oppelner.os
11.05.06, 17:53
Europejska opinia publiczna wydaje się roztargniona wobec niedawnych zmian w
sytuacji politycznej w Polsce - uważa włoski dziennik "Corriere della Sera".
Brak jest znaczących reakcji wobec wejścia do rządu Warszawy dwóch formacji
politycznych: Samoobrony i katolickiej Ligi Polskich Rodzin, które nie
ukrywają swoich nastrojów antysemickich.
Wicepremierem i ministrem rolnictwa został nominowany Andrzej Lepper, były
bokser, były działacz komunistyczny, były hodowca świń, któremu zdarzyło się
między innymi zadeklarować: "Największym wrogiem Polski jest naród żydowski" -
opisuje gazeta.
Reakcją na tego typu deklaracje jest ostrożność środowisk politycznych i
dyplomatycznych państw członkowskich Unii Europejskiej oraz ogłuszająca cisza
kręgów medialnych i intelektualnych. Nic co mogłoby przypominać protesty,
jakie w swoim czasie wywołało pojawienie się Joerga Haidera na austriackiej
scenie politycznej. Można by powiedzieć, że inaczej niż Austria, Polska nadal
wydaje się daleka od nas: to nie" Europa Środkowa", lecz "Europa Wschodnia",
to ciągle jeszcze "kraj za kurtyną".
Można by powiedzieć, że antysemityzm nadal nas przeraża tylko wówczas, gdy
wyrażany jest po niemiecku, niczym mrożące krew w żyłach echo głosu Hitlera.
Błędem byłoby jednakże umniejszać znaczenie tego, co dzieje się w Warszawie.
I nie tylko dlatego, że nadszedł najwyższy czas, aby uznać, że oś Unii
przesunęła się na Wschód, że Polska jest dużym państwem, którego znaczenie
polityczne, gospodarcze, kulturalne w Unii będzie nieuchronnie wzrastać.
Bagatelizowanie tego, co dzieje się w Warszawie, byłoby błędem wobec
teraźniejszości i przyszłości, ale także wobec przeszłości, bo tak czy
inaczej dzień wczorajszy ciąży zawsze na dniu dzisiejszym. A w kwestii
antysemityzmu polskie "wczoraj" jest przerażające. A jeszcze bardziej
przerażające jest polskie "przedwczoraj".
Wczoraj to Polska komunistyczna, gdzie nieliczni Żydzi, którzy przeżyli
Shoah - wśród nich najwybitniejsze umysły kontynentu: filozofowie, historycy,
ekonomiści - byli metodycznie prześladowani przez prosowiecki reżim, zarówno
ze względu na ich tożsamość etniczną - jako Żydzi (całkowicie zlaicyzowani) -
jak i na przynależność kulturową - jako dysydenci wobec ortodoksyjnego
marksizmu.
Przedwczoraj - to Polska okupowana przez nazistów podczas II Wojny Światowej,
gdzie miejscowa ludność udzieliła bezpośredniej pomocy Wehrmachtowi i SS, aby
doprowadzić do "ostatecznego rozwiązania" problemu żydowskiego. Od 1939 do
1944 r. poza językiem niemieckim najbardziej nieludzkie rozkazy wyszczekiwano
po polsku, w granicach geograficznych regionu, gdzie najgęstsza była sieć
obozów koncentracyjnych i obozu zagłady. Szczekano je zresztą nie tylko w
bezpośredniej bliskości obozów i linii kolejowych, które wiozły Żydów na
śmierć.
Jak wykazał kilka lat temu historyk Jan Gross, prawie wszędzie ultrakatolicka
Polska wydawała ochoczych kolaborantów Shoah: na wsiach i w miastach, nawet w
małych wioskach, gdzie wszyscy znali wszystkich. Setki tysięcy polskich Żydów
rozpoznało w swoich sąsiadach twarze morderców.
W dzisiejszej Polsce pamięć o tym wszystkim nie została stracona, jest żywa
we wrażliwości i w sumieniach. I właśnie dlatego jest tym bardziej alarmujące
pojawienie się w rządzie partii o antysemickim zabarwieniu, które inwestują w
antysemityzm jako w narzędzie mobilizacji mas, które może się okazać
skuteczne.
Jest to paradoks, że właśnie w kraju Karola Wojtyły, papieża, który dokonał
więcej niż którykolwiek inny dla zbliżenia katolików i Żydów, istnieje
ryzyko, że atmosferę ponownie zanieczyszczą trujące wyziewy. Ci, którzy
niedawno obchodzili pierwszą rocznicę śmierci polskiego papieża, nie powinni
zapominać, że jego największa lekcja moralna - lekcja pojednania między
katolikami i Żydami - może zostać dziś przekreślona właśnie w jego rodzinnej
Polsce.
(INTERIA.PL)