etykieta.zastepcza
19.11.06, 22:19
Ze zdziwieniem czytam te żenujące wynurzenia "pomarszowe" autorstwa p.
Przybylskiej. "To nie był mój Poznań" dwa lata temu, rok temu też nie, a w tym
już prawie był. Przepraszam, ale co to znaczy? Dlaczego Pani chce lub nie chce
się utożsamiać z tym miastem tylko ze względu na jakiś głupawy marszyk bandy
lewaków i anarchistów? To są jakieś kpiny i kompletne zatracenie miary osądu
rzeczy!!!
Czy Poznań jest wart dyskutowania tylko ze względu na marsze równości? Albo
głównie z tego względu? To śmieszne, co robi Pani, co robi redakcja poznańska
GW relacjonując minuta-po-minucie marginalne zdarzenie w którym brała udział
garstka krzykaczy, którzy sami nie wiedzą o co im chodzi - o jakąś równość? o
jakąś demokrację?
Jaką równość? I jaką demokrację? 200-300 osób, którym gdzieś się w życiu
pomuyliło i wolą seks chłopców z chłopcami i dziewczynek z dziewczynkami
chodzi po ulicach i wyłącznie z tytułu tej swojej przypadłości bredzą coś o
równosci, tolerancji i demokracji. Żądają praw... ale do czego?
Co ma w ogóle jedno do drugiego? Co ma seks do demokracji?
O co chodzi? Naprawdę nie rozumiem, ale pocieszam się tym, że sami
organizatorzy tego nie rozumieją.
Oni bredzą, bełkoczą.
Ja tu już postawiłem jedno, moim zdaniem, ważne pytanie (raczej niestety
retoryczne) - jak to jest, ze ludzie , sami określający się anarchistami,
głoszą hasła poszanowania praw, konstytucji i demokracji? Przecież to jawna
sprzecznosć - i ta sytuacja niestety nie dodaje wiarygodności ani
demostrującym, ani tez Pani, która tak ochoczo wspiera i opisuje tę całą
żałosną dość szopkę.
Poznań był i jest mój. Ale nie dlatego, ze w sobotę odbył się marsz
pederastów. Dla mnie to marginalna sprawa.
Poznań jest mój, bo tu żyję, tu pracuję, mam tu swoje ulubione miejsca itd.
Mogę się zżymać na korki, drożyznę, na takich czy innych polityków, ale to nie
zmienia mojego przywiązania do miasta. Czy jakbym mieszkał we Wrocławiu, to
nie narzekałbym na korki uliczne i na inne sprawy?
Cały ten marsz równości to wielka szopa (a nawet "dwie szopy"). Przecież
codziennie mijam na ulicach setki ludzi: prawych, lewych, magistrów i meneli,
homo- i niehomo-. żyjemy sobie w tym mieście i nie przeszkadzamy sobie nawzajm
- po prostu tolerujemy się. Ze względu na tolerancję właśnie nie podchodzę do
każdego mijającego mnie przechodnia i nie pytam go, czy jest homo- czy
niehomo-. Ja nie muszę tego wiedzieć. Po co?