pokopacz
19.11.09, 20:25
Wygląda na to, że mamy nową aferę przetargową, ale w wykonaniu
bohaterów znanych już z afery hazardowej. Pierwsze skrzypce gra w
niej były minister sportu Mirosław Drzewiecki i były szef klubu PO
Zbigniew Chlebowski. Ich rolą jest wypełnienie zadania, jakie stawia
im znany ze sprawy hazardowej biznesmen Ryszard Sobiesiak, którego
wspiera jeden z najbogatszych Podhalan Andrzej Stoch. Aktywny też
jest szef gabinetu politycznego ministra sportu Marcin Rosół. Sprawa
dotyczy przetargu w Czorsztynie na dzierżawę wyciągu narciarskiego
wraz z infrastrukturą zlokalizowanego na Polanie Sosny w Niedzicy -
informuje portal tvp.info.
Przetarg odbywa się w Czorsztynie i dotyczy dzierżawy wyciągu
narciarskiego wraz z infrastrukturą zlokalizowanego na Polanie Sosny
w Niedzicy. Jego właścicielem jest Zespół Elektrowni Wodnych w
Niedzicy. Elektrownia jest spółką Skarbu Państwa. Firma ta prowadzi
także na dużą skalę usługi turystyczne.
Oprócz wspomnianego wyciągu ma także szereg hoteli, pensjonatów i
miejsc biwakowych położonych na niezwykle atrakcyjnych terenach
wokół Zamku Czorsztyńskiego.
On musi ustawić przetarg
Już najwyższy czas wprowadzić do historii kluczową dla sprawy
przetargu osobę. Lech Janczy, jeden z najbardziej aktywnych
działaczy PO na obszarze Pienin. Jest przewodniczącym Koła PO w
Czorsztynie. Jednocześnie jeszcze do niedawna pełnił funkcję
pełnomocnika Zarządu Zespołu Elektrowni w Niedzicy ds. dzierżawy i
wynajmu. W wyniku wewnętrznych konfliktów szefostwa elektrowni,
latem 2009 roku Jancza dostał trzymiesięczne wypowiedzenie. Jego
termin upływa ostatniego dnia września. Tego dnia musi się rozstać
ze swoją funkcją. Cały kłopot dla Andrzeja Stocha i Sobiesiaka
polegał na tym, że przetarg na wyciąg narciarski na Polanie Sosny,
będący"żyłą złota" w czasie sezonu zimowego, został zaplanowany na
12 października.
Lechowi Janczy zabrakło dwa tygodnie, żeby przetarg zakończył się
zgodnie z oczekiwaniami jego biznesowych znajomków. Wtedy do akcji
wkraczają Zbigniew Chlebowski i Mirosław Drzewiecki. Impulsem dla
nich jest zlecenie przekazane im przez Sobiesiaka, za którego
plecami stoi Andrzej Stoch. Jest połowa września. Ruchy wszystkich
bohaterów tej historii są już mocno ograniczone. Od co najmniej
dwóch tygodni wszyscy wiedzą już o tym, że mogą być podsłuchiwani
przez CBA, lub inne służby zwalczające przestępczość korupcyjną.
Dlatego w rozmowach telefonicznych między sobą używają ezopowego
języka - mówią w utajniony sposób, jednak tak, by dla rozmówcy
sprawa była czytelna.
"Pikuś"
Jednakże dla organów ścigania jedną z zalet szemranych postaci jest
to, że są na tyle nieostrożni, iż przez ich zakamuflowane słowa
często słychać istotę rzeczy. Dzięki temu udało się odtworzyć
szczegóły operacji i jej założenia: "Jancza musi zostać. Przetarg
musi być nasz".
Pierwszym mocnym śladem tej operacji jest telefon, jaki Ryszard
Sobiesiak wykonuje do Zbigniewa Chlebowskiego wieczorem 14 września.
Chlebowski, który poprzedniego dnia był w Małopolsce w Niepołomicach
pod Krakowem, przekazuje swojemu rozmówcy ważną informację. Mówi, że
zrobił wszystko w tej sprawie, co mógł. Jednocześnie radzi, aby sam
zainteresowany, czyli Lech Jancza, sam też walczył o siebie. Na
koniec swojej kwestii wlewa nadzieję w serce Sobiesiaka, mówiąc:
"jeszcze nic straconego, Rysiu". Sobiesiak jednak zachęca ministra
Chlebowskiego, żeby jutro "pogadał" jeszcze z Tadziem. Tvp.info
zaznacza, że nie udało się jeszcze rozszyfrować, kto się kryje za
tym zdrobnieniem. Następnego dnia również wieczorem Sobiesiak dzwoni
do Lecha Janczy.
"Dupek"
W tej rozmowie w tle pojawia się najprawdopodobniej poseł PO ziemi
nowosądeckiej Andrzej Czerwiński, zwany w tej wymianie informacji
"Pikusiem z Sącza". Lech Jancza z zadowoleniem przekazuje, że
Andrzej Czerwiński za dwa dni (17 września w czwartek) umówiony jest
na rozmowę z ministrem Gradem i tam "ten temat ma być
doprecyzowany", czyli jego pozostanie na dotychczasowej funkcji. Z
kolei Sobiesiak żali się, że wprawdzie wczoraj rozmawiał ze
Zbyszkiem (oczywiście chodzi o Chlebowskiego), ale nie może się
dodzwonić do Mirka, tu nazywanego "dupkiem".
Mówi dosłownie: "dwa dni nie odbiera telefonu, dupek jeden, teraz
był w telewizji, myślałem, że jak wyjdzie, odbierze, ale nie
odebrał". Radzi też Janczy, aby ten przekazał Andrzejowi, żeby on
najwięcej naciskał na Mirka. Wreszcie przechwala się Janczy, że w
rozmowie z Chlebowskim ("Zbyszkiem") wyraził się jasno, że jeśli nie
przywrócą go do pracy, to on pokaże im papiery, jak oni tam rządzą.
Pada też kwestia, że przecież sprawa Janczy jest prosta i trzeba ją
załatwić po linii partyjnej.
Tajne spotkanie w Radissonie
Sugestia ma o tyle uzasadnienie, że jak podawał "Tygodnik
Podhalański" (w lutym tego roku), po zwycięstwie w wyborach 2007
roku, PO dokonało skoku na Zespół Elektrowni w Niedzicy. Kierownicze
funkcje, włącznie z prezesurą firmy, objęli działacze PO. Wówczas w
oryginalny sposób uzasadniał to jeden z dzisiejszych bohaterów -
Lech Janczy: "Moim zdaniem to powód do dumy, że w naszym kole PO są
osoby o wysokich kwalifikacjach".
Jesienią ma już jednak inne zmartwienia. Mija tydzień, a w jego
sprawie niewiele się ruszyło. Wreszcie Sobiesiak dowiaduje się, ze
Drzewiecki ma być w Warszawie i gotowy się z nim spotkać.
Nieustaleni do tej pory dwaj pośrednicy, Michał i jakaś druga osoba,
umawiają Sobiesiaka późnym wieczorem, około 22.00, w hotelu Radisson
na ul. Grzybowskiej w pokoju 607, gdzie czekać ma na niego
Drzewiecki.
O tym, że takie spotkanie odbyło się faktycznie, doniosła
"Rzeczpospolita", słusznie zarzucając kłamstwo Drzewieckiemu, który
twierdził, że ostatni raz widział się z Sobiesiakiem w maju. Zaraz
po rozmowie z Drzewieckim, dzwoni do Janczy, pytając, czy w jego
sprawie coś się zmieniło. Lech Janczy mówi, że nic nowego do niego
nie dotarło. Sobiesiak zdenerwowany, nieodmiennie nazywając
Drzewieckiego "dupkiem", powołuje się na to, co usłyszał przed
chwilą, że wszystko już załatwione.
Lech Janczy wylewnie dziękuje. Następnego dnia Stoch i Sobiesiak w
rozmowie między sobą bez ogródek mówią o przetargu, oraz o roli
Leszka Janczy w tym, żeby wszystko poukładać jak należy. Luz u
Sobiesiaka wynika z tego, że kupił sobie nowy telefon na kartę i
prosi Stocha, aby dzwonił tylko na ten numer. Pod koniec miesiąca,
27 września (niedziela), Lech Janczy denerwuje się, bo "finał ma być
12 października, a on nie zna ciągle swojej sytuacji w pracy", o
czym informuje Sobiesiaka. Ten dzwoni natychmiast do Chlebowskiego i
przypomina, że Drzewiecki obiecał przywrócić do pracy Janczę.
Zadżumione telefony
Chlebowski nie chce rozmawiać przez telefon i proponuje Sobiesiakowi
spotkanie. Ten jednak kilka dni musi być w Warszawie i nie może
przyjechać do Chlebowskiego, który "relaksuje się w domu".
Drzewiecki w tym czasie odpoczywa w USA. Sobiesiak postanawia więc
"uderzyć" do asystenta Drzewieckiego, Marcina Rosoła. Marcin Rosół
informuje Sobiesiaka, że jego szef mu wszystko przekazał i załatwi
to w przyszłym tygodniu, bo ten tydzień był bardzo ciężki.
Sobiesiak uczula go, że sprawa jest bardzo pilna, bo Janczy zostały
ostatnie cztery dni do końca miesiąca. W rozmowie nazwisko Janczy
nie pada, ale obydwaj doskonale wiedzą, o czym mówią. Marcin Rosół
jest ostrożny, mówiąc, że wszystko będzie załatwione, ale nie przez
telefon. 29 września, we wtorek, dochodzi do krótkiego ("szybka
kawa") spotkania Sobiesiaka z Rosołem w kawiarni ministerstwa
sportu. Nie znam przebiegu rozmowy, ale wiadomo już, że operacja z
Janczą zakończyła się sukcesem i 12 października odpowiadał za
przeprowadzony przetarg.
Trafną analizę przedstawiła znana blogerka Kataryna w Salonie 24 w
tekście "Sami swoi i nie ma mocnych" z początku listopada tego roku.
Nie znając nit