sarka84
21.10.07, 22:03
Moj narzeczony nie szanuje moich porzadkow.Strasznie mnie to wkurza,bo
pracuje,studiuje zaocznie, prowadze dom, padam na pysk i wcale nie mam ochoty
zasuwać ze szmata od samego wejscia do domu. NAjgorsze jest to,ze zrobilismy
wspolnie nawet rozpiske-co kto ma kiedy sprzatac(bardzo podstawowe
rzeczy:kurze,odkurzanie i zmywanie naczyn)i wyglada to tak,ze on nie robi
NIC.Kiedy wracam do domu strasznie zmeczona- pierwsze co musze brac sie za
sprzatanie. Kiedy prosze o pomoc mowi,zebym mu dala spokoj,bo ma dosyc tego,ze
ciagle kaze mu sprzatac! Siedzi wiec na komputerze,bo twierdzi,ze ma prawo do
rozrywki!A dlaczego ja nie mam takiego prawa?On twierdzi,ze przeciez nie musze
sprzatac!
Dodatkowo- nasze poglady na temat porzadku roznia sie. Dla mnie nie do
przyjecia jest chodzenie w kapciach po poscieli(mamy psa,ktory gubi
siersc,wiec wszytsko zostaje na kapciach), wkurza mnie chodzenie w butach po
domu, jedzenie nie nad talerzem i kruszenie WSZEDZIE itp. NAjgorsze jest to,ze
moj kochany uważe,że przesadzam, bo u niego w domu, nigdy nie dbano tak o
porzadek jak w moim. To tez mnie wkurza- ze uwaza,ze jego dom-gdzie kot siedzi
na stole miedzy talerzami pelnymi jedzenia (dlugowlosy!)albo na wyprasowanej
bieliznie!!!-ze jest to NORMALNA czystosc. Dla mnie takie standardy to
zwyczajny BRUD. Zapewniam,ze nie jestem pedantka, wrecz balaganiara, chodzi
jednak o zakorzenione we mnie standardy czystosci-ktore z tego co widze u
innych moich znajomych sa takie same.
Jak sprawic,zeby zaczelo mu zalezec na tym jak wyglada nasze mieszkanie? Nie
chce tylko ja byc ta ktora inicjuje sprzatanie, albo upokarzajaco prosi sie o
to,zeby uslyszec OPe-eR. Dlaczego on sam nie wezmie sie za kurze keidy
widzi,ze brud az kipi?....