Gość: Kazmirz
IP: *.proxy.aol.com
22.09.03, 12:36
Niemiecki koń trojański
Tygodnik "Wprost", Nr 1086 (21 września 2003)
Bilion dolarów Niemcy są winni Polakom za II wojnę światową
Gdyby Polacy wystawili nam rachunek za zniszczone miasta, zrujnowane fabryki,
zrabowane dzieła sztuki czy zapóźnienie cywilizacyjne będące konsekwencją
wojny, bylibyśmy dłużnikami w nieskończoność" - ostrzegał Günter Grass,
niemiecki pisarz, laureat Nagrody Nobla. - Jeśli pani Erika Steinbach i jej
podobni będą się domagać jakichkolwiek odszkodowań za utracone na wschodzie
mienie, możemy im wystawić rachunek, którego nie będzie w stanie spłacić
kilka pokoleń Niemców - mówi prof. Władysław Bartoszewski, były minister
spraw zagranicznych RP. Policzyliśmy, ile Niemcy musiałyby zapłacić Polsce,
gdybyśmy domagali się reparacji wojennych. Łącznie odszkodowania wyniosłyby
co najmniej bilion dolarów (około 4 bln zł). To ponad sześciokrotnie więcej,
niż wynosi nasz produkt krajowy brutto, to także ponad połowa rocznego
niemieckiego PKB.
Gdyby Niemcy spłacały tę gigantyczną sumę tak, aby nie doszło do krachu
gospodarki tego kraju, zajęłoby im to około
40 lat. Erika Steinbach, wysuwając żądania pod adresem Polski, nie tyle
zagraża Polakom czy przyszłości Polski, ile zakłada pętle na szyje kilku
pokoleń Niemców.
Na jakiej podstawie możemy Niemcom wystawić rachunek
Zwróciliśmy się do znanych amerykańskich prawników Edwarda Kleina i Michaela
Hausfelda z pytaniem, czy podjęliby się sporządzenia i wniesienia pozwu o
reparacje wojenne dla Polski, gdyby pojawiły się niemieckie roszczenia wobec
naszego kraju. Edward Klein m.in. oskarżał powojenne władze Polski o
zagarnięcie mienia Żydów, a także reprezentował wobec niemieckich firm byłych
robotników przymusowych z Polski i innych krajów Europy Wschodniej. Michael
Hausfeld reprezentował z kolei polski rząd podczas negocjacji o odszkodowania
za pracę przymusową i niewolniczą. - Taka sprawa musiałaby być rozpatrywana
przez międzynarodowe sądy, tu nie wystarczyłby cywilny pozew, bo chodzi o
roszczenia państwa wobec państwa - mówi "Wprost" mecenas Edward Klein.
Michael Hausfeld stwierdził z kolei, że można by znaleźć podstawy prawne do
wniesienia takiego pozwu i nie byłby on bez szans. Sam Hausfeld - jako
sygnatariusz umowy w sprawie odszkodowań dla robotników przymusowych - nie
mógłby się jednak zaangażować w podobny proces, bo byłby to konflikt
interesów. Nie podważając sensowności pozwu, Hausfeld wątpi, czy taka sprawa
mogłaby trafić na amerykańską wokandę.
Jakie są możliwości uzyskania przez Polskę reparacji wojennych od Niemiec?
Furtka znajduje się w komunikacie rządu PRL z sierpnia 1953 r. Wtedy to, po
zamieszkach robotniczych w Berlinie Wschodnim, rząd sowiecki zrzekł się
reparacji od NRD. Dzień później to samo zrobił rząd PRL. W komunikacie
mówiono wprawdzie o Niemczech, a nie NRD, lecz ZSRR pobierał reparacje tylko
ze swojej strefy okupacyjnej, czyli właśnie z terytorium wschodnich Niemiec.
Polska miała otrzymać 15 proc. z tego, co trafi do władz sowieckich. Rząd PRL
nie mógł więc zrezygnować z czegoś, do czego de facto nie miał prawa, czyli z
odszkodowań od całych Niemiec. Mimo iż w dyplomacji światowej uznano, że
Polska jednostronnie zrzekła się wtedy należnych jej reparacji od całych
Niemiec, podstawy prawne takiego stanowiska są wątpliwe. Zdają sobie z tego
sprawę sami Niemcy, dlatego gdy w 1990 r. w Polsce pojawiły się głosy
nawołujące do ponownego rozpatrzenia sprawy odszkodowań wojennych, Bundestag
podjął uchwałę, w której stwierdzono, że "rezygnacja Polski z reparacji od
Niemiec z 1953 roku zachowuje moc obowiązującą także dla zjednoczonych
Niemiec." Polski rząd w ogóle nie odniósł się do tej deklaracji.
Prof. Władysław Czapliński, prawnik z Polskiej Akademii Nauk, uważa, że układ
z 1953 r. zamknął sprawę odszkodowań wojennych. - Podważanie ustaleń
poczdamskich czy układu z 1953 r., na przykład przez dowodzenie, że nie
byliśmy wówczas stroną ani suwerennym podmiotem, mogłoby przynieść fatalne
skutki polityczne, w tym żądania terytorialne ze strony Niemiec -
mówi "Wprost" prof. Czapliński. Zakłada on, że to Polska jako pierwsza
wystąpiłaby z roszczeniami. Tymczasem Polska nie ma takich zamiarów. Jak
zauważa prof. Władysław Bartoszewski, Polska mogłaby użyć takiego argumentu,
gdyby - zgodnie z życzeniami Eriki Steinbach i Związku Wypędzonych - to
Niemcy domagali się odszkodowań za mienie wypędzonych. To strona niemiecka
podważyłaby wówczas układ z 1953 r.
- Gdyby niemieccy politycy zanegowali obowiązujące obecnie porozumienia,
można w zgodzie z prawem międzynarodowym rozpatrywać kwestię reparacji
wojennych - przekonuje prof. Jan Sandorski z Katedry Prawa Międzynarodowego
Publicznego UAM w Poznaniu. Niemieccy politycy już to robią, choćby Erika
Steinbach i w bardziej zawoalowany sposób Edmund Stoiber. - Polacy powinni
być świadomi tego, że żądania Związku Wypędzonych nie są częścią niemieckiej
polityki. Ważne, żebyśmy nie słuchali tych wszystkich złych podszeptów, które
pojawiają się w obu naszych krajach, lecz by nasze rządy zdecydowanie
kroczyły pojednawczą drogą - mówi "Wprost" Markus Meckel, deputowany SPD do
Bundestagu. To prawda, że roszczenia Związku Wypędzonych nie są częścią
polityki niemieckiego rządu, ale - jak zauważył w "Gazecie Wyborczej" prof.
Leszek Kołakowski - w wypadku Niemiec to, co dzisiaj wydaje się niemożliwe,
jutro może być realne.
Związek Wypędzonych, czyli ambasada III Rzeszy
Gdy w ubiegłym roku do wyborów na kanclerza Niemiec startował Edmund Stoi-
ber, przewodniczący CSU i premier Bawarii, na zjeździe Ziomkostwa Prus
Wschodnich oznajmił on, że po wygranych wyborach wprowadzi do oficjalnej
polityki wobec Polski i Czech kwestię powojennych wysiedleń Niemców. Innymi
słowy: Stoiber zapowiedział możliwość domagania się od Polski i Czech
odszkodowań za mienie utracone przez Niemców, których wysiedlono z obecnych
terytoriów tych krajów. Stoiber powiedział to, czego od dawna domaga się
Erika Steinbach i reprezentowany przez nią Związek Wypędzonych. Na deklarację
Stoi-bera ostro zareagował szef polskiej dyplomacji Włodzimierz Cimoszewicz.
Stwierdził on wówczas: "Polska ma rachunki z przeszłości i jak będzie trzeba,
to je przedłoży". - Nie mam wątpliwości, że trzeba Niemcom przypominać, kto
jest ofiarą, a kto agresorem, że trzeba hamować ich zapędy w relatywizowaniu
win i odpowiedzialności za zbrodnie wojenne. Niemieckie społeczeństwo nadal
nie może się otrząsnąć ze swojej buty, z megalomanii związanej z pojęciem
Herrenvolk - mówi "Wprost" dr Marek Edelman, ostatni żyjący dowódca powstania
w getcie warszawskim.
W ubiegłym roku ukazała się praca "Przejęcie majątków niemieckich przez
Polskę po II wojnie światowej" dr. Mariusza Muszyńskiego, radcy prawnego w
Ministerstwie Spraw Zagranicznych. Muszyński wskazał przesłanki, jakie
musiałyby się pojawić, aby sprawa reparacji wojennych dla Polski wróciła.
Jedną z nich jest przeniesienie pretensji wypędzonych na forum oficjalnej
niemieckiej dyplomacji i jakakolwiek próba podważenia przez niemiecki rząd
federalny popoczdamskiego status quo. Czy taka próba jest realna? Na razie
Niemcy otwarcie domagają się odszkodowań od Czechów. Te żądania już kilka lat
temu poparł Klaus Kinkel, minister spraw zagranicznych w rządzie Helmuta
Kohla. Poparł je też ówczesny minister finansów Theo Weigel. Niemiecki
dziennik "Süddeutsche Zeitung" wielokrotnie pisał, że już siedem lat temu
Niemcy zaczęli się starać o zwrot majątków leżących na zachodnich i
północnych ziemiach Polski, które kiedyś należały do nich lub ich rodzin.
Głośna jest sprawa Herberta Wehry, który domaga się zwrotu należącego przed
wojną do niego majątku w Mosinach koło Człuchowa. Podobne żądania wysunęło
już wobec Czech ponad 20 tys. Niemców z Sudetów.
Niemcy są jedynym krajem, którego rząd finansuje organizację jawnie
domagającą się przewr