p.kilinski
22.09.06, 12:55
Na naszych oczach polska demokracja przeobraża się w zwykłą chamską anarchię, w prawo silniejszego i bardziej bezczelnego. Zaczyna się liczyć już nie tylko tzw. sita przebicia, lecz po prostu sita bicia, sita terroru uprawianego przez różne grupy nacisku. Nie można być w Polsce pewnym ani swobodnego, bezpiecznego przejazdu drogami publicznymi, ani obsługi przez zobowiązane do tego placówki służby zdrowia czy administracji. Ostatni przykład odmowy wystania karetki pogotowia do umierającego w jednej z nadmorskich miejscowości mówi dostatecznie dużo. Nie opłaca się zgłaszać policji mniejszych przestępstw, gdyż cechuje je rzekomo znikoma szkodliwość społeczna.
Degrengolady ustroju i demokracji w dzisiejszej Polsce winne są, niestety, głównie rządy III Rzeczypospolitej i ich zaplecze polityczne, intelektualne. Zbyt wielu ludzi w Polsce nie rozumie, że stanowczość, a nawet przymus, bywają niezbędne właśnie do obrony demokracji. Ze strachu przed pomówieniem o podobieństwo do represyjnego reżimu komunistycznego zezwolono w praktyce na liberum veto, na terror jednostki wobec większości. Całkowicie zapomina się o demokratycznej zasadzie prawa większości do realizowania swego programu, swej polityki, zatwierdzonej przecież przez demokratycznie wybrany parlament. Zapomina się o tym, że uleganie partykularnym grupom nacisku obraża demokrację, o którą walczyły całe pokolenia. Zapomina się o tym, że wyniki wyborów parlamentarnych dają rządowi nie tylko legitymację do obrony interesów większości, ale nakładają również obowiązek zapewnienia porządku publicznego z zastosowaniem środków przymusu włącznie. Jak dowodzą raporty NIK, policja - narzekająca stale na brak środków niezbędnych do jej prawidłowego funkcjonowania - nie ściąga wielomilionowych należności z tytułu wymierzonych mandatów i kar porządkowych. Chodzi o kwoty rzędu kilkudziesięciu milionów złotych! Wszystko pewnie dlatego, by nie spotkać się ze strony zwolenników bezprawia z zarzutem terroru policyjnego. Zastraszanie policji cieszy się przy tym błogosławieństwem rozmaitych środowisk politycznych, broniących bezprawia, a jednocześnie atakujących liberalny ustrój gospodarczy. Gdzie tu sens, gdzie logika? Jeszcze w roku 2003, opiniując ówczesny budżet państwa, zauważyłem wyraźną tendencję do obniżania planowanych dochodów jednostek budżetowych, dochodów, które pochodzą głównie z kar za różne wykroczenia i przestępstwa wobec prawa. Ciekawe, kto broni tak intensywnie bezkarności chuliganów? Wszystko wskazuje na to, że mamy do czynienia z tanimi, populistycznymi zabiegami kół rządzących, zabiegami mającymi zwiększyć ich popularność i zapewnić im chwilowy spokój. Niestety, znamionuje to niepewność i słabość władzy, także intelektualną. Populizm tworzy bowiem klimat bezkarności, sprzyjający lekceważeniu obowiązków i upadkowi cnót obywatelskich. Uleganie presji różnych grup nacisku jest w istocie łamaniem prawa przez rząd, przejawem lekceważenia ustaw, w tym także konstytucji. Przy okazji zauważmy, jak bardzo w ostatnich latach zmalał entuzjazm Polaków dla gospodarki zyskowej, dla liberalizmu. W tym przebrzydłym liberalizmie nie ma, bowiem tej wolności, której aż nazbyt często pragną Polacy: możności bezkarnego upicia się, oszukiwania na zasiłkach chorobowych, żądania zapłaty za niewykonaną pracę. Nasz polski liberalizm jest lepszy - państwo ma załatwić i zapewnić, a mnie wszystko wolno. Demokracji parlamentarnej do tego nie potrzebuję i głosować mi się nie chce. Tylko czy z takim „polskim” liberalizmem mamy szansę kogokolwiek dogonić???