Dodaj do ulubionych

Depresja po udanym in vitro

08.12.09, 20:35
Jest takie stare chińskie przekleństwo: „Oby spełniły się wszystkie
twoje marzenia…” Tak właśnie było w moim przypadku. Jako DDA
(dorosłe dziecko alkoholików) nie byłam w stanie określić swoich
potrzeb, bo całe życie komuś usługiwałam, moje potrzeby całe życie
były na marginesie, a potem przestałam cokolwiek chcieć. Na swojej
drodze spotkałam fajnego faceta miał tylko jeden defekt – nie mógł
mieć dzieci drogą naturalną. Ale mnie jakoś nigdy nie ciągnęło do
dzieciaków, więc jakoś to przeżyłam. Za to on bardzo tego chciał.
Więc zgodziłam się, a wręcz namawiałam go na In vitro. No i udało
się – mamy bliźniaki! Problem polega na tym, że macierzyństwo mnie
przerosło…nie daję rady psychicznie i fizycznie. Nikt mi nie pomaga,
bo cała rodzina oddalona o 250km. Nie mam komu się nawet wygadać, bo
nikt nie wie o In vitro. Brałam antydepresanty, bo już dopadły mnie
myśli o samozagładzie. Niestety mój organizm je odrzucił i czuję się
coraz gorzej…..musiałam się komuś wygadać…..
Obserwuj wątek
    • tristezza Re: Depresja po udanym in vitro 09.12.09, 11:05
      no akurat nie Twoje marzenie się spełniło, ale mniejsza z tym. a
      tatuś wymarzonych dzieci nie pomaga?

      nie Ciebie jedną macierzyństwo przerosło i nie demonizowałabym tu
      faktu, że pojawiły się one na świecie metodą in vitro. gdyby zostały
      wyprodukowane tradycyjnie też prawdopodobnie byś tę depresję miała.
      o depresji poporodowej zapewne słyszałaś. a rozmawiać o swoich
      kłopotach i o tym, że sobie nie radzisz mogłabyś przecież bez
      informowania ludzkości jak doszło do poczęcia, skoro akurat krępuje
      Cię ta metoda. a ile mają te dzieciaczki, bo blogów z zasady nie
      czytuję? najlepiej idź jeszcze raz do lekarza niech Ci zmieni leki,
      może trafisz na skuteczniejsze
      pozdrawiam

    • laurpi Re: Depresja po udanym in vitro 09.12.09, 16:49
      Może ja z Twojego wpisu wyciągnę jakieś wnioski? Ja też nie palę
      się do macierzyństwa, a w koło słyszę/czytam nieraz, że to jest
      nienormalne, że oby potem nie było za późno, że nie moge/nie
      powinnam brać ślubu kościelnego. Już podjęłam decyzję, że jak będzie
      ksiądz po kolędzie, to ja wyjdę z domu, albo się schowam w swoim
      pokoju, bo ostatnio zdaje się mi mówił, że dlaczego nie mam nic na
      palcu (chodziło mu o jakieś oznaki, że zamierzam albo jestem
      zamężna). Wtedy z nikim nie byłam, teraz też im źle, bo bez ślubu
      jestem. Tak na marginesie, to też jestem dda.

      • taliaa Re: Depresja po udanym in vitro 09.12.09, 19:11
        Witaj,
        ja także jestem DDA.I też przeżywam depresję tylko z innego powodu.
        Od półtora roku staramy się z mężem o dziecko, bezskutecznie.
        Ostatnio mąż zrobił badania i okazało się, że ma za mało plemników.
        Późno wyszłam za mąż, mam już 35 lat. Nigdy wcześniej nie myślałam,
        że tak będzie mnie bolał brak dzieci. Bałam się raczej, że jeśli się
        pojawią, to problem mnie przerośnie, że nie będę miała dość sił... A
        teraz wiem, że dziecko nadałoby nowy wymiar mojemu życiu i
        chciałabym mimo mojej psychicznej kruchości doświadczyć
        macierzyństwa. Chciałabym też jakoś dodać Ci otuchy i powiedzieć, że
        jako DDA rozumiem, co czujesz. Spróbuj z kimś o tym porozmawiać, nie
        duś tego w sobie i nie obwiniaj się,bo nie popełniłaś żadnej
        zbrodni. Pozdrawiam Cię serdecznie!
    • dom-za Re: Depresja po udanym in vitro 17.12.09, 01:04
      hejka Freeda,
      z depresją nie ma żartów, ale to zapewne wiesz. Najpierw koniecznie
      zmień leki i eksperymentuj dopóki znajdą się takie, ktore zaczną
      pomagać. Niestety, sorki za to słowo, ale taki jest kontekst, jesteś
      teraz Mamą i nie możesz się samounicestwiać, no bo żyjesz nie tylko
      dla siebie - przepraszam za te słowa, jako DDA całe zycie żyłaś dla
      innych, ale teraz sytuacja jest szczególna, jesteś oidpowiedzialna
      za dzieci. Gdy poprawi się Twoje samopoczucie, a dzieciaki podrosną
      idź na terapię i zacznij żyć dla siebie. Konieczne będzie
      odnalezienie siebie wśród "tylu różnych głosów". To może
      portwać...Wierzę, że odnajdziesz swoje cele i marzenia. Wtedy także
      macierzyństwo przyniesie Ci radość i satysfakcję. Narazie jest ono
      jak dopełnienie Twojego położenia się na stosie dla dobra ludzkości.
      Nie bój się mówić o tym, jak Ci trudno przyjąć tę rolę. Nie bój się
      zmierzyć z mitem matki-Polki. Masz prawo mieć dość siebie, dzieci,
      męża. Masz prawo krzyczeć i płakać i nienawidzić swojej nowej roli.
      Pozwalaj sobie na to! Powiertrze musi uchodzić, by balonik nie pękł.
      TRudno nie zapytać, co zmężem. Podejmij z nim otwartą rozmowę.
      Potrezbujesz teraz wsparcia i powinien on poświęcić się opiece nad
      dziećmi, byś mogła zadbać o siebie. Zyczę Ci powodzenia i pisz też
      czasem tutaj! Trzym się!
    • freedda Re: Depresja po udanym in vitro 18.12.09, 11:21
      Dzięuję z wsparcie...

      taliaa u nas podobna sytuacja z tą różnicą, że mąż ma azoospermię
      czyli brak plemników w ejakulacie. Dopiero po biopsji jąder
      znaleziono zaledwie kilka plemników i udało się zrobić in vitro.
      Więc jest światełko w tunelu.

      dom-za świtnie to ujęłaś:"Narazie jest ono
      jak dopełnienie Twojego położenia się na stosie dla dobra ludzkości."
      dokładnie tak się czuję jako matka. Szukam siebie. Jestem na
      terapii, dzięi niej dowiedziałam się, że nie ma złych uczuć i
      właśnie nia należy się ich wstydzić. Zrozumiałam, że nie mam też
      żadnych własnych potrzeb, marzeń!!! Byłam zaskoczona, że nie
      potrafłam określić ani jednej swojej ptrzeby! Zaczęłam też rozmawiać
      z mężem, uświadmiam mu, że depresja to nie fanaberia tylko choroba.
      Mąż mnie wspiera choć chyba nie do końca rozumie, ale do przecież
      tylko mężczyzna :)).
      Jeszcze raz dziękuję za wsparcie. Poczucie, że ktoś Cię rozumie i
      wspiera jes bezcenne :)

      Moje zbawienie to pisanie: freedda.blox.pl/html
      • tristezza Re: Depresja po udanym in vitro 18.12.09, 12:50
        !!! Byłam zaskoczona, że nie
        > potrafłam określić ani jednej swojej ptrzeby

        ja tam widzę co najmniej jedną Twoją potrzebę: pozyskanie
        czytelników bloga. przyszłaś niby po wsparcie, a nie odpowiedziałaś
        nawet na pytanie ile miesięcy (bo chyba nie lat?) liczą sobie te
        słodkie maleństwa


        -------
        jeden pan napisał kiedyś w "polityce", że życie jest za krótkie, aby
        poświęcić je na czytelnictwo produktów chorych umysłów
        prezentowanych jak internet długi i szeroki. i ja się z tym panem
        całkowicie zgadzam
        • freedda Re: Depresja po udanym in vitro 18.12.09, 14:02
          tristezza napisała:

          > !!! Byłam zaskoczona, że nie
          > > potrafłam określić ani jednej swojej ptrzeby
          >
          > ja tam widzę co najmniej jedną Twoją potrzebę: pozyskanie
          > czytelników bloga. przyszłaś niby po wsparcie, a nie
          odpowiedziałaś
          > nawet na pytanie ile miesięcy (bo chyba nie lat?) liczą sobie te
          > słodkie maleństwa

          Masz rację robię to tylko po to. Wymyśliłam to wszystko, bo chcę być
          sławna. NIe jestem DDA nie mam depresji tylko tak ściemniam. Widże,
          że jedyna forma komunikacji z Tobą to atak.

          Słodkie maleństwa mają 20 miesięcy.


          >
          >
          > -------
          > jeden pan napisał kiedyś w "polityce", że życie jest za krótkie,
          aby
          > poświęcić je na czytelnictwo produktów chorych umysłów
          > prezentowanych jak internet długi i szeroki. i ja się z tym panem
          > całkowicie zgadzam
          • tristezza Re: Depresja po udanym in vitro 18.12.09, 14:55
            >Wymyśliłam to wszystko, bo chcę być
            > sławna. NIe jestem DDA nie mam depresji tylko tak ściemniam.
            Widże,
            > że jedyna forma komunikacji z Tobą to atak.


            blogów w sieci miliony, więc o sławie można sobie tylko pomarzyć.
            nawet o zwykłego czytacza cięzko.

            a którym momencie Cię zaatakowałam?

            w pierwszym poście chciałam zwrócić uwagę, że koncentrowanie się na
            metodzie powołania dzieci do życia niczego nie wnosi. liczą się
            fakty, czyli Twoja depresja i to, że dzieci istnieją. poradziłam Ci
            zmianę leków, pozdrowiłam, gdzie tu atak?

            w dzisiejszym poście zemdliła mnie nieco biopsja jąder(niestety
            jadłam obiad) oraz fakt, że znowu podajesz link do bloga.


            szczerze Ci życzę powrotu do zdrowia, bo 20 miesięcy depresji to
            całkiem sporo, a i dzieciom przydałaby się matka bardziej się nimi
            ciesząca
            • freedda Re: Depresja po udanym in vitro 18.12.09, 16:32
              tristezza napisała: w pierwszym poście chciałam zwrócić uwagę, że
              koncentrowanie się na
              metodzie powołania dzieci do życia niczego nie wnosi.

              Niestety z tym się z Tobą nie zgodzę to duża różnica czy dzieciaki
              przyszły na świat drogą naturalną, czy poprzez metody różnego
              rodzaju wspomagania. To naprawdę duża różnica. Musisz sobie zadać
              decydujące pytanie: TAK czy NIE nie ma MOŻE. Powołujesz bardzo
              świadomie nową istotę na świat i przed całym procesem
              przygotowawczym odpowiedziałam sobie TAK. Dlatego mi teraz wstyd, że
              chyba nie do końca to przemyślałam. Powinnam pozamiatać w swoim
              życiu a nie dopiero teraz kiedy mam na świecie te dwie istoty.

              "a i dzieciom przydałaby się matka bardziej się nimi
              ciesząca" tu masz rację zdaję sobie z tego sprawę dlatego walczę o
              uśmiech swojej duszy :)
              Jeżeli Cię uraziłam przepraszam, ale po stracie pracy jestem nieco
              bojowo nastawiona:)

              > >Wymyśliłam to wszystko, bo chcę być
              > > sławna. NIe jestem DDA nie mam depresji tylko tak ściemniam.
              > Widże,
              > > że jedyna forma komunikacji z Tobą to atak.
              >
              >
              > blogów w sieci miliony, więc o sławie można sobie tylko pomarzyć.
              > nawet o zwykłego czytacza cięzko.
              >
              > a którym momencie Cię zaatakowałam?
              >
              > w pierwszym poście chciałam zwrócić uwagę, że koncentrowanie się
              na
              > metodzie powołania dzieci do życia niczego nie wnosi. liczą się
              > fakty, czyli Twoja depresja i to, że dzieci istnieją. poradziłam
              Ci
              > zmianę leków, pozdrowiłam, gdzie tu atak?
              >
              > w dzisiejszym poście zemdliła mnie nieco biopsja jąder(niestety
              > jadłam obiad) oraz fakt, że znowu podajesz link do bloga.
              >
              >
              > szczerze Ci życzę powrotu do zdrowia, bo 20 miesięcy depresji to
              > całkiem sporo, a i dzieciom przydałaby się matka bardziej się nimi
              > ciesząca
              • tristezza Re: Depresja po udanym in vitro 18.12.09, 16:59
                to duża różnica czy dzieciaki
                przyszły na świat drogą naturalną, czy poprzez metody różnego
                rodzaju wspomagania. To naprawdę duża różnica. Musisz sobie zadać
                decydujące pytanie: TAK czy NIE nie ma MOŻE. Powołujesz bardzo
                świadomie nową istotę na świat i przed całym procesem
                przygotowawczym odpowiedziałam sobie TAK. Dlatego mi teraz wstyd, że
                chyba nie do końca to przemyślałam.

                a czym to się różni od standardowego planowania dziecka? moim
                zdaniem niczym. jest tylko taka róznica, że dzieci bywają poczęte w
                wyniku tzw. wpadki, co w in vitro nie wchodzi w grę. ale przecież
                wiekszość ludzi jednak planuje dzieci i też sobie musi odpowiedzieć
                tak czy nie. i też niekiedy uświadamia sobie później, że sprawe nie
                do końca przemyśleli

                powtarzam: fakty są takie, że jesteś Ty, dzieci i depresja, taka
                jest teraźniejszość i tylko ona się liczy. a metoda poczęcia taka
                czy inna to już przeszłość
      • well_onka Re: Depresja po udanym in vitro 18.12.09, 15:26
        freedda napisała:

        > Mąż mnie wspiera choć chyba nie do końca rozumie, ale do przecież
        > tylko mężczyzna :)).

        "Poza tym wytłumaczyłam podgatunkowi męskiemu dlaczego tak się miotam."
        "Ale zaparłam się i tłukłam jak to tłucze się mężczyźnie ( jak to mówi moja
        służbowa mentorka „to przecież podgatunek”)"


        w ramach akcji "Egoizm 2010" proponuję niezwykle rozwijające duchowo zadanie:
        przeczytaj sobie Twój blog i spróbuj zaznaczyć fragmenty, które wyrażają pogardę
        wobec wszystkich osób jakie Cię otaczają


        może zająć trochę czasu, ale efekt będzie piorunujący


        wesołych świąt
    • dom-za Re: Depresja po udanym in vitro 03.01.10, 22:38
      dziewczyny twierdziły, że epatujesz blogiem i... "rozsławiły go" -
      jakże naturalny mechanizm. ja nawet nie zauważyłam linka. trudno, by
      się nie pojawiał po każdym wpisie skoro jest częścią podpisu. nie
      wiem, jak kogoś może drażnić "punkcja jąder"- jest to merytoryczna
      część opowieści, więc przewrażliwieni mogą ją sobie odpuścić. osobie
      z depresją raczej nie powinno się wypominać, by "bardziej cieszyła
      się dziećmi"-jest to zapewne jeden z głównych problemów
      zdepresjonowanych młodych matek, chcą, a nie mogą.pozdrawiam
      autorkę, mam nadzieję, że znalazłaś dobre leki i dobrą terapeutkę.
      życzę powodzenia!
    • zuzanna322 Depresja po udanym in vitro 05.01.10, 16:11
      Od momentu, kiedy dowiedzialam sie ze jestem w ciazy, do dzis (moj
      synek ma 3 lata), czuje sie, jakbym spadala w jakas przepasc jakby
      skonczylo sie moje "beztroskie" zycie. Wiele razy zastanawialam sie,
      dalczego tak jest: kocham mojego synka nad zycie, kocham go
      bezwarunkowo i czasem az cos mnie boli w srodku, jak na niego
      patrze, bo nie moge uwierzyc, ze trafilo mi sie takie cudenko.
      Ale fakt jest taki, ze to wlasnie ciaza sprawila, ze moj jakis tam
      swiat runal i legl w gruzach. I teraz sobie tak kombinuje, ze to
      wszystko dlatego, ze przed ciaza moje zycie bylo co prawda zawsze
      lekko podszyte depresja (jestem dda), ale pozbawione bylo
      odpowiedzialnosci za czyjes zycie. Ja sama czulam sie dzieckiem i
      dopoki nie bylam za kogos odpowiedzialna, moglam sobie byc tym
      dzieckiem zawsze: moglam miec swoje humory, dni, swoje doly i gory
      bez wiekszych konsekwencji (chyba, ze dla mojego meza, ktory na
      marginesie mowiac, z czasem zaczynal miec mnie dosyc). Ale mozna
      bylo sobie pozwolic na niektore rzeczy: na tupanie noga, na
      niekonswkwencje, na zlosc, na bezmyslnosc, jesli tylko nawet we
      wlasnych czterech scianach. Mozna bylo czasem polezec pol dnia, jak
      sie mialo dol i ogladac bezsensowne komedie, mozna bylo isc na
      impreze i zalac robaka mozna bylo nawet pomyslec o jakims romansie,
      o czymkolwiek, co zdusiloby na chwile tego robaka, o ktorym tak do
      konca niewiele wiedzialam.

      Wiadomosc o ciazy (mimo, ze niby chcialam miec dziecko, ale
      najlepiej, zeby w jakiejs nieokreslonej przyszlosci, jak juz
      wszystko bedzie super - w domysle nigdy) powalila mnie z nog.
      Liczylam sie z tym, bo moj maz chcial miec dziecko, odstawilismy
      wszystko, ale ja zawsze jednak jakos tam pilnowalam, zeby to nie
      byly te dni. Tak wiec piwersze pare dni przeplakalam. Potem trwozyla
      mnie mysl, ze nie bede w stanie pokochac tego dziecka. Wyobrazalam
      je sobie, jako jakies takie dziecko, o ktorym wszyscy inni mowia "co
      za bachor", potem z niechecia myslalam, ze stane sie jedna z tych
      mamusiek, ktore tak mnie denerwowaly, gadajace tylko o dzieciach,
      zinfantylizowane, zakopane w pieluchach. Plakalam i plakalam. Jak
      bylam w piatym miesiacu modlilam sie i zaklinalam los, zeby tylko
      byc w stanie pokochac choc troche to dziecko.

      A potem urodzil sie on i rozwalil mnie od razu. Byl taki... taki
      kochajacy mnie mimo tego wszystkiego, co ja myslalam i robilam. Byl
      taki cierpliwy do mnie i taki ufny. Chcialam sie zapasc i zaplakac
      za to, ze w ogole myslalam, to co myslalam. Milosc mnie przygniotla.
      Zreszta nie wiem, czy to byla milosc, czy czulosc, czy w ogole
      jakies nienzawane uczucie. Ale poczulam, ze to dziecko ma przesrane,
      ze ma taka matke, jak ja. Pomyslalam, ze ta kruszynka zasluguje na
      wspaniale zycie, na prawdziwa milosc i czulosc, a nie na takiego
      wyproszonego karla milosci. Im wiecej o tym myslalam, tym bardziej
      rozumialam, ze ja zwyczajnie nie potrafie kochac i nigdy nikogo nie
      kochalam. Nigdy nikogo. Ze ja w ogole nie wiem, jak to sie robi. Ze
      nawet nie wiadomo, czy to dziecko kocham, skoro musialam sie modlic
      o to, zeby je pokochac. Zaczelam szukac, kopac, zdeterminowalam
      siebie, zeby znalezc w koncu odpowiedz, co ze mna jest do k... nedzy
      nie tak. I wyszlo, ze jestem dda. To wyszlo, kiedy moj maly mial
      kilka miesiecy. Placz, rozpacz i siwadomosc, ze to jest moja szansa,
      na to, zeby cos z tym wreszcie zrobic.

      W skrocie: ogolnie moze jest ze mna troche lepiej, bo wiem juz co mi
      jest i przynajmniej wiem, ze gdzies jakies swiatelko w tunelu musi
      byc. Co za tym idzie, i co najwazniejsze, ze wreszcie poznam, co to
      milosc, bliskosc, co to szczescie.
      Bardzo czesto jest ciezko: sa doly, sa mysli o tym, zeby skonczyc ze
      soba, sa chwile, kiedy mysle, zeby jasna cholera to wszyskto trafila
      i zeby sie ziemia pode mna otwarla i mnie pochlonela. Czesto chce
      rzucic to wszystko w diably.

      Czy jesli mialabym jeszcze raz stanac w tamtej chwili i zdecydowac
      miec dziecko, czy nie, tak naprawde nie wiem, co bym zrobila. Czasem
      mysle, tak jak Ty: trzeba bylo najpierw posprztac w zyciu, a potem
      sprowadzac czlowieka na swiat; z drugiej strony nie jestem juz taka
      mloda, a i samo zdrowienie trwa bardzo dlugo, wiec w sumie watpliwe,
      czy kiedykolwiek zdecydowalabym sie na dziecko.

      Gdzies wyczytalam, ze dziecko jest szczesliwe, jesli matka jest
      szczesliwa. Tak wiec, w pewnym sensie moje dziecko mnie ratuje. Bez
      niego chyba nigdy nie mialabym takiej motywacji, zeby paradoksalnie
      walczyc o siebie. Bez niego moglabym wiecznie zyc tym swoim zyciem.
      Pozornie to zycie bylo ok, ale dzis wiem, ze tak zyjac nigdy nie
      bylabym tak zmotywowana. Wiem tez, ze to co czuje do mojego synka,
      jest najblizsze (chyba) temu uczuciu milosci; dzieki niemu inaczej
      widze niektore rzeczy i teraz dopiero widze, jak bardzo moje zycie
      szlo do nikad, zanim on sie pojawil. Moje kolezanki, ktore dzis
      widze, ze sa dda, choc one o tym nie wiedza, wciaz odkladaja ciaze i
      maja argumenty dokladnie takie same jak ja wtedy mialam. I troche mi
      ich zal, bo niby ich zycie jest latwiejsze, ale jednak widac, ze
      czegos tam sa pozbawione.

      Przepraszam, ze tak dlugo. Zycze powodzenia i zapewniam, ze takich
      jak my musi byc wiele.

Popularne wątki

Nie pamiętasz hasła

lub ?

 

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się

Nakarm Pajacyka