slownik
26.02.03, 19:37
Zła passa (i prasa) Uniwersytetu trwa. I choćby nie wiadomo jak
pragnąć jakiegoś wyciszenia wokół Uniwersytetu, to okazje same
wpadają w ręce dziennikarzy. Po aferze z Bonusiakiem, która
uruchomiła bardzo negatywne nastawienie mediów i opinii
publicznej, po sprawie WF-u, dziekana Tockiego, który unika sądu
(ale bardzo lubi pracować na zwolnieniu), plagiacie Wnuka,
sprawie asystenta z filozofii, któremu szef knebluje usta -
pojawia się sprawa Roberta T. pracownika biblioteki UR. Z
zestawienia pracowników biblioteki z 2002 (styczeń) roku
wynika, że nie pracował tam żaden facet o imieniu Robert; musiał
więc zostać zatrudniony w nowym roku akademickim (tj. od
września 2002) przez nowego rektora (Bonusiaka). Pytanie, które
dziennikarka powinna zadać rektorowi i dyrektorowi (rce)
biblioteki jest następujące: czy wiedzieli, że przeciw
zatrudnianemu przezeń panu toczy sie śledztwo w prokuraturze.
Jeśli sam zainteresowany się do tego nie przyznał, to dlaczego
pracodawca tego nie sprawdził? Czy chodzi tu jeszcze o jakieś
inne powiązania?
Co na to rektor (czy jego rzecznik)?
To nie dziennikarze są winni, że źle się dzieje na
Uniwersytecie. To zdaje się otworzyła się puszka pandory.