engloutis
26.03.12, 22:12
Kapitan Nut to nudy
A ja Pani Mileno zgodzić się z Panią nie mogę, no może z jednym zdaniem: „W każdym razie brawo dla naszego teatru za wybór dramatu.” To świetna sztuka, tekst boleśnie aktualny, mocny. Dla mnie postawa głównego bohatera jak najbardziej zrozumiała, wolterowsko-ibsenowska (bo cóż jest najważniejsze w życiu jak osobiste szczęście). Cała reszta jest rozpaczliwie nudna.
Byłem, chyba w dość licznym, gronie osób, które poprzedni spektakl Kowalewskiego w Płocku przyjęli entuzjastycznie, chwaląc go za rozmach, świetną pracę z aktorami, a tych ostatnich za stworzenie autentycznych kreacji; Walczaka, Mąkę, Pogonowskiego, Bałę. Dlatego cieszyłem się na to kolejne spotkanie. Nie, nie miałem, żadnych wyobrażeń (wybujałych), tylko nadzieję, że znów da się w tym teatrze „pooddychać”. Było jak zwykle: zestaw tych samych gestów, figur, przejść przez scenę, dżingli i fajerwerki na koniec. Kilku postaci było zupełnie zbędnych. Anzorge – nota bene aktorka, jak na ten zespół, wybitna – snuła się bez celu przez cały spektakl, młody Mąka był mniej ważny niż odtwarzacz mp3, który trzymał w ręku. Stary Mąką walczył, ale poległ w tych przestrzeniach, podobnie jak Pogonowski. Ich ostatnia rozmowa – niezwykle ważna dla dramatu – poruszała jedynie krzykiem a nie autentycznymi emocjami, które mogły, powinny się między nimi wytworzyć.
Cały czas mam w głowie słowa pana Waneckiego o tym, że „teatr uczy jak żyć, życie jak udawać”. Dla mnie, od wielu, wielu sezonów, teatr płocki udaje, że jest teatrem, aktorzy udają, że są aktorami, publiczność udaje, że jest publicznością (te wszystkie nieszczęsne „stendingowejszyn”). Niby jest O.K. Mamy premiery za premierą, impresariaty i tą „cudowną” nową scenę z „ogromnymi” możliwościami. Ale teatr nasz jest jak ten pomnik kapitana Nuta… pusty w środku, wyprany z emocji i prawdy. Zachwycamy się, ale czym…
Obok słów Waneckiego mam w głowie słowa Jana Klaty (Dziennik Polski nr 291 online): Teatr musi rodzić się z pasji. Negatywnej, pozytywnej, ale z pasji. Z obojętności, letniości nie da się go zrobić.
Ta letniość wynika, również z archaicznego przekonania hodowanego w ołtarzykach umysłów, wielu pracowników tej instytucji, że „teatr to świątynia”. Świątynia, czyli religijność, dogmat, modlitwa.
Profesor Leszek Kolankiewicz z Zakładu Teatru i Widowisk Instytutu Kultury Polskiej UW słusznie uważa, że„teatr z założenia nie może być religijny. Chce czy nie chce, staje się bluźnierstwem. Na tym polega jego siła. Musi się przeciwstawiać oficjalnej mitologii społeczeństwa, w którym funkcjonuje”. Chciałabym, aby kiedyś nasz teatr zabluźnił.