Gość: tp
IP: *.rzeszow-moniuszki.sdi.tpnet.pl
26.05.03, 18:26
Ponieważ nie wszyscy chyba zrozumieli mój list, śpieszę wyjaśnić, co
następuje:
W połowie maja zacząłem się czuć jak w PRL-u. Stopień,
nachalność i absurdalność unijnej propagandy nie dawał już żyć. Szczególnie
surrealistycznie brzmiało to, że socjaliści i liberałowie wszelkiej maści
wszędzie tłumaczyli, że Kościół jest miłośnikiem UE.
Zacząłem badać, w jaki sposób powstają te argumenty.
Oczywiście, były to manipulacje. Bardzo szybko odkryłem mechanizm tym
rządzący. Zabawiałem się układaniem kolejnych schematów propagandowych tego
typu. Potem doszedłem do wniosku, że właściwie warto by coś na ten temat
napisać. Artykuł wyszedł mi jednak jakiś taki za poważny. Pomyślałem, że
pewnie nikt tego nie opublikuje, a już na pewno nikt nie przeczyta.
Stwierdziłem, że to może wina formy. Gdyby tak zrobić to
bardziej humorystycznie? No i napisałem satyrę polityczną w formie mojego
listu do Aleksandra Kwaśniewskiego. Przyjąłem fikcję literacką polegającą na
tym, że ktoś przekonał mnie do racji drugiej strony. Rzuciłem więc na papier
coś w rodzaju samokrytyki jaką powinienem zapewne złożyć zdaniem lewicy gdy
już pojmę prawdę, czyli przyjmę ich punkt widzenia.
Ci którzy potraktowali mój list serio (szczególnie
dziennikarze Gazety Wyborczej), będą zapewne potrzebować jeszcze kilku
wyjaśnień.
„Działałem zbałamucony ówcześnie panującą propagandą” to
oczywiście cytat z „Seksmisji”. Scena w której Jerzy Stuhr siedzi przed
audytorium Ligi Kobiet i odczytuje przygotowaną samokrytykę jest chyba
dostatecznie jasna – manipulacja informacją prowadzi do totalitaryzmu. Ci
którzy załapali skąd pochodzą te słowa, nie mieli zapewne wątpliwości, że
reszta też jest żartem, choć nie płochym.
Rzecz jasna nigdy nie wysłałem tego listu do Kwaśniewskiego.
Wbrew temu co pisała Wyborcza nie jest to bowiem żaden „oficjalny list” – ale
satyra polityczna.
Niektórym jest nie w smak przypominanie, że ich autentyczny stosunek do Ojca
Świętego, został ujawniony. Zaś określenie „prawicowi nieudacznicy” to cytat
z Leszka Mlliera. Tak zwracał się do nas 5 października 2000 roku. Teraz
poznajemy go po tym, jak kończy.
Długo zastanawiałem się, czy przypominać epizod uciekania
Kwaśniewskiego z sejmu po drabinie. Obawiałem się, że o ile cytatu
z „Seksmisji” wszyscy nie wyłapią, to powołanie się na to komiczne wydarzenie
nie pozostawi nikomu cienia wątpliwości, że sobie kpię. Jak widać moje obawy
nie były słuszne...
Jeżeli chodzi o radnych SLD, to nigdy nie mogłem zrozumieć ich masowej
obecności w kościele. Nie mam prawa oceniać ich osobistej religijności.
Zakładając jednak ich szczerość, raczej nie pojmę, jak katolicy mogą należeć
do partii, która co najmniej raz na dwa miesiące przypomina, że gdyby było to
możliwe, umożliwiłaby bezkarne zabijanie dzieci poczętych.
Nie ukrywam, że miałem nadzieję, iż ktoś się da na mój „list”
nabrać. Zupełnie jednak nie spodziewałem się, że będą to dziennikarze Gazety
Wyborczej - pisma, które ma ambicje reprezentować elity intelektualnej.
Wnioski z tego, że tak się jednak stało, niech sobie każdy wyciągnie sam.
Jeżeli w tej sprawie też będą wątpliwości, to może podejmę się tłumaczenia,
ale chyba wszystko jest jasne...
P.S
Musiałbym być skończonym idiotą by koniunkturalnie popierać formację (SLD),
która znika z powierzchni ziemi. Nie dość, że w Polsce postkomuniści
politycznie są zupełnie spaleni, to jeszcze średnia wieku członków tej
partyjki sięga już chyba 100 lat.
Jeśli chodzi o wypowiedź dla Gazety Wyborczej, dotyczącą tego, że w zamian za
przeprosiny liczę na to, że postkomuniści podarują mi pracę - to w
kontekście "przeprosin" było to szyderstwo z obecnej sytuacji w kraju, gdzie
niczego normalnie nie da się osiągnąć a jedynie przez koneksje i klakierstwo
dawnym kacykom.
---------------------------------------------------------------------------
W kampanii prezydenckiej 2000 roku A. Kwaśniewski odwiedził m. in. Rzeszów.
Grupa młodzieży pod przewodnictwem ówczesnego radnego Tomasza Pajęckiego
bardzo skutecznie uniemożliwiła odbycie wiecu, wykrzykując z balkonu Ratusza
m. in: „Przeproś Papieża”. W sprawie tego zakłócenia toczyło się nawet
postępowanie karne.
Przy okazji wizyty Kwaśniewskiego w Rzeszowie w związku z
promowaniem UE, Pajęcki postanowił go obecnie przeprosić:
Wielce Szanowny Pan
Aleksander Kwaśniewski
Prezydent Rzeczypospolitej
5 października 2000 roku, podczas przedwyborczej wizyty Pana
Prezydenta w naszym mieście, miał miejsce przykry incydent. Ze wstydem muszę
przyznać, że byłem jego uczestnikiem, a w pewnym sensie nawet organizatorem.
Obecnie, korzystając z kolejnej, tym razem prounijnej, wizyty
Pana Prezydenta, pragnę gorąco przeprosić za to, co się wówczas stało.
Jedyne co mam na swoje wytłumaczenie, to że działałem zbałamucony ówcześnie
panującą propagandą. Naprawdę wierzyłem, że osoba Pana Prezydenta stanowi
zagrożenie dla Polski. Obrzydliwe manipulacje sztabu wyborczego Mariana
Krzaklewskiego polegające na pokazywaniu filmu, w którym Pan Prezydent
żartuje sobie z ministrem Siwcem, traktowałem naiwnie jako ujawnienie, że Pan
Prezydent szydzi sobie z Ojca Świętego. Stąd nasze absurdalne okrzyki i
transparenty: „Przeproś Papieża”.
Swój błąd zrozumiałem dopiero kilka dni temu. Pierwsze
wątpliwości powstały, gdy 20 maja zobaczyłem, iż Ojciec Święty nie wygląda na
kogoś, kto by się na Pana Prezydenta gniewał. Gdy na dodatek usłyszałem, jak
wspólnym głosem, ze szczerą troską o Polskę, mówicie o Unii Europejskiej, coś
we mnie pękło. Przez dwa dni biłem się z myślami, ale resztki wątpliwości
prysły, gdy 22 maja usłyszałem w radiu abpa Gocłowskiego mówiącego: „Wiadomo,
że reakcja na głos ludzi, którzy dzisiaj są przy władzy, a którzy kiedyś, w
okresie przed 1989 r., uczestniczyli w sprawowaniu władzy, jest taka, jaka
jest. I dlatego te pierwsze reakcje tych dwudziestu tysięcy na głos pana
prezydenta były jak gdyby oszczędne. Natomiast później, kiedy dwadzieścia
tysięcy ludzi słuchało tego, co pan prezydent mówił, mówił z ogromną logiką,
mówił przekonująco - oczywiście potem telewizja trochę tam okroiła, bo pan
prezydent zakończył słowem takim bardzo religijnym ‘Bóg zapłać’, to już
telewizja tego ‘Bóg zapłać’ nie przekazała, bo trochę niedobrze brzmiało
pewnie w Telewizji Polskiej, w pierwszym programie... Ja osobiście słuchałem
tego, co mówił pan prezydent, i to bardzo współbrzmiało z tym, co mówił
Ojciec Święty - tym bardziej, że Ojciec Święty po przemówieniu pana
prezydenta powiedział ‘to było ważne przemówienie’.”
Teraz gdy post factum analizuję to wszystko, odkrywam, że
pierwsze wątpliwości pojawiły się nawet wcześniej. Było to przy okazji 3-go
maja, gdy abp. Życiński jasno określił, że jeżeli ktoś jest przeciwko Unii
Europejskiej, to tworzy „prywatny Kościół”. Konsekwencje tego błędu wprost
ukazała Pani Minister Huebner zwracając się do zaprzańców z LPR. Dopiero
wtedy zrozumiałem – ja również grzeszyłem!
Muszę się tu przyznać, że moja niechęć do Pana Prezydenta
była zadawniona. Nie zrodziła się wcale z tego, że Pan Prezydent uciekał z
Sejmu po drabinie. Niestety, w okresie walki o nową Konstytucję dałem się
przekonać, że to liberalny wymysł, szczególnie invocatio Dei w uchwalonym
kształcie. Teraz dociera do mnie przeczytana 17 maja br. informacja,
iż „Przedstawiciele Sejmu, Senatu i rządu chcą razem wystąpić o
wpisanie do preambuły konstytucji Unii Europejskiej Invocat