Gość: warszawa
IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl
11.06.05, 16:30
Gazeta.pl > Kraj > Informacje z regionów
Sobota, 11 czerwca 2005
Drogowe bezhołowie w stolicy
Jarosław Osowski 09-06-2005, ostatnia aktualizacja 09-06-2005 23:10
Zwęzić albo zamknąć, potem rozkopać i niech sobie stoi. W ten sposób drogowcy
sparaliżowali tej wiosny najbardziej ruchliwe miejsca w Warszawie.
Na skrzyżowaniu Wołoskiej z Marynarską przy nowoczesnej Galerii Mokotów widok
jak z dzielnicy slumsów. Wykopki, bajora, pręty, słupy, a na budowie zazwyczaj
ani żywej duszy. Za to wkoło na zakorkowanych ulicach tysiące ludzi tkwią
uwięzione w samochodach i autobusach. Kolejny miesiąc coraz bardziej
zirytowani patrzą na to, czego zdają się nie dostrzegać urzędnicy z ratusza:
przecież nikt tu nie pracuje!
Kto na prawie rok pozwolił rozkopać Wisłostradę, i to zaraz po remoncie? -
myślę, jadąc do pracy. Lawiruję samochodem między wymyślnie ustawionymi
barierkami. W prawo, w lewo, przez zwężony trawnik - trzeba omijać dziury
szerokie czasem na dwa pasy ruchu. W godzinach największego szczytu niemrawo
kręci się przy nich ledwie kilku robotników. Albo - jak w środę - nie kręci
się nikt.
Po korku na Wisłostradzie w redakcji wita mnie komunikat Zarządu Dróg
Miejskich: "Bliżej otwarcia Żelaznej" - chwalą się urzędnicy na internetowej
stronie www.zdm.waw.pl. Niedługi przejazd nad torami kolejowymi tuż koło
siedziby ZDM jest zamknięty od sierpnia zeszłego roku. Przed zimą otworzyć się
go nie udało i tak czekamy na niego do dziś. Choć już dawno leży na nim
asfalt, mimo że pomyślnie przeszedł próby obciążeniowe, poczekamy jeszcze
"kilka tygodni". Tyle - według ZDM - potrwa "złożona procedura dopuszczenia do
ruchu".
Takich miejsc jest więcej: wiadukt na Płowieckiej, ronda w Radości i
Międzylesiu, Al. Jerozolimskie za Dworcem Zachodnim - wszystko rozgrzebane,
prace się ślimaczą, wszędzie wściekli kierowcy, którzy mają już po dziurki w
nosie nieudolności drogowców.
Ekipa prezydenta Kaczyńskiego przyzwyczaiła nas, że nie ma się co po niej
spodziewać boomu w inwestycjach. Jednak takiego bezhołowia z remontami
ulicznymi jak teraz dawno już w Warszawie nie było. Przecież ktoś te wszystkie
prace powinien dokładnie zaplanować, a potem pilnować wykonawców i bezlitośnie
wlepiać im kary za choćby najmniejsze opóźnienie. Nie od parady chyba miasto
zatrudnia zastępy urzędników w Zarządzie Dróg Miejskich i kolejnych w
ratuszowym biurze drogownictwa. Tu brakuje po prostu szeryfa, który mimo
rozpędzającej się coraz bardziej kampanii wyborczej rozstawiłby wszystkich po
kątach.