lawinnia4
28.11.06, 21:45
Witam. Właściwie piszę dlatego, że po kilku miesiącach stwierdziłam, że w swoich przemyśleniach jestem w punkcie wyjścia, tzn.
wiem, że nic nie wiem. Spotkałam na swojej drodze mężczyznę: ok. 40 lat, dwoje dzieci, żona. Nie chodzi mi o to, czy się
rozwiedzie czy nie. Pozew jest już w sądzie. Nie w tym problem. On bardzo chce związać się ze mną (małżeństwo, myśli także o
wspólnym dziecku). Plany ma słowem poważne. Ale... mieszka póki co z żoną, zależy mu, żeby do czasu ostatecznego rozstrzygnięcia
nie dowiedziała się o mnie (chce żeby jedno z dzieci z nim zostało), więc wiadomo jak wyglądają nasze kontakty. Spotykamy się
dosłownie w jego samochodzie na godzinę, dwie tygodniowo. No, chyba że żona wyjedzie z dziećmi, wtedy u niego w domu. Żadnych
wspólnych wyjazdów, na początku nawet często dzwonił, teraz ma to miejsce dużo rzadziej. Miałam urodziny... dostałam kwiaty, nigdy
żadnego prezentu, nawet małego. Żadnego kina, restauracji... Nie jest biedny. Cały czas raczej podkreśla swoją zamożność. Ma
spory piękny dom, zarabia dobrze (co także akcentuje). Mówi, że da mi stabilizację materialną. Nie zrozumcie mnie źle. To nie
chodzi o to, że "lecę na pieniądze". Ja tylko chciałabym czasami gdzieś wyjść, dostać kwiaty bez okazji. Nie mówię o luksusowych
prezentach. Nie zakochałam się w jego majątku, ale boję się, że on jest zwyczajnie skąpy. A to mnie przeraża, bo wiem jak może
wyglądać życie z takim człowiekiem. Mam 24 lata, świetne wykształcenie, jestem atrakcyjna. Kocham go, ale czasami mam wrażenie, że
zasługuję na coś więcej... Będę wdzięczna za wszelkie przemyślenia. Pozdrawiam