anewsia
02.12.08, 16:53
czas i miejsce akcji: dzisiaj, os. zielarskie w plewiskach, moje
przeddomie, czytaj: wieczny plac budowy PAJO; z synem w wózku
wyruszam w sprawie ważnej do miasta; PAJO zadecydowało za mnie: nie
pojedziesz; błotem upaprana po kolana, z wózkiem wyglądającym równie
żałośnie, niemocą zgięta, wróciłam by się przebrać i zadzwonić do
PAJO, by osobie odpowiedzialnej za taki stan drogi przed moim domem
i rozebrany chodnik zadać pytanie, co teraz; telefonów wykonałam
kilka, bo zgłaszający się pod podawanymi mi kolejno numerami nie
byli tymi, którzy mogli jakkolwiek tej grząskiej sprawie zaradzić; w
końcu jest! dodzwoniłam się dobrze! i co usłyszałam? że mam sobie
kupić samochód, a ponadto zapłakać nad swoją niezaradnością, bo nikt
inny się nie skarży! w chwilę po telefonie mój rozmówca raczył
przyjechać terenowym autem, wysiadł na najmniej brudnym kawałku
chodnika w wypolerowanych, czarnych mokasynkach i to samo powtórzył
mi w oczy, uznając ponadto, że przesadzam, bo przejść się da;
zaproponowałam zatem mu, żeby przeszedł, wrócił i wtedy powiedział
to jeszcze raz; wsiadł i odjechał; aha, na odjezdne napomknęłam mu o
mojej z mediami zażyłości; po jakiejś godzinie służby zaczęły
uprzątać chodnik, a ja dostałam telefon z przeprosinami za
nieuprzejmość i dyskomfort oraz z obietnicą, że problem zostanie
rozwiązany; CZY NIE MOŻNA BYŁO TAK OD RAZU? ja też jestem klientem
PAJO; jakiejś innej kategorii?? bo kasę już dałam?? pięć lat temu,
uległam czarowi wizji, roztaczanej przez specjalistów od marketingu
firmy PAJO: "Prywatność... Spokój... Odpoczynek... Bezpieczeństwo...
Spełnienie marzeń..." i JESTEM ROZCZAROWANA!