Gość: R.Ziemkiewicz
IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl
13.07.05, 14:10
Ci sami, którzy pewien czas temu cieszyli się, że "Jolka znokautowała
komisję", teraz ogłaszają w prasowych i telewizyjnych komentarzach, że
Cimoszewicz wykazał się odwagą i zaprotestował przeciwko bezprawiu, jakim
jest komisja. Nie chcę odmawiać prawa do kibicowania tej publicznej osobie
nikomu, kto się z jakichś powodów z nią identyfikuje.
Ale apeluję, by w tym kibicowaniu nie przekraczać granicy rozsądku. A tak
właśnie czynią ci, którzy rejteradę Cimoszewicza sprzed komisji chcą
przedstawić jako akt odwagi.
Po pierwsze - nie można wierzyć w deklaracje Cimoszewicza, jakoby chciał
powstrzymać "bezprawie", którego jakoby dopuszcza się komisja. Gdyby chciał,
mógł to zrobić już bardzo dawno, bo jako marszałek Sejmu jest poniekąd jej
przełożonym. Nie próbował. Nagabywany, wręcz odmawiał. Zirytował się dopiero,
kiedy sam został przez komisję wezwany (nawiasem, kiedy go wzywano,
deklarował definitywne wycofanie się z polityki, co przeczy jego tezie,
jakoby komisji chodziło o utrącenie jego prezydenckiej kandydatury).
Po drugie, zastosowana przez Cimoszewicza argumentacja jest podwójnie
nonsensowna. Raz, że bezstronności można - i należy - wymagać od sądu. A
komisja sądem nie jest. Jest komisją śledczą, nie wydaje wyroku, ma ustalić
fakty i poinformować o ustaleniach Sejm. Śledczy zaś nie może być bezstronny
z definicji. Podobnie, jak nie jest bezstronny oskarżyciel, ani obrońca.
Oskarżać śledczego albo prokuratora że jest stronniczy, bo chce wsadzić
przesłuchiwanego do pudła albo wybronić, to absurd. Ale przyjmijmy, że ten
absurd zawdzięczamy twórcom ustawy. Nie zmienia to faktu, że Cimoszewicz
zinterpretował te ustawę w taki sposób, który uniemożliwia w ogóle jej - to
znaczy ustawy - wykonywanie. Skoro przynależność do partii zalicza on
do "innych przyczyn" braku bezstronności, to w komisji złożonej z definicji z
członków parlamentu, a więc członków różnych partii, bezstronny nie może być
nikt, ergo, nie może ona przesłuchiwać nikogo i niczym się zajmować.
Po trzecie, można sądzić, że gdyby kandydat na prezydenta umiał odpowiedzieć
na pytania o swoje akcje Orlenu, okoliczności ich nabycia, zaciągniętą na to
pożyczkę etc., to by odpowiedział, odstawiając przed komisją prześladowane
biedactwo, jak to niedawno zrobiła jego szefowa komitetu wyborczego. Jeśli
zaryzykował złamanie swojego dotychczasowego wizerunku brutalnie atakowanego
niewiniątka, zachował agresywnie i wystawił się na zarzut arogancji, to,
przypuszczam, najwidoczniej uznał, że mniej straci odmawiając odpowiedzi, niż
jej udzielając.
Te trzy przesłanki, i szereg innych, których dla szczupłości miejsca nie
wyliczam, upewniają, że Cimoszewicz zaatakował komisję nie z żadnych
szlachetnych pobudek, w obronie prawa i tak dalej, ale po prostu dlatego, że
został zapędzony w kozi róg. Dowody przyjdą niebawem, choćby w postaci
informacji z urzędu skarbowego, czy były premier i minister sprawiedliwości
oraz spraw zagranicznych uiścił tam wymagane prawem opłaty od pożyczki, za
którą nabył orlenowskie papiery wartościowe.
Rafał A. Ziemkiewicz