la_crima
01.04.10, 00:35
Pierwszy raz trafiłam do Lechosława Gapika jako nastolatka (dokładnie w
duwnastym -trzynastym roku życia - tak, tak) chorująca na anoreksję. Rodzice
zaprowadzili mnie do psychologa, o którym od kogoś tam słyszeli; zgodził się
mną zająć, choć miał podobno zasadę, że nie leczy dzieci...
Hipnoza była wobec mnie stosowana, a w jej czasie także dotyk - który wówczas
nie kojarzył mi się z seksem, ale dziś i odnośnie tego mam wątpliwości - bo
odnośnie sytuacji, która spotkała mnie po latach, gdy trafiłam do niego z
zupełnie innym problemem, wątpliwości nie mam...I wolałabym o tym zapomnieć;
niestety artykuły o Gapiku wyciągnęły znów ze mnie coś, co przez kilka dobrych
lat od siebie odpychałam, starałam się przekształcić, wyprzeć, odciąć się, nie
mówiąc o tym, że nikomu nie opowiedziałam całości. Nie było to zdarzenie tak
drastyczne, jak te przedstawione w filmie z ukrytej kamery, ale zachowanie
Gapika z pewnością nie było normalne, a ja czułam się upokorzona, zarówno samą
sytuacją jak tym, że nie byłam w stanie prawidłowo zareagować.
Ale po kolei. Miałam kilkanaście lat. Były rozmowy i hipnoza. Hipnoza - nie
była rodzajem snu ani stanem "sparalizowania" (wiem, że ludzie reagują na to
różnie)- słownie były to "odprężające" sugestie, jak też sugestie że procesy
zaburzone w niedożywionym organizmie zaczynają przebiegać prawidłowo, że chcę
jeść, wyjść z choroby, zregenerować się itp. Pamiętam na pewno dotykanie
głowy, twarzy, ramion, podnoszenie ręki (słowa, że "ręka staje się lekka", i
podobne im), brzucha, ale nie miejsc intymnych. Nie wiedziałam jaką funkcję ma
pełnić ten dotyk (przykładanie rąk, nie gładzenie ani masowanie, z wyjątkiem
gładzenia po twarzy, o ile pamiętam..może nie pamiętam wszystkiego? :/ ), ale
sądziłam, że tak widocznie ma być, że dotykanie brzucha ma coś wspólnego z
aktywizacją wewnętrznych narządów - bo, na przykład, nie miałam wtedy
miesiączki. Cóż mogłam w tym czasie wiedzieć o związku jednego z drugim, o
tym, na czym polega hipnoza i co jest w jej czasie zasadne, a co nie, gdzie
się kończą kompetencje psycho/hipnoterapeuty, sama hipnoza z tymi "rękami
które leczą" mogła mi się takiemu dziecku kojarzyć z czymś w rodzaju
bioenergoterapii. Obawiam się, że rodzice również nie mieli dostatecznej
wiedzy. Podczas seansów czekali za drzwiami. A na dziecko łatwo wpływać.
Ten wpływ jednak - jeżeli poprawa mojego stanu ( która była przynajmniej
skorelowana w czasie) miała związek z wizytami u Gapika - zły wtedy nie był,
mimo że wizyty tam mnie drażniły. Może sugestie hipnotyczne wpływały na mózg
pomimo tego, że byłam w czasie tych seansów całkowicie przytomna i świadoma co
się wokół dzieje. A może to wcale nie hipnoza. Dziś nie wiem.
Czymś, co bardzo źle wtedy odbierałam, było tylko przesuwanie rękami po
twarzy, gdy na 'polecenie' otwierałam oczy i patrzenie mi w oczy z góry.
Profesor kazał się wtedy uśmiechać. I posłusznie uśmiechałam się, choć
odbierałam to jak jakieś naruszenie.. choćby tego, jak naprawdę się czuję w
tym momencie.
Był to dyskomfort, ale sprzeciwić się nie umiałam.
Z anoreksji wyszłam, zaburzeń odżywiania nie opanowałam jednak całkowicie do
dzisiaj.
W wieku ok 21-22 lat pojechałam ponownie do prof.Gapika, już sama, z zupełnie
innymi problemami - nerwica, początek depresji, trudności z funkcjonowaniem w
grupie, sprawnym reagowaniem na różne sytuacje, zaburzenia myślenia, które
były dla mnie prawdziwą udręką, a z ledwością już umiałam je opisać, i inne
jeszcze sprawy, ważne, bolesne, które usiłowałam jakoś rozwiązać. Prof. Gapik
nie był już całkowicie obcą osobą, a poza tym, przecież wcześniej pomógł..
Tym razem, już na wejściu zaczął mi mówić na "ty", ponadto dokładnie tak, jak
ktoś to ujął na forum - używając języka chłopaka z podwórka zwracającego się
do koleżanki; pytał też "czemu nie przyszłam wcześniej", skoro studiowałam w
Poznaniu... Moimi
problemami natomiast, o których już mówienie sprawiało mi wielką trudność, nie
był w ogóle zainteresowany, orzekł nawet, iż "wymyślam". Jedyną istotną sprawą
okazał się fakt, że byłam sama - bo pytanie o to padło jako jedno z
pierwszych. I tu zaczęły się dywagacje na temat przyczyn; "ciało przecież masz
fajne", więc problem musi leżeć gdzie indziej, jeśli ładna, a samotna, to
pewnie zołza? a w ogole mężczyźni nie lubią, kiedy dziewczyny za bardzo się
aktywizują, nie przepadają też za podobną do mojej intonacją głowu- trzeba to
zmienić.
Siedziałam oszołomiona, otępiała, nie wiedząc co zrobić; powinnam zapytać czy
on ze mnie kpi, wyjść, trzasnąć drzwiami nie płacąc za wizytę, nie wiem. Ale
nie umiałam, pewnie nawet uśmiechałam się tak samo jak kiedyś na polecenie,
albo jak w tych sytuacjach, na które nie potrafiłam nijak reagować zgodnie ze
swoimi emocjami, nie miałam na te reakcje pomysłu, coś "nie zaskakiwało" w
mojej głowie mimo częstokroć wielkiego poczucia upokorzenia, i o tym również
chciałam porozmawiać z psychologiem...
Próbowałam sobie tłumaczyć, że może profesor nabrał tak głupiego stylu żartów,
może nie ma wyczucia (ale on przecież powinien je mieć jak nikt inny!),które
pozwoliłoby ocenić, iż fakt, że znał mnie jako dziecko, nie usprawiedliwia
nawet protekcjonalnego przechodzenia na "ty", a co dopiero całej reszty,
takiego sposobu rozmowy, języka, poufałości, natręctwa, sprowadzania mojej
osoby do zachowań będących lub nie będących preferowanymi przez "mężczyzn".
Nie uciekłam. Dałam się 'zahipnotyzować'. Pewnie próbując jeszcze wierzyć, że
sama metoda wpływania na umysł, która niegdyś pomogła mi przy zaburzeniach
odżywiania, teraz, mimo niestosownych słów profesora w czasie rozmowy,
przyniesie skutek i uruchomi w moim umyśle coś, co było zablokowane, i z czym
właśnie przyszłam. A może nie umiałam zrobić nic innego.
seansu na kozetce NIE PAMIĘTAM. Jak przez mgłę kojarzy mi się tylko ręka
dotykająca mojej twarzy i ust. Mam nadzieję, że nic gorszego nie miało miejsca.
To co się wydarzyło, wystarcza jednak.
Ktoś może spytać, dlaczego się nie broniłam, dlaczego po prostu nie wyszłam,
dlaczego próbowałam wierzyć, że widzę coś innego niż naprawdę się dzieje itp.
Ludzie sprawnie reagujący na rzeczywistość nie szukają pomocy u psychologów.
Po kolejnych 2 latach trafiłam do psychiatry już z ciężką depresją.
Temu psychiatrze częściowo opisałam, jak zostałam potraktowana.
Był zaszokowany.
A gdy znalazłam się w szpitalu, nie umiałam już nawet wyrazić tego, co
potrafiłam i próbowałam jeszcze opisywać prof. Gapikowi z nadzieją na pomoc.
Sama sytuacja z Gapikiem - mogę sobie teraz zadawać pytanie, czy z nim stało
się coś tak złego w czasie między moim pierwszym a drugim "epiozodem" w jego
gabinecie, czy wcześniej powstrzymywał go przed podobnymi zachowaniami fakt,
że byłam dzieckiem -(lub zwyczajnie, dzieckiem - na szczęście- nie był w taki
sposób zainteresowany), czy też może już wtedy, gdy bywałam u niego z
rodzicami jako dwunastoletnia dziewczynka, jego gesty wcale nie były
aseksualne...
Mam nadzieję, że gdy to już wypłynęło, Gapik poniesie konsekwencje swojego
postępowania. Poniżonym przez niego pacjentkom to już nie pomoże, ale uchroni
kolejne osoby przed podobnymi przeżyciami.
Osobiście wolałabym chyba, żeby tej sprawy nie było. Przez te artykuły i filmy
dotarło do mnie ostatecznie, że się nie pomyliłam, że to naprawdę było TO, że
nie ma dokąd uciekać, nie ma czym się łudzić.