laurpi
21.02.09, 18:52
Powinnam się uczyć, a tego nie robię, bo nie mam siły, nie chce mi
się. A zaległości rosną. sesja w 3/4 do tyłu, a teraz nowe rzeczy
wciąż dochodzą, a ja już nawet nie jestem w stanie się zmusić, żeby
chociaż chodzić na zajęcia. Już w czwartek się urwałam i w pt nie
poszłam. W ogóle nic mi się nie chce. Zabijacze czasu typu net i tv
już przestają działać. na uczelni kontakty z ludzmi mam bardzo
powierzchowne. Z jednym jest lepiej - już mnie tak nie stresuje
chodzenie do tablicy, ale też nie uczę się lepiej przy tablicy, tak
jak wcześniej. Ale co z tego, jak mi się nie chce chodzić na zajęcia.
Ostatnio jak byłam na imprezie jedna osoba zaczęła mnie zawstydzac,
chcąc mnie rozkręcić w tańcu mówiła: co ty taka spięta jesteś,
rozluźnij się. Usłyszała to moja koleżanka, która zna mnie od lat i
powiedziała, że to normalne, że ja to zawsze jestem trochę spięta.
Ta impreza nie była dla mnie udana, chociaż trochę skorzystałam, bo
kontakty z ludźmi są mi bardzo potrzebne, są odskocznią od
codziennej nudy siedzenia w domu. ale nigdzie mi nie jest dobrze,
jak jestem poza domem, to chcę do domu, a jak w domu, to po jednym
dniu zaczynam doświadczać bolesnej nudy (to chyba najbliższe
określenie tego, co wtedy czuję).
Mam wizytę u nowego psychologa, ale dopiero za prawie miesiąc, więc
dużo pewnie stracę z zajęć do tego czasu, ale mam przynajmniej
jakieś nadzieje z tą nową osobą związane.