swój los dziennikarzowi i... st... IP: *.przasnysz.mm.pl 03.10.13, 23:55
      Teraz przynajmniej wiem czemu służy pisanie życiorysu w podaniu o prace :(((((((
    • sowa_46 Człowiek jest tylko inteligentny. 04.10.13, 03:43
      Gdyby do tego był jeszcze mądry to wszyscy solidarnie jebnęłiby drzwiami i szefostwo zostałoby z ręką w nocniku, żaden pracodawca nie odważyłby się poniżać pracownika bo to zwyczajne sqrwysyństwo.
      • elzbieta_flisak Re: Człowiek jest tylko inteligentny. 04.10.13, 09:11
        Zgoda, ale tylko w sytuacji, gdy zostały już wyczerpane wszystkie możliwości dialogu z tym konkretnym pracodawcą. Prawdziwa solidarność wymagałaby, żeby wszyscy razem ustalili, z jakiego powodu warunki pracy są złe i wszyscy razem temu przeciwdziałali.

        Nie znam tej konkretnej fabryki, ale w większości przypadków, które widziałam z bliska, występował ten sam mechanizm przyczyn:

        1) Istnienie "obowiązku ubezpieczenia" (Tfuj, jak to się ohydnie kojarzy), nałożony na każdego, kto chce prowadzić jakiekolwiek przedsiębiorstwo albo pracować. Nawet na drobnych rzemieślników i na prostych ludzi, którzy i tak zakładają, że nie dożyją emerytury, bo przecież dojeżdżają codziennie do pracy polskimi drogami, bo przecież kolejny lekarz nie był w stanie ich wyleczyć z najprostszej przypadłości, a na dodatek mnóstwo ludzi w ich otoczeniu produkuje dzień w dzień niemożliwy do uniknięcia dym nikotynowy. Do "obowiązkowego ubezpieczenia" (Tfuj!) dochodzą różne nieprzewidywalne wydatki, kontrole, preferencyjne warunki dla korporacji, nieuczciwość konkurencji, niemożność windykacji należności i konieczność ogarnięcia jednym przeciętnym ludzkim umysłem zawiłości prawa, w którym nie są biegli nawet jego zacni twórcy.

        2) Statystyczny mały przedsiębiorca nie wyrabia z ZUS-em i faktycznie jest zmuszony zapewnić najgorsze z możliwych warunki pracy swoim współpracownikom. Duży zaś wykorzystuje istnienie "obowiązku ubezpieczenia" jako pretekst do niedzielenia się swoim zyskiem tak, jak powinien, z tymi, dzięki którym ten zysk ma.

        3) Jako że pracownicy z reguły mają ograniczoną możliwość dowiedzenia się, jaki ten firmowy obrót faktycznie jest, a już na pewno nie są w stanie ocenić kosztów prowadzenia firmy, nie mają możliwości oszacowania, z którym z powyższych przypadków mają do czynienia.

        4) To budzi niezdrową nieufność pracowników wobec pracodawcy takiej hipotetycznej firmy. Niech no człek waży się przyjść w nowym garniturze, a już jego pracownicy zaczynają burczeć (tak cicho, żeby tamten nie usłyszał), że znów przeputał ich wypłaty.

        5) Taki przykładowy przedsiębiorca mimo wszystko wie, co się dzieje. Nie od razu, oczywiście. Z początku bywa tak, że np. 10 osób haruje na niego do nieprzytomności i nie może liczyć nawet na egzekwowanie zakazu palenia w firmie, nie mówiąc już o innych luksusach, takich jak wypłata w jednym kawałku. Tymczasem np. 3 lizusów ma wypłaty 5-krotnie wyższe niż reszta, służbowy samochód i nazwę stanowiska dopasowaną do kompetencji albo wręcz znacznie je przewyższającą. Pewnego ranka pracownicy przychodzą do pracy i panuje dziwna cisza. Jakoś tak pusto i chłodno. Okazuje się, że nasz statystyczny szef właśnie nakrył jednego z lizusów na gigantycznych malwersacjach. Lizus wylatuje, ale jego grzechy będą odpokutowywać wszyscy pozostali. To w takich okolicznościach nad głową normalnego, uczciwego pracownika z reguły pojawiają się kamery. Dopiero po 3 miesiącach wybucha nowy skandal z drugim z lizusów, a po kolejnych 6 miesiącach z trzecim. Za każdym razem pogłębia się stereotyp, że wszyscy pracownicy są be i że trzeba wobec nich wprowadzać pretensjonalne, przesadne i obraźliwe dla większości z nich restrykcje, ale nic nie stoi na przeszkodzie, żeby nadal żywić pełnię zaufania do tych nielicznych, którzy zadają przedsiębiorcy i całej firmie akurat najgorsze ciosy w plecy. Ten sam scenariusz obserwowałam kilkakrotnie w różnych przedsiębiorstwach, także w czasach nieco łatwiejszych niż obecne, i bardzo mnie zafascynował. Raz nawet było, że największym destruktorem firmy była... żona szefa, podjudzająca "sekretarki" (czyli centrum operacyjne firmy noszące dla zmyłki nazwę sekretariatu) do wzajemnej nienawiści i niszcząca w ten sposób odgórnie całe środowisko pracownicze. Miała nietęgą minę, kiedy zauważyła, że ja nie tylko nie mam zamiaru niszczyć młodszej sekretarki, a wręcz jej pomagam.

        6) W naszym pięknym narodzie, niestety, jest bardzo duża tendencja do wrogości i zawiści - więc ziarno przemocy i krzywdy pada z reguły na żyzny grunt. Wystarczy rzucić plotkę "Nadchodzą redukcje!" a już rozpoczyna się bratobójcza walka każdego z każdym, której nie przerwie żadna próba porozumienia, bo tych prób po prostu brak. Aż trudno uwierzyć, ale od tego nie są wolne nawet szkoły, które podobno skupiają elitę intelektualną narodu! Widział ktoś nauczyciela z wysokim tytułem naukowym, żeby kopał doły pod młodszą koleżanką?! Podczas gdy donosi się kłamstwa na tych, którzy są lepsi niż przeciętni (czyli w razie zwolnień mieliby szansę zostać w firmie), nie informuje się przełożonego o kolejnych wybrykach jego lizusów (bo przecież oni są tymi "nietykalnymi", więc po co się narażać).

        7) W takim układzie najciężej ma człowiek uczciwy, który sam kłamstwa o drugim nie powie. Stopniowo coraz więcej pracowników traci ochotę na lojalność, sumienność i pozostałe pozytywne cechy, bo ciągle są za nie karani. Przychodzenie do pracy kojarzy się z udręką i więcej się rozmyśla nad tym, jak udręki zredukować, niż nad tym, jak skutecznie wypełnić swoje obowiązki. Taka firma nigdy nie będzie funkcjonować normalnie.

        8) Widzi to nasz statystyczny przedsiębiorca, ale z reguły nie obchodzą go przyczyny - czyli koło zamachowe nieufności i niesprawiedliwości. Gros pracodawców uważa na przykład, że mobbing to prywatny problem ofiary. Tymczasem jest to problem całej firmy: to jest jak nowotwór, który rozpoczyna się od jednej mało istotnej komórki i ogarnia cały organizm. Ale pracodawca boi się diagnozy i woli półśrodki. Na stertę starych restrykcji dorzuca wciąż kolejne. Czyli rozdrapuje guza. Dla niego przychodzenie do własnej firmy też może stać się udręką, o ile nie jest urodzonym sadystą.

        9) Pracownicy chcą lecz boją się odejść, bo zakładają, że wszędzie indziej będzie tak samo, a na samodzielnie płacony ZUS ich nie stać. Biorą na przetrwanie i po cichu wysyłają tysiące CV, przez lata nie otrzymując odpowiedzi i przez lata godząc się na "tymczasowe" złe warunki.

        10) W takiej sytuacji wystarczy mała iskra, żeby cały ten tygiel wybuchł.

        Nie wiem, na ile udało mi się trafić z tym opisem; przecież każdy przypadek jest inny. Założenie jest takie, że ciężko jest każdemu. I że główne źródła konfliktów często leżą daleko poza samym przedsiębiorstwem.

        Dlatego, wracając do kwestii solidarności, trzeba podjąć próbę pogodzenia ze sobą jak największej liczby osób, włącznie z zarządem firmy. Jeżeli okaże się, że ktoś się do porozumienia kompletnie nie kwalifikuje, to wtedy - owszem - trzeba go pominąć. Z reguły jednak ludzie okazują się być ludźmi i chcą ratować to, na czym im najbardziej zależy. Czyli wspólny statek zwany firmą. Trzeba określić źródło sytuacji konfliktowych i razem, stanowczo i spokojnie, dążyć do jego zwalczenia. Zanim to nastąpi, na wszelkie sposoby trzeba dążyć do przerwania łańcuchów nienawiści... na sobie samym.
        • Gość: olo Re: Człowiek jest tylko inteligentny. IP: *.internetdsl.tpnet.pl 04.10.13, 12:37
          Do reszty się nie odniosę bo szkoda mi czasu ale te punkty szczególnie mnie zaciekawiły:

          2) ...Duży zaś wykorzystuje istnienie "obowiązku ubezpieczenia" jako pretekst do niedzielenia się swoim zyskiem tak, jak powinien, z tymi, dzięki którym ten zysk ma.

          A na jakiej podstawie pracodawca "powinien" dzielić się zyskiem? Czy Tobie ktoś zagląda do portfela? Socjalizm się skończył dawno.

          3) Jako że pracownicy z reguły mają ograniczoną możliwość dowiedzenia się, jaki ten firmowy obrót faktycznie jest, a już na pewno nie są w stanie ocenić kosztów prowadzenia firmy, nie mają możliwości oszacowania, z którym z powyższych przypadków mają do czynienia.

          Zapomniałaś dopisać, że pracownik powinien mieć też dostęp do konta firmowego żeby na bieżąco śledzić wydatki firmy :/

          BTW Ty gdzieś pracujesz/pracowałaś czy nagminnie czytasz dzieła wybrane Marksa i Engelsa?
          • elzbieta_flisak To samo innymi słowy... 04.10.13, 20:39
            To nie ma nic wspólnego z komuną ani z wymaganiem dostępu do tajnych informacji. To żądanie przywrócenia dążenia naszego narodu ku normalnej, ludzkiej, etycznej odmianie kapitalizmu. O możliwości zaistnienia takiego systemu w Polsce, w latach dziewięćdziesiątych nikt nie miał najmniejszych wątpliwości. A dziś? Dziś już nikt nawet zamarzyć o tym nie śmie, bo nikt nie wierzy w możliwość porozumienia między dwoma istotami ludzkimi na żadnej płaszczyźnie (skoro patologie trawią nawet wiele rodzin, przyjaźni i związków, to czego mamy wymagać od firm...).

            Skoro jest umowa - choćby ustna - a pracownik pracuje i generuje zysk, to pracodawca musi się z nim podzielić i łaski nie robi. Zdumiewające jest to, że artykuł w NTO wcale nie negował, że w kwestii wypłat ten akurat pracodawca jest i tak bliżej praworządności niż inni - ale cóż, uderz w stół, a nożyce się odezwą, wzięły górę wyolbrzymione podejrzenia i ambicje.

            Minimalne warunki są po to, żeby wyznaczać absolutnie niezbędnie minimalny pułap, poniżej którego nie wolno pracodawcy zejść. Jeśli chce dać coś więcej, to w tym celu wymyślono system premii (wynalazek jak najbardziej kapitalistyczny). To właśnie jest wyznacznikiem prawdziwego kapitalisty: daje premie = traktuje pracownika po partnersku, bo ten pierwszy potrzebuje tego drugiego wcale nie mniej niż drugi pierwszego.

            I tu właśnie wkracza ZUS, który nas wszystkich podzielił. Bo przez tego typu obciążenia nie każdy pracodawca może taką premię dać; nie każdego wręcz stać na minimalną pensję dla swego pracownika. On może sam po uszy siedzieć w głębszych kredytach niż pracownik! Tylko że pracownik nie ma żadnych możliwości, żeby się dowiedzieć, czy właśnie z taką przyczyną ma do czynienia.

            Teraz o ogólnej sytuacji na naszym rynku pracy: Prawo pracy jest (czy raczej powinno być) zbudowane na tym, co orzekli biegli wieki temu: że człowiek jest w stanie wykonywać swą pracę dobrze tylko w pewnych warunkach, (np. w ramach pewnego limitu godzin, który w różnych krajach Europy oscylował wokół 40 godzin tygodniowo, w odpowiednich zakresach temperatury i w ochronie np. przed hałasem). Jeżeli którykolwiek pracodawca kwestionuje przepisy prawa pracy, tak naprawdę polemizuje z czystą medycyną. Z ludzką fizjologią. A także z prawidłowościami natury psychologicznej. I na dodatek dorabia do tego fałszywą etykietę "wolnego rynku". Wolnego dla kogo?!?!?!

            Wracając do naszego przykładu: nie może być tak, żeby zawijanie sreberek było "dziełem", a na dodatek człowieka objętego "adekwatną" umową wyganiało się pod pretekstem... nieobecności. Przecież klasyczna umowa o dzieło lub umowa-zlecenie precyzuje ilość pracy do wykonania i ostateczny termin jej oddania, a nie godziny, w których pracownik (a raczej formalnie zleceniobiorca) powinien ślęczeć w określonym miejscu. Pogonienie - bo zwolnieniem tego nazwać nie można - człowieka pod pozorem tego, że wykonywał swe "dzieło", czyli rzeczone sreberka, w dowolnym miejscu i czasie, chocby w domu, w parku czy na plaży, jest sprzeczne z przyjętymi standardami. Jeśli wymaga się od człowieka, żeby gdzieś ślęczał, to powinna być umowa o pracę. Nie wnikam, jakie jeszcze powody mogły się kryć za pretekstem "nieobecności w pracy". Przyjęto właśnie taki pretekst - a on jest nie do przyjęcia.

            Tam, gdzie nie przestrzega się tego typu standardów prawnych i cierpią na tym faktyczni wytwórcy zysku firmy, mamy do czynienia nie z kapitalizmem, tylko z anarchią. Anarchią tym gorszą, że sankcjonowaną prawem, które idzie u nas w bardzo złym kierunku. I znów przyczyna tej anarchii leży daleko poza murami zakładu, ale gdyby nie brakło dobrej woli ze strony każdej osoby i dialogu, w tych murach z anarchii by... nie korzystano. Ona by tam mimo wszystko była, ale każdy by z nią konstruktywnie walczył na miarę swych możliwości. Proszę zauważyć, że nawet podczas wojny i stanu wojennego ludzie potrafili się zjednoczyć i przetrwać o wiele gorsze przeciwieństwa. Wstyd, że w czasach pokoju Polacy stracili tę umiejętność.

            Skoro sytuację pogarsza fakt, że pracodawców jest mało i ma to wyraźny wpływ na zasadnicze relacje pracodawca-pracownik, to tym bardziej nie wolno nam czegoś takiego nazwać kapitalizmem. To prosta droga do niewolnictwa bazującego na mono- i oligopolizacji rynku i albo wszyscy - pracownicy i pracodawcy - zejdziemy z tej drogi, albo po nas. Jeśli wszyscy pogodzimy się z tym, że prawdziwy kapitalizm oparty na wolności, pluralizmie i wolnej konkurencji jest likwidowany na naszych oczach i my mamy w tym swój udział, płakać będą nie tylko wnuki pracowników, ale i wnuki pracodawców. O ile się w ogóle urodzą.

            Mam nadzieję, że tym razem wyraziłam się jaśniej. Nie pamiętam, żebyśmy przeszli na "ty", ale nie będę się czepiać drobiazgów.
    • Gość: xx Re: Pożaliły się na swój los dziennikarzowi i... IP: *.internetdsl.tpnet.pl 04.10.13, 10:01
      >>> Bardzo bym chciała wczytać się w treść wypowiedzenia, zwłaszcza w rubrykę "przyczyny".

      Nie ma sie w co wczytywać. Większość umów teraz to umowy na czas określony - na przykład na 5 lat. W umowie zapis: "na podstawie art 33 Kodeksu Pracy strony przewidują dopuszczalność wcześniejszego rozwiązania umowy za dwutygodniowym wypowiedzeniem". I żadnych przyczyn nie trzeba podawać...
      • elzbieta_flisak Re: Pożaliły się na swój los dziennikarzowi i... 04.10.13, 10:52
        Z artykułu wynika, że była umowa o dzieło na przemian z umową-zleceniem. Czyli wypowiedzenia wcale być nie musiało.

        Idąc na rozmowę, zastrzegam, że chciałabym pracować na warunkach nie gorszych niż te gwarantowane przez prawo pracy sprzed 2010 roku. Oczywiście, gwarancji dotrzymania nie mam żadnej, chyba że pracodawca zgodziłby się sporządzić załącznik do naszej umowy. Ale przynajmniej wszystko jest od początku jasne. Mówię prosto z mostu, że chcę mieć środowisko całkowicie wolne od dymu nikotynowego, że chcę, aby pracodawca angażował się w przeciwdziałanie ewentualnej niesprawiedliwości i żeby ustalił - najlepiej na piśmie - konkretny zakres obowiązków, którego bez wyraźnej przyczyny nie przekroczy. Jeśli chce, możemy ustalić też jakieś ustępstwa z mojej strony, np. żebym jako nieuleczalna singielka była skłonna zastąpić od czasu do czasu kogoś, kto ma rodzinę, w pracy w niedzielę.

        Takie podejście podczas pierwszej rozmowy to dość ryzykowne posunięcie, ale myślę, że każdy, komu zależy na wytrzymaniu w pracy więcej niż parę miesięcy, powinien domagać się właśnie takich warunków. Nie gorszych niż sprzed 2010. Z kolei pracodawca, jeśli usłyszy coś takiego, to powinien - zamiast się obruszać - dojść do budującego wniosku, że ma do czynienia z pracownikiem chcącym zostać w firmie na dłużej.
Pełna wersja