r.richelieu
05.09.05, 15:44
Tandeta, kicz, szmira. Sam decyduję gdzie chcę się bawić, nie będzie tego
robić burak z absem. A jednak kluby takie nie wyrosły tak o, wyrosły jako
reakcja na potrzebę swojskości, szukania swojego miejsca, to raz, bo jest
stosunkowo nowe. Wraca po 10 godzinach do wydesignowanego mieszkania, a tam
minus 30 w cieniu, nie ma do kogo gęby otworzyć.
Dwa, że ceni markę. A marka składa się z ćwierci jakości i trzech ćwierci
marketingu. Czym więc dla klubu jest selekcja jeśli nie marketingiem. Kluby
stare, znane, selekcjonują gości bez selekcjonera. Tam towarzystwo jest
zamkniętą grupą i dostać się do klubu to pikuś, ale co za przyjemność
siedzieć samemu przy barze, jeśli grupa nas nie akceptuje. Tu nasze starania
będą skierowane na przypodobanie się członkom tej grupy, a jako aspirujący
zrobimy o wiele więcej niż chętni do wejścia do klubu z selekserką przy
drzwiach. W klubach nowych, chcących dojrzeć do roli klubu zamkniętego, nijak
to wyjść nie może, bo nie da się na pierwszy rzut oka ocenić przydatności dla
grupy wchodzącego delikwenta. Nie stworzy się żadna grupa tylko zbiór
jednostek, z których każda ma własne cele. Wspólne miejsce to stanowczo za
mało. Ba, wspólne zamiłowanie do konkretnych przedmiotów to też za mało, bo
dobrze zorganzowana grupa składa się z relacji ludzkich, a nie z relacji
człowiek-przedmiot. W jazzy klubach nie chodzi o to by poznać człowieka, ale
by przed człowiekiem siebie zareklamować. Takie kur.estwo. Inny interesuje
nas o tyle, o ile nas słucha, podziwia lub zazdrości. Gdzie więc grupa ludzi
o wspólnych zainteresowaniach?
Trzy, że ceni lepszy punkt odniesienia. To ja jestem zaproszony do grupy
tych, których lubię. Lub to mnie nie wpuścił burak, więc widać na pierwszy
rzut oka, że do burackiego lokalu się nie nadaję. Chęć przynależności do
takich klubów jest ciągle bardzo silna i tym bardziej rośnie im luźniejsze są
relacje rodzinne i mniej jest innych organizacji mogących spełnić tę
potrzebę.
Cztery. Złudne poczucie bezpieczeństwa. Jestem w wyselekcjonowanym gronie (w
grupie lub wśród osób z klubu z selekcją), więc koledzy krzywdy mi dać nie
zrobią. Że dresy sami stanowią zagrożenie? Wśród nich poczucie krzywdy może
nie jest wyższe niż u przeciętnego Kowalskiego, ale z pewnością szybciej się
objawia. Byle drobiazg sprawia, że dres żąda statysfakcji lejąc w mordę
naruszyciela jego prywatności. Przeciętny Kowalski takie duperele przemilczy.
Ba, dres oczekuje od kumpli, że wstawią się za nim, klub z selekcją sprawia
więc, że czuje się pewnie, bo nikt nie przedzie przeszkadzał jego
nihilizmowi.
Odnieść to można do osiedli zamkniętych. Po co ludzie wydają większe
pieniądze na mieszkanie właśnie w takim osiedlu? Monitoring, ochrona,
ogrodzenie? Przed kim się chronią jeśli za bramą są identyczni? Chronią się
przed własną niepewnością, przed kompletnie bezpodstawnym strachem, bo jeśli
za bramą lub przed wejściem do klubu są ONI, źli, gorsi, a tutaj jestem JA,
to będzie mi się wydawać, że ci, którzy są po tej stronie co ja, są mi
podobni. I będzie doszukiwać się cech podobnych tam gdzie ich wcale nie ma.
Zaś rzeczywista wartość takiego miejsca niczym nie różni się od przeciętnego
osiedla.
Kto więc z Was choć raz w życiu wybrał przedmiot, miejsce, wartość do
wynawania tylko dlatego, że inni tego nie mają. I poczuł się
usatysfakcjonowany, jeśli na początku były schody, ale wreszcie, po
spełnieniu mnóstwa warunków, osiągnął szczyt. Nie mówię nawet o zalotach,
hehe, bo te wręcz opierają się na niedostępności i każą wierzyć, że czym
wyższa wieża a smok groźniejszy, tym księżniczka bardziej powabna. Gdyby w
klubach stał na bramce psycholog w prawdziwego zdarzenia, to czy nie
chciałoby się osiągnąć środka tylko dlatego, że nie jest na wyciągnięcie
ręki? Gdyby były jasne zasady wejścia, a nie tylko widzimisie. Nawet wiedząc,
że w środku nie spotkamy grupy znajomych ze wspólnymi celami, a tłum obcych
sobie chodzących banerów reklamowych. Co z tego, kiedy będziemy znobilitowani
samym dostaniem się do środka. Potem można w gronie własnych kilku znajomych
mówić z lekceważeniem "tak, byłem, pewnie, że mnie wpuścili, ale to straszna
szmira, w życiu już tam nie pójdę, biblioteka, teatr, wykłady otwarte to są
miejsca, do których warto chodzić" To znaczy biblioteka, teatr, wykłady są
miejscami tak samo prestiżowymi i do których chodzić wypada, jak modny klub.
Że zaś tu nie chodzimy często, bo jest nudno, a tam, bo nas nie chcą, to
chodzimy na ławkę w parku i przez miesiąc komentujemy jedno wyście tu lub
tam. I to się nazywa codzienność z tęsknotą za nobilitacją, za lepszym
byciem, często ze zrozumieniem przyjmująca suche kromki zamiast delikatesów,
często z żalem.
Bo selekcja jest wszędzie