szymus
22.01.05, 13:57
Za interia.pl:
Air Afera
22.01.2005 06:00
Od kilku dni pojawiają się informacje o reaktywacji upadłej na początku
grudnia Air Polonii. Ale Stanisław J., który ma uratować pierwszą polską
tanią linię lotniczą, nie ma najlepszej ręki do interesów.
Wiadomość o upadku Air Polonii spadła w grudniu na pasażerów jak grom z
jasnego nieba. Wielu Polaków nie zdołało wrócić na święta do kraju. Zostali
na lotniskach z bezwartościowymi biletami, gdy ze spółki wycofał się
irlandzki inwestor, a co za tym idzie - skończyły się pieniądze na wynajem
samolotów.
Ostatnia nadzieja...
Sprawą zainteresowała się prokuratura, bo na jaw wyszło, że upadek spółki był
zaplanowany przez część udziałowców, którzy chcieli pozbyć się jednego z
partnerów. Air Polonia, która po trzech latach zaczęła przynosić zysk, a jej
samoloty były wypełnione w 90 proc. zniknęła z dnia na dzień z rynku.
Pozostały długi - według szacunków analityków rynku lotniczego około 40 mln
złotych.
I gdy wydawało się, że pierwszy polski tani przewoźnik zniknie z rynku,
nastąpił nieoczekiwany zwrot akcji. Prezes spółki Jan Litwiński wycofał
tydzień temu z sądu wniosek o ogłoszenie upadłości z możliwością zawarcia
układu, a sąd umorzył postępowanie upadłościowe. W udziałowców wstąpiła
nadzieja, bo pojawił się tajemniczy inwestor, który jest ponoć zainteresowany
uratowaniem Air Polonii. Z nieoficjalnych źródeł, na które powołuje
się "Rzeczpospolita", wynika, że wybawicielem ma być amerykański biznesmen
polskiego pochodzenia.
Człowiek z wizją
Amerykański inwestor pilnie strzeże swojej tożsamości. Ale więcej wiadomo na
temat człowieka, który przedstawia się jako jego przedstawiciel. Stanisław
J., jak pisze o nim lokalna prasa, to barwna postać w radomskich kręgach
biznesowych.
- Pierwszy raz o J. zrobiło się głośno w latach 90. Organizował wtedy w
Radomiu targi, zapraszał gości z całego kraju, imprezy odbywały się m.in. na
głównym placu miasta - opowiada INTERIA.PL proszący o zachowanie anonimowości
dziennikarz lokalnej gazety i dodaje, że w Radomiu wciąż można spotkać ludzi,
którzy nie ujrzeli zapłaty za pracę przy targach.
Czytając radomskie gazety trudno zrozumieć, dlaczego największe polskie media
uwierzyły, że radomski biznesmen może zbawić zadłużoną po uszy Air Polonię.
Radomscy biznesmeni na wspomnienie Stanisława J. pukają się w czoło i
zarzekają się, że za żadne skarby nie zgodziliby się na robienie z nim
najmniejszych interesów.
- To człowiek z wizją - mówi w rozmowie z INTERIA.PL radomski przedsiębiorca
i porozumiewawczo mruga okiem. - Po mieście poruszał się zdezelowanym autem,
ale widocznie miał dar przekonywania, bo związana z nim firma budowlana
wygrywała w mieście przetarg za przetargiem. Ale gdy po wyborach zmieniła się
władza, przedsiębiorstwo to dopadła zadyszka.
To nie jedyny przypadek nieudanego biznesu w wykonaniu Stanisława J. "W 1996
Prokuratura Okręgowa w Radomiu oskarżyła go o wyłudzenie prawie pół miliona
złotych z Powszechnego Banku Kredytowego. Na ławie oskarżonych J. zasiadł z
ośmioma innymi osobami. Ich proces trzykrotnie rozpoczynano od nowa.
Wyrok skazujący podejrzanych, w tym Stanisława J. zapadł w 2001 roku, Sąd
Apelacyjny uchylił wyrok i skierował sprawę do ponownego rozpoznania. Od 2002
roku znajduje się ona w Sądzie Rejonowym w Radomiu, pierwsza rozprawa odbyła
się przed kilkoma dniami" - pisze lokalne "Echo Dnia".
Marzyła mu się Formuła 1
Opisane przez nas zdarzenia wcale nie znaczą, że pan J. nie uratuje Air
Polonii. Być może tym razem los się do niego uśmiechnie i wkrótce tysiące
Polaków będą dziękowały radomskiemu biznesmenowi za możliwość taniego
podróżowania po całej Europie.
Ale udziałowcom Air Polonii, którzy zamierzają zaufać panu J. przedstawiamy
pod rozwagę historię, którą opowiedział nam syndyk upadłościowy radomskiej
garbarni.
W latach 90. ten ogromny zakład nie wytrzymał wolnorynkowej konkurencji.
Kilkadziesiąt osób z załogi i ponad dwa hektary hal trafiły pod opiekę
syndyka. W rozpisanym w 1999 r. przetargu na przejęcie zakładu zwyciężyło
konsorcjum z udziałem kapitału zagranicznego, zorganizowane przez Stanisława
J. - Czego on nie obiecywał - wspomina syndyk. - Snuł wizje stworzenia w
Radomiu m.in. ogromnego centrum handlowego, ale wszystko przebił pomysł
wybudowania toru wyścigowego Formuły 1. Jak wiadomo superszybkie bolidy nie
ścigają się na Mazowszu, a syndyk musiał w 2002 r. zerwać umowę z
przedsiębiorstwem reprezentowanym przez J. - Mimo moich upomnień nie wpłacono
ani złotówki. A pana J. nie chcę już widzieć na oczy - dodaje syndyk
radomskiej garbarni. Niestety wciąż musi odbierać telefony od
przedsiębiorców, którym J. przedstawia się jako prawowity właściciel
garbarni...
Stanisław J. nie zgodził się na rozmowę o swojej filozofii prowadzenia
interesów.