korfi
29.11.04, 18:38
Od jakiegoś czasu uświadomiłem sobie pewną rzecz. Mianowicie dewaluację
znaczenia przekleństw. Jak chyba każdy z nas pamięta, słów powszechnie
uważanych używa się od zawsze. Jednak ostatnio zasadniczo zmieniła się ich
podstawowa funkcja. Wręcz z czegoś nas okradziono. Kiedyś (powiedzmy jeszcze
kilkanaście, kilkadziesiąt lat temu) przekleństwo często określane
jako "mocne słowo" służyło do podkreślenia stponia irytacji, dodania mocy
wypowiedzi lub dodawało pewności, że czyjaś opinia o kimś bedzie właściwie
zrozumiana. Stosowane było w pewnych środowiskach częściej w innych rzadziej.
Jednak gdy rozlegało sie w miejscu publicznym czy przy dzieciach, spotykało
się z dość widoczną dezaprobatą. Podobnie zwracało uwagę słyszane od
młodzieży. Dziś zabraliśmy przekleństwom ich moc i mozliwości oddziaływania.
Stały sie niestety prawie równoprawnymi z innymi wyrazami. Nie zwracają
generalnie uwagi na ulicy, w domu gdy "wyrwie się" dziecku spotykają się z
delikatnym upomnieniem lub nawet uśmiechem pobłażania rodziców. A zaczynaja
kwitnąć już w słownictwie dziesięciolatków. Nawet prof. Miodek zwrócił uwagę
na szczególną karierę słowa "zajebiście" (to już chyba nie przekleństwo?).
Coraz częściej pełnią funkcję znaku inetrpunkcyjnego. Zastanawiam się czy to
kolejna prawidłowość naszych czasów czy może moda. Na ile trwała jest ta
zmiana? Czy ten kierunek ewolucji języka jest niezmienny? I czy pisanie o tym
ma w ogóle sens? Szczególnie takie trochę nieskładne. Ale cóż, nie każdy
potrafi pisać jak Pismak.
PS A jak wściekli muszą być szewcy?
-------------------------------------------------------
Każda akcja wywołuje co najmniej równy i skierowany przeciw niej krytycyzm