Bohaterowie naszych czasów- śp. Jan Maciążek

05.02.13, 22:58
Witam
Na jednym z forów internetowych forumowicz <czarny376>zamiesił link do artykułu o Mieszkańcu Naszej Gminy - nieżyjącym już śp. Janie Maciążku - ostatnim z żyjących (zmarł w Odrzywole 21 lipca 2009 roku w wieku 86 lat) członku oddziału mjr. Dobrzańskiego "Hubala".
Myślę, że warto byłoby się zapoznać z krótką notką biograficzną, bo na pewno z takiego człowieka powinniśmy być dumni.
Dlatego poniżej podaję za <czarny376> link do artykułu.
www.majorhubal.pl/index.php?dzial=hubalczycy_pokaz&id=462
Sławomir Gajewski
------------------------------------------------------------------------------------------------------------
Jan Maciążek- ps. "Janusz", "Kruk"

Szeregowy

Syn Teofila i Jadwigi z domu Ossowskiej.
Urodził się 24 lutego 1923 r. w Podlesiu gm. Radoszyce.

Uczył się w szkole podstawowej w Jacentowie i Radoszycach. Po zakończeniu nauki w 1937 roku starał się o przyjęcie do Szkoły Podoficerskiej dla Małoletnich najpierw w Szremie, a później w Koninie, ale bez powodzenia. W końcu w 1939 roku został przyjęty do Zawodowej Szkoły Lotniczej nr 1 na Paluchu w Warszawie. Wojna pokrzyżowała jego plany i pozostał z rodzicami w domu. W tym czasie jego dalszą edukacją zajął się mieszkający na stacji w domu Maciążków, Stanisław Tyski. Pomaga również Janowi znaleźć zatrudnienie przy robotach geologicznych i wiertniczych w prywatnej firmie Łępicki i Spółka.
23 października 1939 r. nawiązuje kontakt z Oddziałem mjr. „Hubala” Henryka Dobrzańskiego, zostaje zaprzysiężony i przydzielony do Placówki Radoszyce – Zychy o kryptonimie „Tadeusz”, którą kieruje por. rezerwy Józef Wyrwa „Furgalski”.

Jan Maciążek – Wspomnienia:
10 lutego 1940 r. z polecenia por. „Furgalskiego”, byłem wprowadzony przez por. „Bema” Zygmunta Morawskiego i pchor. Leonarda Gołko do Oddz. Hubala, który w tym czasie kwaterował w Gałkach Gielniowskich w rejonie lasów przysuskich.
Na drugi dzień, podczas polowej mszy św., którą odprawiał kapelan ks. Ludwik Mucha, złożyłem ponownie uroczystą przysięgę z gronem kolegów obierając sobie ps. „Janusz”. W Oddziale przechodzę intensywne ćwiczenia z bronią i szkolenie taktyczne, których dogląda osobiście mjr „Hubal”. Kto chce i umie obchodzić się z koniem, uczy się jazdy konnej. Przydzielony do drużyny „Jury”, zapoznaję kilku morowych kolegów: „Zająca” Józka Pogorzałę i „Burzę” Władka Raczyńskiego, oraz wielu innych. Dwa, czy też trzy razy wyjeżdżałem na ochotnika saniami na pościgówki. Najlepiej utkwił mi w pamięci wypad do Brzustowca (Drzewicy), gdzie na wysokości Rożka koło Krzyżówek Gielniowskich napotkaliśmy grzebiących się w zaspach śnieżnych i zadymce żandarmów niemieckich. Ucieszeni, że wypchniemy ich z tych zasp, niespodziewanie zostali przez nas rozbrojeni. Zawiedzeni, zapewne przeklinali nas w duchu, jak z nieba jawiących się „Polnische Banditen.
Kiedy 13 marca nadszedł rozkaz częściowej demobilizacji Oddziału Wydzielonego, powrócił do macierzystej Placówki „Radoszyce - Zychy” i zajął się organizacją zaplecza dla pozostałych w Oddziale żołnierzy."

Od 13 marca 1940 r. do listopada 1943 r. służył jako łącznik, wywiadowca, kolporter i członek bojówki ZWZ będąc nadal podkomendny por. „Furgalskiego”.
W tym czasie został na krótko aresztowany przez żandarmerię z Radoszyc. Udało mu się uciec i przed opuszczeniem terenu ostrzec o zagrożeniu. Aresztowany po raz drugi zdołał uciec już z transportu kolejowego.
Od listopada 1943 r. do 4 października 1944 r. służył w Oddziale Dywersyjnym por. „Furgalskiego” jako drużynowy III drużyny w II plutonie.
Od 4 października 1944 do 17 stycznia 1945 był drużynowym III drużyny w II plutonie w 25 pp AK w II batalionie w V kompanii.
Brał udział w walkach pod Białym Ługiem, Skórkowicami, Ruszkowicami i Myśliborzem, Bokowem i w wielu pomniejszych akcjach. W jednej z tych walk został ciężko ranny.

Jan Maciążek – Wspomnienia:
(...)wysłany w pościgówkę do Radoszyc 2 IX 1944 r. z por. „Edmundem” Waligórą, włączamy się do walki z Niemcami którzy najechali Radoszyce wczesnym rankiem w sobotę. Dołączamy więc do znajdującego się w Grodzisku Podlesiu Oddziału NSZ kap. „Karola” – Matyni i razem z nim atakujemy Niemców, którzy zajęli pozycję pod Radoszycami wzdłuż szosy nad rzeczką a wzgórzem z figurką Antoniowską. W ataku tym zostaję ranny w prawą rękę i lewy bark. Opiekuje się mną doktor Alfons Krysiński, weterynarz z Radoszyc.

Po rozwiązaniu 25 pp AK ukrywał się.
28 sierpnia 1945 r. zdał egzamin dojrzałości przed Państwową Komisją Weryfikacyjną w Końskich z wynikiem pomyślnym i otrzymuje świadectwo ukończenia Gimnazjum Ogólnokształcącego w Końskich.
Z początkiem 1946 r. podjął pracę w Nadleśnictwie Państwowym Wola Świdzińska pow. Włoszczowski, na stanowisku rachmistrza materiałowego. Pracował do chwili aresztowania. w dniu 25 stycznia 1949 r. przez UBP w Końskich. Po śledztwie trwającym ponad dwa lata skazany został przez Sąd Wojoewódzki IV Wydział Karny w Łodzi, wyrokiem Sądu Najwyższego w Warszawie z dniu 23 lutego 1952 r., na 7 lat i pozbawienie praw publicznych na 3 lata.

W uzasadnieniu wyroku napisano:
(...)w okresie od połowy 1943 r. do końca 1944 r. na terenie powiatu opoczyńskiego, rawsko-mazowieckiego, opatowskiego i koneckiego brał udział w działalności arodowych Sił Zbrojnych włączonych do Armii Krajowej, których celem było zbrojne niedopuszczenie do powstania w Polsce ustroju komunistycznego.
Wyrok ten został unieważniony w postępowaniu rehabilitacyjnym postanowieniem Sądu Wojewódzkiego IV Wydział Karny w Łodzi z dnia 6 września 1991r.
3 lipca 1955 r wyszedł na wolność z więzienia w Świdnicy.
Z powodu prześladowań do końca 1956 roku nie mógł znaleźć zatrudnienia. W końcu udało mu się znaleźć pracę fizyczną w wiertnictwie podfundamentowo-studziennym w zakładzie Hydrowiert w Kielcach, gdzie pracował na stanowisku brygadzisty do 1962 roku. Po przeniesieniu się do Odrzywołu zatrudnił się w Spółdzielni „Samopomoc Chłopska”.
Na skutek prześladowań UB zostaje zwolniony z pracy. Od 1977 do 1995 roku prowadził prywatną działalność. Na emeryturę przeszedł w 1985 r.

Od początków działalności Środowiska „Hubalczycy” był jego czynnym członkiem.
Wielokrotnie gościł w szkołach na spotkaniach z młodzieżą.
W maju 2008 roku, był jedynym żołnierzem majora Hubala, który stawił się na uroczystości rocznicowych przy Szańcu w Anielinie.

W chwili rozwiązania 25 pp AK, 17 stycznia 1945, Jan Maciążek posiadał stopień sierżanta. 17 maja 1999 r. otrzymał awans na podporucznika, a 27 października 2000 r. na porucznika.

Zmarł w Odrzywole 21 lipca 2009 roku w wieku 86 lat. Pogrzeb odbył się w czwartek 23 lipca na cmentarzu parafialnym w Odrzywole.

Jan Maciążek odznaczony był Medalem Wojska - Londyn 15.08.r.(?), Krzyż Walecznych – Londyn 30.12.1949 r., Krzyż AK – Londyn 24.04. 1979 r., Krzyż Partyzancki – Warszawa 15.04. 1983 r., Medal Zwycięstwa i Wolności – Warszawa 31.12.1976 r.
Posiadał imienną Odznakę „Hubalczycy 1939 – 1940” o numerze 24.


Redakcja portalu dziękuje panom Piotrowi Chałubińskiemu i Michałowi Maciążkowi (synowi porucznika Jana Maciążka) za udostępnienie materiałów umożliwiających opracowanie biogramu.

Źródło:
1. J. Maciążek, Życiorys.
2. J. Maciążek, Deklaracja przystąpienia do Stowarzyszenia Żołnierzy AK Okręg Kielce, Koło nr 2 w Końskich z dnia 1.03. 1991 r.
3. Z. Kosztyła, Oddział Wydzielony WP mjr. Hubala, Warszawa 1987, s. 299.
4. Końskie i powiat konecki 1939-1945, praca zb. pod red. B. Kacperskiego, Końskie 2006-2008, t. VI, s. 91.
5. Postanowienie Sądu Wojewódzkiego w Łodzi z dnia 6.09.1991 r. w sprawie rehabilitacji
    • komentator_123 ks. Jan Zieja 06.02.13, 08:50
      Następnym bohaterem naszych czasów jest też ks. Jan Zieja z Ossy;

      grodzki.net/Teksty-wybrane/prorok-ks-zieja.html

      Prorok
      Ks. Jan Zieja (1897-1991): świadek wieku XX
      Kiedy powstaje Komitet Obrony Robotników, ks. Zieja bez wahania składa podpis pod jego deklaracją. SB wzywa go na przesłuchanie. Ksiądz przychodzi i zaczyna ewangelizować funkcjonariuszy. Więcej go nie wezwą.
      Małgorzata Nocuń, Andrzej Brzeziecki /2007-01-25
      Ks. Jan Zieja

      Ks. Jan Zieja

      Jest rok 1901 albo 1902 (tego już chyba nikt nie sprawdzi). Ks. Antoni Aksamitowski chodzi po kolędzie w opoczyńskiej wsi Osse. Zachodzi do domu Kazimiercoków; tak wołano na rodzinę Ziejów. Podczas rozmowy wskazuje na kilkuletniego Jasia i mówi do gospodyni: "Ziejino, to dziecko trzeba uczyć na księdza". Chłopak pasie więc krowy, ucząc się z kupionego na targu elementarza. Ojciec, Michał Zieja, nie jest zachwycony. Sam nie umie czytać i mawia, że "to nie nasza gospodarka, uczyć się". Ale na łożu śmierci powie: "To już uczcie tego chłopca".

      ***

      Jan Zieja ma 18 lat. Jedzie do Sandomierza, chce wstąpić do seminarium. Mija budynek z biało-czerwoną flagą i napisem: "Werbunek do Legionów Polskich". Na Zieję woła ułan: "Kawalerze, może do nas?". Chwila wahania. Janek popiera przecież ideę Legionów całym sercem. Pokazuje jednak na budynek seminarium. Już wybrał. Legionista krzyczy za nim: "Szczęść ci Boże!".

      Rok 1920. Wojna polsko-bolszewicka. Wyświęcony na księdza Jan Zieja zgłasza się na kapelana. W pamięć zapadnie mu szczególnie jedna bitwa, w Brzostowicy za Puszczą Białowieską: gdy strzały cichną, idzie na pobojowisko. Ranni Polacy, Rosjanie, ziemia zasłana trupami. W księdzu następuje przemiana. Po latach powie, że tam, na tym polu, ostatecznie się nawrócił. Zrozumiał, że przykazanie "Nie zabijaj" znaczy "Nie zabijaj nigdy i nikogo".

      Tak został pacyfistą, na całe życie.

      Pod koniec wojny na pogrzebie poległych powie: "Przez tyle wieków wychowywano nas w duchu Ewangelii, teraz chwyciliśmy za broń, bo nas napadnięto, ale żołnierz polski wziął do ręki karabin po to, aby już go nie brać". Od dowódcy pułku usłyszy: "Księże kapelanie, myślałem, czy nie aresztować księdza za to kazanie. Mówiąc, że broń nie będzie potrzebna, osłabia się ramię żołnierza".

      ***

      Warszawa, rok 1926. W stolicy marszałek Piłsudski dokonuje zamachu stanu. Bratobójcze walki, polegli. Ksiądz chce zamanifestować swoje pacyfistyczne poglądy. Granice, wojny, państwa są - jego zdaniem - przeciwko woli Bożej. Najważniejszy jest pokój i miłość. Postanawia odbyć pielgrzymkę do Rzymu: na piechotę, bez paszportu, pieniędzy. Jak żebrak. Słowa "Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus" mają być jedyną przepustką.

      Dociera do Wiednia. Dalsza wędrówka nie jest możliwa. Z wiedeńskiej parafii, gdzie nocuje, telefonują do Polski. Alarmują o dziwnym przybyszu, który bez paszportu idzie do Włoch. Kilka dni później polska ambasada wręcza pielgrzymowi tymczasowy paszport. Z adnotacją: "Tylko na powrót do kraju".

      Wraca - i zastanawia się, jak realizować ideał ubóstwa i miłości bliźniego. Zaczyna nowicjat u kapucynów w Nowym Mieście nad Pilicą. Pewnego dnia wchodzi do kuchni. Z garnka zdejmuje pokrywę. W środku szarawa, nieprzyjemnie pachnąca woda, w niej trochę kaszy. Pyta: "Co to?". Słyszy, że zupa dla ubogich. Tymczasem zakonnicy codziennie dostawali na obiad pokaźną sztukę mięsa. "To nie moje miejsce" - myśli i opuszcza kapucynów.

      Trafia do Mołodowy na Polesiu. Żyją tu Ukraińcy, Białorusini i Polacy. Wybiera się na spacer, spotyka chłopa. "Czego byście chcieli?" - pyta. "My to chcielibyśmy się uczyć" - odpowiada chłop. Wkrótce w jednej z chat zbierają się mężczyźni i kobiety. Ksiądz w roli nauczyciela. Zaczyna wykładać im matematykę, języki, logikę. Zastanawia się, co robić z katechezą. "Jesteście prawosławni, jest tu batiuszka, poproście, by was uczył" - mówi. Uczniowie wracają od batiuszki i proszą, by Zieja uczył ich religii, bo pop chce pieniędzy.

      Na katechezie rozmawiają więc nie o katolicyzmie czy prawosławiu, tylko o chrześcijaństwie. Ksiądz czyta im Ewangelię po polsku i rosyjsku. W niedziele odprawia Mszę w oddalonym o parę kilometrów Motolu. Jest tam Dom Ludowy, w którym nic się nie dzieje. Gdy ksiądz zaczyna w nim czytać Ewangelię, przychodzą prawosławni, Żydzi; z czasem - na ich prośbę - uczy ich logiki.

      Warszawa, rok 1933 (może 1934?). Ksiądz słucha wykładów prof. Majera Bałabana z historii Żydów polskich. Przyjaźni się z jednym Żydem z Nalewek. Gdy ten wyjeżdża do Palestyny, Zieja z przyjaciółmi odprowadza go na dworzec. Śpiewają pieśni żydowskie, tańczą. Jakiś podróżny, widząc człowieka w sutannie tańczącego z Żydami, ostrzega: "Proszę księdza, to Żydzi!". Zieja: "Tak, to moi koledzy z judaistyki". Podróżny ucieka przerażony.

      Zofia Morawska (związana z Laskami od 1930 r.): - Przed wojną przychodził do naszego warszawskiego biura przy ulicy Wolność. Mieszkał wtedy w Warszawie. Miał tam pokój, do którego sprowadził jakiegoś biednego Żyda. Z ulicy czy skądś.

      ***

      Rok 1939. Zakład dla Ociemniałych w Laskach. Ksiądz pracuje tu jako kapelan. Morawskiej utkwiła w pamięci także jego matka. - Piękna kobieta, prawdziwa gospodyni - mówi. - Chodziła w opoczyńskim stroju. Każdy czuł do niej szacunek.

      Wrzesień. Ksiądz znowu na froncie. W jego dywizji jest wielu prawosławnych. Jest ich duszpasterzem, udziela Komunii. Już w niewoli, codziennie odprawia dla jeńców Mszę. Śpiewają "Boże, coś Polskę". Kiedyś przychodzą Niemcy. Chcą, by odprawił i dla nich, bo nie mają swojego kapelana. Zieja się godzi. Pisze po niemiecku kazanie; chce powiedzieć, że "żyjemy i umieramy dla jednego: żeby miłość ludzi złączyła". Ale Niemcy poprosili o nabożeństwo bez kazania.

      ***

      Okupacja. Majątek rodziny Przewłockich pod Siedlcami. Elżbieta Przewłocka uczy się na tajnych kompletach. Dom służy wielu za schronienie. Pewnego dnia ojciec przywozi wysokiego, chudego księdza i mówi do zgromadzonej w majątku młodzieży: "Skorzystajcie z jego pobytu, ile możecie". Chodzą więc za nim i ciągle pytają. Np. o konflikt pokoleń. Zieja siedzi na ściętej lipie i tłumaczy: "Jak świat światem, młodzi mają problemy z dorosłymi. Ale bądźcie cierpliwi, kiedyś wszystko zrozumiecie".

      Elżbieta Cielecka (z domu Przewłocka): - Był szalenie prosty w tych kontaktach z nami, jeszcze pół-dziećmi. Bardzo go kochaliśmy.

      Po wojnie Cielecka spowiada się u Zieji. Jest przekonana, że ma na sumieniu wiele grzechów. Mówi mu, że już nie wie, co ze sobą zrobić. Ksiądz odpowiada: "Nieważne, jak się upada. Ważne, jak się podnosi. Podnoś się!".

      ***

      Zostaje kapelanem "Szarych Szeregów" - podziemnego harcerstwa. Nie zna ich imion. Powie potem: "Przychodzili ze swoimi sprawami, z Bogiem, a ja im towarzyszyłem na tyle, na ile potrzebowali tego, o czym mówiłem. Wśród tych żołnierzy spotykałem wielu takich, którzy żyli w męce. Nie wiedzieli jak wybrać, ale wybierali walkę" .

      Jest też kapelanem Komendy Głównej AK. Współpracuje z Radą Pomocy Żydów "Żegota". W wywiadzie-rzece z Władysławem Bartoszewskim tak zostaje utrwalone spotkanie z nim w czasie wojny. "Bóg chciał, żebyś przeżył, po co, jak myślisz? - mówił. - Nie po to, żebyś się nad sobą litował, ale po to, żebyś był świadkiem prawdy. Żebyś wiedząc, że istnieje tak straszne zło, upewnił się, że musi istnieć dobro. Są wokół nas ludzie nieszczęśliwi, cierpiący. Trzeba im pomóc! (...) Rozejrzyj się wokoło. Czy wiesz, co się dzieje w getcie?".

      -verte-
      • komentator_123 Re: ks. Jan Zieja 06.02.13, 08:51
        ciąg dalszy..

        Po wojnie ksiądz trafia do Słupska. Pracuje w domu samotnych matek.

        ***

        Kaczyn, Góry Świętokrzyskie, 1948 r. W letnim domku biskupa Czesława Kaczmarka spotkanie środowisk "Tygodnika Powszechnego" i "Tygodnika Warszawskiego" (wkrótce ten drugi zostanie zlikwidowany, a redaktorzy trafią do więzień). Dyskutują o kulturze chrześcijańskiej w obliczu współczesności. Wśród wykładowców Stefan Swieżawski, Antoni Gołubiew, Jerzy Turowicz, Jerzy Zawieyski, Stanisław Stomma; wśród słuchaczy adepci dziennikarstwa i humanistyki z Warszawy, Łodzi, KUL, Krakowa. W Kaczynie jest też ks. Zieja, co dzień odprawia Mszę. Józefa Hennelowa (wtedy jeszcze Golmont): - Jego duchowość była dla mnie kontynuacją najlepszego nurtu duszpasterstwa wojennego, z jakim stykałam się w Wilnie. To były rekolekcje, nie moralistyka czy pouczanie.

        Rok 1953. "Tygodnik Powszechny" walczy o przetrwanie po odmowie publikacji panegiryku na śmierć Stalina. Do negocjacji z władzą delegowany zostaje Gołubiew. W drodze do Warszawy na spotkania z sekretarzem KC PZPR Franciszkiem Mazurem towarzyszy mu często żona i przyjaciele z redakcji. Zatrzymują się w kościele Wizytek. Ks. Zieja przyjmuje ich. Wreszcie Gołubiew idzie na ostateczną rozmowę. W kościele zostają jego żona Janina, Józefa Golmont i Jacek Woźniakowski.

        Józefa Hennelowa: - Towarzyszył nam wtedy i podtrzymywał na duchu. Bez niego byśmy tego napięcia nie wytrzymali. Przecież rozmowa Tola mogła się skończyć albo jego aresztem, albo załamaniem.

        Gołubiew wraca ze słowami: "Rozbiłem >Tygodnik<". Nie ma pisma, ale nie ma też hańby.

        ***

        W 1953 r. władze aresztują Prymasa Wyszyńskiego. Ks. Zieja wygłasza kazanie, które przechodzi do historii. Stwierdza, że "Prymasa opuścili wszyscy. Pozostał tylko Niemiec i pies". Niemcem był wikariusz apostolski Olsztyna, autochton ks. Albert Zink (jako jedyny nie podpisał deklaracji biskupów, w której wyrażali lojalność wobec władz PRL). A pies "Baca" rzucił się na pułkownika bezpieki, który przyszedł aresztować Prymasa.

        Rok 1963 (prawdopodobnie). Zieja, chory i w łóżku, słucha BBC. Dowiaduje się o wydanej pośmiertnie książce zmarłego tragicznie w 1961 r. sekretarza ONZ Daga Hammarskjoelda "Drogowskazy". Czyta książkę. Zafascynowany, postanawia ją wydać po polsku. Nikt nie podejmuje się tłumaczenia, więc uczy się szwedzkiego tylko po to, by przełożyć "Drogowskazy". W 1967 r. książkę wydaje "Znak".

        ***

        Rok 1976 r. Powstaje Komitet Obrony Robotników. Przychodzą do Zieji: "Tworzy się taki komitet, może ksiądz chce należeć?". Zgadza się. Gdy w 1976 r. SB zatrzymuje go i przesłuchuje, zaczyna ewangelizować esbeków. Więcej nie trafi już na przesłuchanie.

        Rok 1977. Na zebraniu KOR Zofia i Zbigniew Romaszewscy poznają księdza. Przed laty biegali na jego kazania. Teraz jest dla nich prorokiem, świętym mędrcem. Do Zofii zwraca się: "Dziecko kochane". Zofia Romaszewska: - Czuliśmy, że nas lubi. Ale to nic niezwykłego, on lubił wszystkich ludzi.

        Zbigniew Romaszewski: - Potępiał zło komunizmu, ale o ludziach władzy mówił, że błądzą. Był gotów do rozmowy z każdym.

        Inny działacz KOR, Henryk Wujec, spotyka księdza jeszcze na zebraniach Klubu Inteligencji Katolickiej. Potem na zebraniach KOR. Wujec: - W KOR, zwłaszcza wśród "starszych państwa", byli ludzie o niesamowitych biografiach. Ale nawet na tym tle ks. Zieja się wyróżniał. Symbol świętości. Gdy brał udział w zebraniach, była inna atmosfera. Czuliśmy, że jest wśród nas ktoś, kto ma bezpośrednią łączność z rzeczywistością, która przekracza nasze doświadczenie.

        Ksiądz pyta Wujca o sprawy robotników z Ursusa i Radomia. Nie obchodzi go to, że niektórzy z więzionych mają na sumieniu także rzeczywiste przestępstwa, co władze wykorzystują propagandowo.

        Wujec: - Często trudno było się rozeznać, gdzie kończył się kryminał, a gdzie zaczynała się walka z systemem. Nieraz nie wiedzieliśmy, jak wobec tych ludzi reagować. Natomiast ksiądz stał na stanowisku, że należy ich zawsze bronić, niezależnie od tego jaką mają przeszłość, bo zostali uwięzieni na podstawie fałszywych oskarżeń.

        ***

        KOR-em czasem wstrząsają spory dotyczące sposobów walki z systemem, ambicje. Ksiądz stara się konfliktami nie zajmować. Wujec: - Starał się nas jednoczyć. Michnik, Kuroń, Macierewicz, wszyscy mu byli bliscy. KOR był takim małym parlamentem i do ostrych dyskusji dochodziło. Ale to, że do końca istnienia (wrzesień 1981) nigdy się brzydko nie podzielił, jest zasługą łagodzenia księdza Zieji.

        Romaszewski: - Dla niego chrześcijaninem był każdy, kto czynił dobro.

        Wujec: - Pamiętam, jak dyskutował z Kuroniem. Kuroń mówił, że nie wierzy w Boga, a ksiądz go przekonywał: "Wierzysz syneczku, wierzysz. Jeśli tylko o tych sprawach myślisz, to znaczy, że wierzysz".

        W KOR zainteresowania Zieji nie ograniczają się do pomocy represjonowanym. Interesuje się też Litwą, Białorusią, Ukrainą. Wujec: - Apelował, byśmy nie zapomnieli o braciach po tamtej stronie granicy. Tyle się mówi o przesłaniu Giedroycia, ale tu w kraju tę samą opcję głosił ks. Zieja. Mówił, że powinniśmy się otworzyć na sąsiednie narody.

        Romaszewski: - Pewnego razu, jeszcze z kilkoma działaczami napisał petycję do ONZ. Chciał, żeby zakazano handlu bronią. Czy to czysta utopia? Przecież istnieje embargo na handel narkotykami.

        Był też zdeklarowanym abolicjonistą. Romaszewski: - To najważniejsza rzecz, której mnie nauczył: przekonania, że kara śmierci jest złem. Cokolwiek się wydarzy, w tym pozostanę mu wierny. Nie zabijaj, znaczy nie zabijaj.

        ***

        Ojciec Jan Bartos, dziś redemptorysta, jest siostrzeńcem Zieji. Kształtował swoje życie pod jego wpływem. Jest pewien, że powołanie do kapłaństwa zawdzięcza jemu i jego modlitwie. Obecności jego legendy w rodzinie. Także dostrzegania potrzebujących nauczył się od Zieji. W latach 70. ojciec Bartos pod wpływem wuja rusza do ZSRR, by służyć tam jako duszpasterz. Po powrocie do Polski pomaga alkoholikom.

        Ojciec Bartos: - Nauczył mnie, że Chrystus jest obecny nie tylko w sakramencie, ale w każdym człowieku. Dzięki niemu potrafię wyciągać rękę do ludzi najbardziej potrzebujących pomocy. Mam w sercu jego wspomnienie. Nie umiem oddać w słowach. Bezpośredni, bliski, ojcowski. Po prostu kochany.

        Umiera w 1991 r. Zostaje pochowany na cmentarzyku w Laskach, obok matki. Przechodzi do historii, ale dla wąskiej grupy ludzi. Nie jest szerzej znany. Raczej zapomniany.

        Ojciec Bartos: - Nie mam wątpliwości, że był to święty. Dowodów jego świętości jest wiele. Rzadko ktoś potrafi się tak otworzyć na drugiego człowieka. Dać tak wiele miłości. Obojętnie, czy to samotna matka, czy działacz KOR. To był heros, tytan pracy. Dwa lata temu specjalna delegacja zwróciła się do prymasa Glempa z prośbą o rozpoczęcie procesu beatyfikacyjnego, jaki zakończyłby się wyniesieniem go na ołtarze.

        Wujec: - Gdy zamordowano ks. Popiełuszkę, powstał komitet i słał pisma do Watykanu, by uznać go za świętego. W przypadku ks. Zieji taki komitet nie powstał i to wielki błąd. Nie zadbaliśmy o niego.

        Hennelowa: - Jego charyzma polegała na obecności. Nie chodziło o jakieś uderzająco nowe myśli, ale o świadectwo niewzruszenie wierne. I jeszcze coś trzeba dodać. W Kościele istnieje coś takiego, jak zjawisko krzywdy, po ludzku biorąc. Tak jakby niektórzy świadkowie, ci co chrześcijaństwo najwierniej wyrażają, nie mogli być dostrzeżeni ani nagrodzeni. Nie wychodzą z cienia, nieraz bardzo długo. To nie w porządku, ale jakoś dziwnie bliskie ludzkiej naturze. Wdzięczność nie jest najwybitniejszą naszą cechą.

        Korzystaliśmy z książki J. Zieji "Życie Ewangelią" (Paryż 1991), wywiadu-rzeki przeprowadzonego przez Jacka Moskwę. Dziękujemy za pomoc Zakładowi w Laskach i o. Janowi Bartosowi.

        Tygodnik Powszechny


Pełna wersja