Temat"Czy lubimy Poznan?

IP: 193.129.6.* 20.01.05, 11:55
OStatnio zostal poruszony temat w Gazecie Wyborczej na temat Wa-wy. Na jej
temat wyrazali sie rozni znani i nieznani ludzie. Ogolnie W-wy nie lubimy,
ale ludzie chca mieszkac w Warszawie, az 7% Polakow. A jaki jest Poznan? Co
takiego jest tu a nie ma w Warszawie?Co przyciaga?
    • Gość: anna Re: Temat"Czy lubimy Poznan? IP: 193.129.6.* 20.01.05, 11:57
      Tyle awersji do Warszawy?DLaczego?JEstem z W-wy, ale bardzo czesto jezdze do
      Poznania, gdyz moj chlopak z niego pochodzi. Bardzo mi sie podoba, przyjemne, z
      ladna architektura, na pewno wolniejsze tempo niz w W-wie...Zastanawiam sie
      tylko dlaczego Poznaniacy nie lubia tak Warszawiakow?!
      • Gość: couleur3 Re: Temat"Czy lubimy Poznan? IP: *.238.99.218.adsl.inetia.pl 20.01.05, 16:56
        Zastanawiam sie
        > tylko dlaczego Poznaniacy nie lubia tak Warszawiakow?!
        Odpowiedź : CENTRALIZACJA , centralizajcja i ... centralizacja. Wszystko tylko
        dla wszawki...
      • Gość: uczeń Re: Temat"Czy lubimy Poznan? IP: *.icpnet.pl 21.01.05, 01:08
        Trudno ustalić źródła opinii bez sięgania do historii. I choć dziś lokalne samorządy z trudem pozyskują
        środki na tworzenie warunków życia >na prowincji< to mało kto pamięta, że wszystkie decyzje do
        niedawna zapadały w Warszawie. Stąd decydowano w którym miejscu w kraju stanie najmniejsza
        fabryczka, tu zapadały decyzje kto będzie władzą w poszczególnych województwach, a poprzez
        namaszczonych w centrali ? władzą w powiecie, gminie, siole.

        Gdy pozna się wypowiedź bezpartyjnego redaktora, Ślązaka, cieszącego się autorytetem w Europie i
        świecie z racji relacjonowania procesów zbrodniarzy hitlerowskich, sądzonych w Hadze, to może
        znajdzie się źródło negatywnych ocen warszawiaków. Wypowiedź ta zamieszczona została w wydanej
        podczas krótkiej chwili odwilży w roku 1971 przez PIW książce POLSKI PROBLEM NR 1.


        >Żaden z naszych sąsiadów, żaden z narodów Europy i Azji, gdzie toczyła się wojna, nie wyszedł bez
        stolicy. Jedyna Polska. ten kraj, który już latem1944 przekroczył granicę upływu krwi - pięć milionów
        ludzi. I oto w ciągu ostatnich ośmiu miesięcy wojny straciliśmy nie tylko jeszcze milion ludzi, ale i serce
        kraju - żywy organizm Stolicy.

        Żaden też z naszych sąsiadów ani dalszych krajów Europy i Azji nie miał po wojnie tak ogromnego
        zadania jak wznoszenie od fundamentów centralnego ośrodka odbudowy kraju i narodu. Wysiłek
        który włożył NARÓD aby zrekonstruować jako tako swoją stolicę jest również bez precedensu.

        Ale nie zapominajmy ani przez chwilę ile w zamian nie zbudowano domów, sieci energetycznych,
        telefonicznych, wodociągów, kanalizacji, szpitali, szkół, muzeów, teatrów w CAŁEJ POLSCE. Tak jak to
        czyniły inne narody wokół swych zniszczonych stolic.

        O ile dziś bylibyśmy dalej, gdybyśmy - jak wszyscy nasi sąsiedzi - mieli normalnie działającą stolicę już
        w 1946 roku, a nie dopiero w roku 1985 czy 2000...

        Bo przecież nikt nie będzie chyba twierdził, że Warszawa jest już normalnie działającą stolicą.
        Gdyby tak było, nie mielibyśmy w Warszawie roku 1971 tak zażartej dyskusji o kolesiach i chochołach
        i o tej z Warszawy na kraj rozpowszechnianej mądrości CZY SIĘ STOI CZY SIĘ LEŻY DWA TYSIĄCE SIĘ
        NALEŻY.

        ...Pisałem na wstępie że historia w czasie wojny obeszła się z Warszawą okrutnie, a po wojnie -
        niedobrze... NAJFATALNIEJSZYM W SKUTKI DLA WARSZAWY SAMEJ BYŁA REGLAMENTACJA
        ZAMELDOWAŃ. Spowodowało to, że Warszawa nie wchłaniała, jak wszystkie na świecie stolice,
        najprężniejszych młodych ludzi kraju, lecz właśnie - NAPRAWDĘ W NAZBYT DUŻYM PROCENCIE - ten
        element nazywany przez samych warszawiaków niefrasobliwie kolesiowatym, chocholim; ELEMENT,
        CZYLI ŻYWIOŁ PIERWOTNIAKÓW, Z NATURY O OGRANICZONEJ WYOBRAŹNI, LECZ SDOLIDARNOŚCI
        NIEZMIERZONEJ.

        A to przy wpływie, jaki ma zawsze ludność stolicy na obsadzanie stołecznych urzędów, ministerstw,
        biur, doprowadziło właśnie do owego łagodnie przez socjologów określanego JAŁOWEGO
        ZBIUROKRATYZOWANIA NASZEJ ADMINISTRACJI. Jałowego - dodajmy dla społeczeństwa, ale
        dochodowego wysoce dla kolesiów.<

        >Powstały kliki kolesiów, które stanowią mur nie do przebicia dla ludzi dobrej roboty. Te kliki kolesiów
        stworzyły stanowiska, jakie trudno by znaleźć w innych warunkach. Są to ludzie BEZ OKREŚLONYCH
        KWALIFIKACJI, którzy mają szczególny TALENT DO PRZERZUCANIA ODPOWIEDZIALNOŚCI. To spece od
        spychotechniki, zajmujący specjalne etaty w przedsiębiorstwach. Reprezentują oni zwykle te
        przedsiębiorstwa na konferencjach - od konferencji do konferencji, obeznani świetnie ze sposobami
        rozwadniania odpowiedzialności i przerzucania jej na innych...< (cytat autora z listu dra med. T.P. z
        Łodzi za Życiem Warszawy).

        Osmańczyk pisze dalej >...dostrzec można w Warszawie, gdzie uprzywilejowana młodzież -
        zameldowanych tu rodziców - UWAŻA SIEBIE ZA SÓL ZIEMI POLSKIEJ, zapominając, że dopływ młodych
        kadr do stolicy został tu - od pokolenia - zahamowany...

        Oglądałem ostatnio warunki przyjęcia do jednej z warszawskich uczelni, kształcącej KADRĘ
        ADMINISTRACYJNĄ KRAJU, dla ministerstw i urzędów centralnych przede wszystkim: KAŻDEMU
        WOJEWÓDZTWU przydzielono jedno-dwa miejsca, województwu warszawskiemu dwadzieścia,
        resztę STOLICY...

        ... bardzo silnia grupa napływająca z Mazowsza w latach 1945-1960 warszawiaków ciągnie za sobą
        dalej swych pociotów, znajomych, kumpli. Nie działa tu więc żadna selekcja ogólnonarodowa ludzi
        wysokokwalifikowanych, potrzebnych stolicy kraju, ale kumoterska transmisja, i to z województwa
        najgorzej zagospodarowanego, jednego z najmniej prężnych kulturalnie, o wyjątkowo wysokim zużyciu
        alkoholu rocznie.<

        NO CÓŻ, WSPÓŁCZESNA WARSZAWO, WARTO CHYBA POZNAĆ SWÓJ RODOWÓD UJEMNYCH OPINII
        • Gość: couleur3 Re: Temat"Czy lubimy Poznan? IP: *.238.102.97.adsl.inetia.pl 21.01.05, 09:40
          ciekawe to co przytoczył uczeń
          • Gość: uczeń Re: couleur3 Temat "Czy lubimy Poznan? IP: *.icpnet.pl 21.01.05, 15:05
            Cóż, miało być o Poznaniu, ale wyszło o Warszawie, jako kontynuacja rozważań poprzedników.
            Dzięki za określenie >ciekawe<. Artykuł napisany w 1971 r., wydany w 1972 był szokiem na tle
            zakłamania panującego w tamtych czasach. W 1973 r. już by się nie ukazał.

            Gdy dziś czyta się wypowiedzi w dyskusjach na forum GW na temat Warszawy czy innych problemów,
            szokiem jest poziom rozpatrywanych problemów, pustosłowie, brak wiedzy historycznej, szerszych
            horyzontów myślowych, nie wspominając o kulturze języka. I to wszystko w warunkach WOLNOŚCI,
            o której w latach sześćdziesiątych, siedemdziesiątych /z krótkim okresem >odwilży< gierkowskiej/
            i osiemdziesiątych z wyjątkiem roku wolności /sierpień80-grudzień 81/, nikt nawet nie mógł marzyć.

            DLACZEGO LUBIĘ POZNAŃ?

            Można by mówić o urbanistyce doś ograniczonej przestrzeni jednej z najładniejszych ulic na Jeżycach,
            przy której mieszkam od trzeciego roku życia. Secesyjny budynek z 1898 roku, którego pięknie
            malowane plafony klatki schodowej doczekały się, parę lat temu, konserwatorskiej renowacji.
            Po sześćdziesięciu latach człowiek staje się częścią domu, ulicy, dzielnicy i najczęściej odwiedzanego
            obszaru miasta ? Placu Wolności i Starego Rynku.

            Mój Poznań ma ludzką skalę, bogactwo stylowej architektury, zindywidualizowanej pod względem
            urody, osadzonej w zieleni. Tą ludzką skalę stworzyli ludzie dla ludzi. Po tylu latach, prawda o tym, że
            ludzie są najważniejsi, że architektura ma mieć ludzką skalę, nie dociera do wszystkich.

            Paradoksalnie, lubię miasto Poznań, bo mnie mobilizuje do działania. Mobilizują mnie przede
            wszystkim jego mieszkańcy. Pozycja >wolnego zawodu<, dla którego nie było nakazu pracy, po
            skończonych w 1966 r. studiach, ale także nie było stanowiska pracy, wymagała wyrobienia osobistej
            aktywności. Wyobraźnia, wiedza wyniesiona także z pięcioletniego specjalistycznego liceum, oprócz
            kontynuacji na studiach, także zdolności organizacyjne, wynikające z konieczności współwychowywania
            trójki młodszego rodzeństwa i przejęte po rodzicach, nauczycielach, cechy społecznikowskie, stały się
            podstawą udziału w wielu ważnych wydarzeniach miasta Poznania. Była to także okazja do spotkania
            tysięcy ludzi, setek współpracowników.

            Przez pięćdziesiąt lat pracy zarobkowej /już od pierwszej klasy liceum/ spotkałem niewielu ludzi
            starających się poznać moje możliwości, chcących dopomóc w rozwoju wiedzy, wyobraźni, talentu. Dla
            większości była to sprawa wykazania własnej pozycji, władzy, mojej zależności od ich decyzji, chęć
            wykorzystania i zarobienia na moich zdolnościach. To co dziś nazywa się układami istniało zawsze.
            Demokracja zwiększyła tylko ilość ośrodków decyzyjnych. Dziś każdy jest WŁADZĄ. O ile w latach
            sześćdziesiątych zarówno władze przedsiębiorstw, urzędów czy uczelni, posiadały w swych gremiach
            realizacyjnych osoby posiadające dużą kulture osobistą, tak po 1990 roku zmiany wyprowadziły na te
            pozycje miernoty w sposób prymitywny najczęściej realizujące budowę kapitalizmu prowizyjnego.

            Nie mówię tu o głównych decydentach ? sekretarzach partii, dyrektorach najczęściej z ich mianowania,
            ale i tu wszystko zależało od zaprezentowanej fachowości w przedstawianych propozycjach. Nie
            zapomnę do śmierci, jak znany kacyk w randze wojewody, na naradzie, wobec kilkudziesięciu osób, po
            zdecydowanym odrzuceniu projektu, na podstawie kilku logicznych zdań argumentów,
            wypowiedzianych wśród śmiertelnej ciszy panującej na sali, odwołał publicznie swą uprzednią decyzję.
            A to, że ktoś inny program przejął i po latach zrealizował, wykorzystując projekty wstępne oraz
            zabezpieczone podjętymi wtedy decyzjami środki finanswe, sięgające blisko 1 milion dolarów -
            /r.1978/ - to sprawa też już inna. Nie czas i miejsce opisywać w szczegółach lata pracy zawodowej,
            owocującej śladami stałymi w historii miasta i województwa, a także okazjonalnie w skali kraju
            i Europy.

            Dziś, nadal kontynuując indywidualny tryb działania, gdzie doświadczenie wspomaga wyobraźnię,
            pozostając uczniem do końca, muszę stwierdzić, że lubię moje Miasto, bo mnie mobilizuje.
            Powiedziałbym, że LUDZIE mojego Miasta coraz bardziej mnie mobilizują.






            • Gość: couleur3 Re: couleur3 Temat "Czy lubimy Poznan? IP: *.238.98.211.adsl.inetia.pl 22.01.05, 13:36
              "Mój Poznań ma ludzką skalę, bogactwo stylowej architektury, zindywidualizowanej
              pod względem
              urody, osadzonej w zieleni. Tą ludzką skalę stworzyli ludzie dla ludzi. Po tylu
              latach, prawda o tym, że
              ludzie są najważniejsi, że architektura ma mieć ludzką skalę, nie dociera do
              wszystkich"
              Też mam takie wrażenie : Poznań jest wystarczająco duży , by mieć przymioty
              dużego miasta i korzyści jakie z tego płyną , a zarazem nie jest to taki moloch
              jak np. Berlin , gdzie wszędzie trzeba się o wiele dłużej przedzierać przez ruch
              miejski i to spowalnia wszelką aktywność.
Pełna wersja